spragnieni cudu

HUBERT CZACHOWSKI
Spróbujmy chociaż nazwać funkcjonujące stereotypy. Jednym z nich jest przekonanie, że cuda występują tylko w chrześcijaństwie, głównie w katolicyzmie. Jednak podobne wydarzenia możemy zaobserwować także w innych wyznaniach chrześcijańskich czy religiach. Jeszcze większym i na swój sposób ciekawszym stereotypem jest przekonanie, że zjawiska cudowne, wśród nich objawienia, są charakterystyczne dla konkretnego okresu.
Tak np. traktowano wiek XX, sugerując, że duża liczba cudownych znaków jest wynikiem zbliżania się czasów ostatecznych. Gdyby jednak pod tym kątem przeanalizować historię chrześcijaństwa – chociażby dzieje Kościoła w Polsce – okaże się, że trudno znaleźć taki okres historyczny, w którym nie notowano by podobnych zdarzeń. O wielu z nich nikt już nie pamięta albo funkcjonują lokalnie jako legendowe elementy niewielkich kultów

na naszych oczach

Nawet w historii najbardziej znanych sanktuariów w kraju aż roi się od zjawisk o charakterze mirakularnym (łac. miraculum – cud). Są to opowieści o cudownych obrazach czy figurach, pojawiających się w nadprzyrodzony sposób w wybranych miejscach, gdzie potem powstały miejsca kultu. Wśród nich bardzo częsty jest motyw uporczywego powracania wizerunków na pierwotne miejsce, mimo przeniesienia ich do kościoła. Wielu tym wydarzeniom towarzyszyły cudowne znaki na niebie, liczne uzdrowienia i nawrócenia. Późniejsza historia tych miejsci rozwijających się tam kultów również obfituje w podobne zjawiska.
Najciekawsze zjawiska o charakterze cudownym to te, które dzieją się współcześnie, na naszych oczach, którym możemy się przypatrywać i w nich uczestniczyć. W naukach społecznych (etnologii czy socjologii) nie stawiamy pytania, które z nich jest prawdziwe, a które fałszywe – to jest zadanie dla teologów. Dla nas najciekawszym problemem jest postawa ludzi wobec takich zjawisk i określenie, jak kształtują one ich religijność. W Polsce istnieje od kilku do kilkunastu miejsc, gdzie dzieją się domniemane cuda. Najczęściej „działają” tam nie uznawani przez Kościół tzw. wizjonerzy, doznający objawień maryjnych. Wbrew pozorom, nie jest to zjawisko marginalne. Przez ostatnich kilkanaście lat do „miejsc cudownych” przyjeżdżają setki tysięcy pielgrzymów, jest tam wydawana i szeroko rozpowszechniana bogata literatura.
Pielgrzymi odwiedzający „miejsca cudowne” nie zrywają więzi z Kościołem, wręcz przeciwnie – bardzo często są aktywni w różnych oficjalnych grupach, często pełnią nawet rolę głównych animatorów życia religijnego w swoich parafiach. To oni właśnie organizują pielgrzymkowe wyjazdy parafian do „miejsc cudownych”. Oczywiście, doskonale zdają sobie sprawę, że Kościół albo zachowuje daleko posuniętą wstrzemięźliwość w stosunku do rozwijanego tam kultu albo wręcz go potępia. Jest kilka powodów, dla których ci ludzie tak postępują.

„cud” cudowi nie równy

Pątnicy, którzy przybywają do „nieoficjalnych” miejsc kultu, pielgrzymują także do ośrodków uznanych przez Kościół, stanowiących od lat centra polskiej religijności, takich jak Częstochowa, Kalwaria Zebrzydowska, Gietrzwałd czy Licheń. W każdym z nich zdarzenia mirakularne są szeroko opisywane i komentowane, a w Licheniu i Gietrzwałdzie odgrywają wręcz kluczową rolę w kulcie. Pielgrzymom bywającym w obu rodzajach miejsc trudno jest zrozumieć, dlaczego w jednym z nich „taki sam” cud jest dozwolony, a w innym nie. Jeżeli w Licheniu wielką czcią otoczony jest kamień ze śladem stopy Matki Boskiej, to podobne zjawiska – znane np. z nie uznawanych przez Kościół objawień w Wykrocie czy Rudzie – wydają się pielgrzymom mieć „taki sam” nadprzyrodzony charakter. Koronnym przykładem jest cud wirującego słońca, obserwowany w Fatimie i Medziugorju. Otóż w miejscu objawień w Okoninie, niedaleko Grudziądza, tysiące ludzi oglądało podobne zjawisko (byłem wśród nich, choć sam niczego nie widziałem).
Innym ciekawym przykładem na zamazanie granicy pomiędzy transcendencją a światem realnym jest publikowana ostatnio fotografia Jana Pawła II, autorstwa Adama Bujaka. Słynny fotograf utrzymuje, że widać na niej coś na kształt aureoli, potwierdzającej świętość Papieża. Nie mnie orzekać o jej prawdziwości, ale zdjęcia, które mają moc przenikania światów i rejestracji zjawisk nadprzyrodzonych, są bardzo powszechne wśród pielgrzymów w „miejscach cudownych”. Autorytet osobistego przyjaciela Papieża wzmacnia ich oddziaływanie na ludzi wrażliwych na cudowne doznania. Rozprowadzają oni między sobą nie tylko fotografie, ale – w ich mniemaniu – świadectwa innych nadprzyrodzonych znaków. Są to np.: wizerunki twarzy Maryi i Jezusa na korze drzew, na szybach, na dachach czy figury płaczące krwawymi łzami. Byłem świadkiem relacji o cudownym rozmnożeniu pokarmów na jednym ze spotkań modlitewnych czy ugotowaniu postnej grochówki według przepisu Matki Boskiej... „Pielgrzymi mirakularni” są wręcz nastawieni na przeżywanie kolejnych rodzajów czy wersji cudu. Oni tego cudu poszukują. Ciągle są gotowi na snucie opowieści o swoich przeżyciach. Okazuje się, że liczba ludzi mających takie doświadczenia jest dużo większa niż liczba wizjonerów, będących niejako drogowskazami w przeżywaniu doznań religijnych. Wydaje się, że ci ludzie potrzebują zwielokrotnionego cudu. Cud staje się dla nich najważniejszym doświadczeniem religijnym. Dostrzegają go zarówno w Kościele oficjalnym, jak i na jego marginesach. Nieufność Kościoła wobec tego typu zjawisk tłumaczą sobie tym, że podobnie było w wielu przypadkach, które z czasem Kościół zaaprobował. Jako przykłady podają Lourdes czy Fatimę, a także całą gamę historii znanych z własnych parafii czy okolicznych sanktuariów.

kłopotliwa literatura

Takie przekonanie wspiera literatura na temat objawień i cudów. To wielki problem, z kórym – moim zdaniem – Kościół sobie nie radzi. W wielu publikacjach katolickich autorów i wydawnictw (niektóre z nich posiadają nawet imprimatur) znajdują się kontrowersyjne i często wzajemnie wykluczające się sądy o objawieniach i cudownych zjawiskach. W księgarniach katolickich ciągle można kupić książki słynnej prawosławnej mistyczki Vassuli Ryden, mimo że wytyka się jej błędy doktrynalne. Przykładem może być także, wydana przez Wydawnictwo Salezjańskie, książka pt. „Madonna płacząca”, w której znalazły się informacje na temat nieżyjącej już stygmatyczki Jadwigi Bartel z Radomina. Autor książki, ksiądz, oparł się na artykule zamieszczonym w czasopiśmie... „Nie z tej ziemi”, które – ze swej natury – goni za sensacją. Na dodatek Jadwiga Bartel była mocno wspierana przez kręgi związane z australijskim wizjonerem, określającym się mianem „Małego Kamyka”, którego orędzia w sposób oczywisty wykraczały poza naukę Kościoła. Sprawę skomplikował jeszcze pobliski proboszcz, który napisał o Bartel książkę pełną – delikatnie mówiąc – kontrowersyjnych teologicznie treści. Takich przykładów można by mnożyć dziesiątki.

- fragment



nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl