dlaczego
nie możemy się dogadać?
z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem,
rozmawia Marcin Jakubionek
rozmawia Marcin Jakubionek
Niedawno miałem okazję uczestniczyć, jako obserwator, w pewnych nietypowych warsztatach komunikacji małżeńskiej. Nie zaskoczyła mnie tak bardzo metoda nauki komunikacji, co desperacja, z jaką ludzie szukali pomocy. Małżonkowie bez skrupułów
opowiadali przed czterystuosobową widownią o swoich intymnych problemach, o braku zrozumienia ze strony partnera.
Ta desperacja jest w jakimś sensie uzasadniona, bo niestety większość z nas ma problemy z komunikacją, to widać wszędzie, od polityki poczynając, a na rodzinach kończąc.
Ta desperacja jest w jakimś sensie uzasadniona, bo niestety większość z nas ma problemy z komunikacją, to widać wszędzie, od polityki poczynając, a na rodzinach kończąc.
Gdzie należy szukać przyczyn naszych problemów z dogadywaniem się?
To rodzina jest poligonem doświadczalnym, na którym każdy z nas jako dziecko nabiera podstawowych umiejętności komunikowania się z innymi. Tyle że dzieci (co jest zrozumiałe) nie są gotowe na takie lekcje, a dorośli też nie są przygotowani na ich udzielanie. Dziecko nie umie ocenić wartości nadchodzących do niego komunikatów, dlatego pozostaje ich biernym odbiorcą. Gdy przykładowo usłyszy od matki „Jeśli nie będziesz grzeczny, to oddam cię Cyganom”, trudno mu rozpoznać, czy mama żartuje, czy mówi prawdę. Nie ma na tyle doświadczenia, żeby dostrzec, że te słowa są jedynie wyrazem bezradności rodzica. Dziecko nie potrafi dodać własnego komentarza do nadchodzących komunikatów, nie domyśli się, że matka straszy go, ponieważ nie może sobie dać z nim rady. Przyjmuje słowa rodzica bardzo poważnie. Tak zastraszone dziecko może mieć w przyszłości problemy z autentycznością, będzie godzić się „na wszystko”, żeby tylko nie zostało powtórnie odrzucone. Dorośli nie zastanawiają się, w jaki sposób zwracają się do dzieci, nie myślą też o tym, że dzieci widzą w jaki sposób rozmawiają ze sobą. W wielu rodzinach podstawowym sposobem porozumiewania jest krzyk. Dziadek nie umie inaczej okazywać swojego zdenerwowania, jak wrzeszcząc, więc krzyczy. Wnuczek pyta: „Dziadzio nie kocha babci?”. „Kocha, ale jest zdenerwowany. On taki już jest, ma siedemdziesiąt lat i go nie zmienimy”. Może dziadka nikt nie zmieni, ale jeśli ktoś nie pokaże dziecku, że emocje można wyrazić w inny sposób, kiedyś sam stanie się takim „dziadkiem” – wyjdzie w świat, założy swoją rodzinę i przeniesie wzorce wyniesione z domu na swoje dzieci.
Koło się zamyka…
Można więc zaryzykować stwierdzenie, że wszelkie trudności w komunikacji mają charakter dziedziczny?
Przynajmniej w takim sensie, że przenosimy je z pokolenia na pokolenie. Na przykład o tym, że Polacy są narodem dosyć warcholskim i kłótliwym, przynajmniej częściowo, zadecydował taki a nie inny splot wydarzeń historycznych. Ostatnie sto pięćdziesiąt lat w naszej historii wypełniają głównie wojny i powstania. Te wydarzenia zdecydowały o obrazie polskiej rodziny; rodziny niepełnej, w której ojciec jest poza domem – walczy, ukrywa się po lasach, emigruje lub jest zsyłany na Sybir. To na matkach spoczywał obowiązek wychowania dzieci. Pokolenia Polaków były wychowywane w rodzinach bez ojców. Dzieci nie miały możliwości obserwowania rodziców i uczenia się od nich prowadzenia rozmów, rozwiązywania konfliktów, osiągania kompromisów. Bez takich umiejętności trudno stworzyć nie tylko udany związek dwojga ludzi, ale także dobrze prosperujące przedsiębiorstwo czy sprawną administrację w państwie.
Problemy z dogadaniem się to typowo polska specjalność?
Wszyscy, nie uwzględniając narodowości czy rasy, mamy problemy w tej dziedzinie. To jest cena, jaką zapłaciły nowoczesne społeczeństwa za demokratyzację i globalizację. Nasz świat się zmniejszył, ale ludzie oddalili się od siebie. Nie potrafimy się porozumieć nie tylko z sąsiadami zza drzwi, ale nawet z najbliższymi w rodzinie.
Dlaczego tak się dzieje?
Komunikacja jest możliwa tylko wtedy, kiedy dwie osoby posługują się tym samym językiem, a pojęcia w ich słowniku mają zbliżone znaczenie. Tradycyjna społeczność – plemienna czy choćby nawet wiejska – spełniała ten warunek, bowiem wszyscy jej członkowie współtworzyli jeden organizm: wyznawali identyczne wartości, łączyła ich wspólnota wierzeń, gesty kulturowe były dla wszystkich oczywiste. Życie każdego członka takiej wspólnoty było zaprogramowane od urodzenia aż do śmierci. Rodzice poddawali swoje dziecko bardzo skrupulatnej edukacji społecznej – wdrażali krok po kroku w życie wspólnoty. Wprowadzali w świat wartości, uczyli co jest dobre, a co złe, jakie zachowania są tolerowane, a jakie uchodzą za naganne. Kiedy dziecko zaczynało dorastać, pokazywali mu, co to znaczy być żoną, mężem, czym jest małżeństwo. Tłumaczyli, lepiej lub gorzej, na czym polega seks, a ostatecznie wybierali nawet współmałżonków. Wybór drogi życiowej też był z góry przesądzony, syn organisty zostawał organistą, syn chłopa, chłopem. Dzisiaj nikt nie przygotowuje młodych ludzi do życia w społeczeństwie. Każdy na własną rękę musi podejmować wszystkie decyzje, samodzielnie wybrać szkołę, zawód, partnera, sposób życia. Ludzie emigrują w poszukiwaniu lepszego życia i tak kontakty między pokoleniami ulegają rozluźnieniu. Z drugiej strony, migracja powoduje wymieszanie kultur, a to sprawia, że zaczynamy żyć w społeczeństwach wielokulturowych, w których istnieje obok siebie wiele konkurencyjnych norm zachowań. Współczesny człowiek jest zagubiony, brakuje mu bowiem drogowskazów w postaci powszechnie uznawanych wzorców. Twoja ciocia, kiedy ją pocałujesz w rękę, ucieszy się i powie, że szarmancki z ciebie człowiek, ale gdybyś był równie szarmancki wobec Angielek czy Francuzek, usłyszałbyś: „Czyś ty zwariował, nie jesteśmy przecież kochankami”. Na Zachodzie całowanie w rękę ma raczej intymny, erotyczny charakter: mógłbyś nawet zostać oskarżony o molestowanie. Jeżeli dla jednej osoby pocałunek nie jest niczym więcej, jak przyjacielskim gestem, a dla drugiej naruszeniem godności osobistej, niemalże gwałtem, ustawodawca musi ustalić, jakie gesty są jeszcze dozwolone, a jakie kwalifikują się do wszczęcia postępowania karnego. Prawo musi na nowo określić standardy komunikacyjne.
- fragment
To rodzina jest poligonem doświadczalnym, na którym każdy z nas jako dziecko nabiera podstawowych umiejętności komunikowania się z innymi. Tyle że dzieci (co jest zrozumiałe) nie są gotowe na takie lekcje, a dorośli też nie są przygotowani na ich udzielanie. Dziecko nie umie ocenić wartości nadchodzących do niego komunikatów, dlatego pozostaje ich biernym odbiorcą. Gdy przykładowo usłyszy od matki „Jeśli nie będziesz grzeczny, to oddam cię Cyganom”, trudno mu rozpoznać, czy mama żartuje, czy mówi prawdę. Nie ma na tyle doświadczenia, żeby dostrzec, że te słowa są jedynie wyrazem bezradności rodzica. Dziecko nie potrafi dodać własnego komentarza do nadchodzących komunikatów, nie domyśli się, że matka straszy go, ponieważ nie może sobie dać z nim rady. Przyjmuje słowa rodzica bardzo poważnie. Tak zastraszone dziecko może mieć w przyszłości problemy z autentycznością, będzie godzić się „na wszystko”, żeby tylko nie zostało powtórnie odrzucone. Dorośli nie zastanawiają się, w jaki sposób zwracają się do dzieci, nie myślą też o tym, że dzieci widzą w jaki sposób rozmawiają ze sobą. W wielu rodzinach podstawowym sposobem porozumiewania jest krzyk. Dziadek nie umie inaczej okazywać swojego zdenerwowania, jak wrzeszcząc, więc krzyczy. Wnuczek pyta: „Dziadzio nie kocha babci?”. „Kocha, ale jest zdenerwowany. On taki już jest, ma siedemdziesiąt lat i go nie zmienimy”. Może dziadka nikt nie zmieni, ale jeśli ktoś nie pokaże dziecku, że emocje można wyrazić w inny sposób, kiedyś sam stanie się takim „dziadkiem” – wyjdzie w świat, założy swoją rodzinę i przeniesie wzorce wyniesione z domu na swoje dzieci.
Koło się zamyka…
Można więc zaryzykować stwierdzenie, że wszelkie trudności w komunikacji mają charakter dziedziczny?
Przynajmniej w takim sensie, że przenosimy je z pokolenia na pokolenie. Na przykład o tym, że Polacy są narodem dosyć warcholskim i kłótliwym, przynajmniej częściowo, zadecydował taki a nie inny splot wydarzeń historycznych. Ostatnie sto pięćdziesiąt lat w naszej historii wypełniają głównie wojny i powstania. Te wydarzenia zdecydowały o obrazie polskiej rodziny; rodziny niepełnej, w której ojciec jest poza domem – walczy, ukrywa się po lasach, emigruje lub jest zsyłany na Sybir. To na matkach spoczywał obowiązek wychowania dzieci. Pokolenia Polaków były wychowywane w rodzinach bez ojców. Dzieci nie miały możliwości obserwowania rodziców i uczenia się od nich prowadzenia rozmów, rozwiązywania konfliktów, osiągania kompromisów. Bez takich umiejętności trudno stworzyć nie tylko udany związek dwojga ludzi, ale także dobrze prosperujące przedsiębiorstwo czy sprawną administrację w państwie.
Problemy z dogadaniem się to typowo polska specjalność?
Wszyscy, nie uwzględniając narodowości czy rasy, mamy problemy w tej dziedzinie. To jest cena, jaką zapłaciły nowoczesne społeczeństwa za demokratyzację i globalizację. Nasz świat się zmniejszył, ale ludzie oddalili się od siebie. Nie potrafimy się porozumieć nie tylko z sąsiadami zza drzwi, ale nawet z najbliższymi w rodzinie.
Dlaczego tak się dzieje?
Komunikacja jest możliwa tylko wtedy, kiedy dwie osoby posługują się tym samym językiem, a pojęcia w ich słowniku mają zbliżone znaczenie. Tradycyjna społeczność – plemienna czy choćby nawet wiejska – spełniała ten warunek, bowiem wszyscy jej członkowie współtworzyli jeden organizm: wyznawali identyczne wartości, łączyła ich wspólnota wierzeń, gesty kulturowe były dla wszystkich oczywiste. Życie każdego członka takiej wspólnoty było zaprogramowane od urodzenia aż do śmierci. Rodzice poddawali swoje dziecko bardzo skrupulatnej edukacji społecznej – wdrażali krok po kroku w życie wspólnoty. Wprowadzali w świat wartości, uczyli co jest dobre, a co złe, jakie zachowania są tolerowane, a jakie uchodzą za naganne. Kiedy dziecko zaczynało dorastać, pokazywali mu, co to znaczy być żoną, mężem, czym jest małżeństwo. Tłumaczyli, lepiej lub gorzej, na czym polega seks, a ostatecznie wybierali nawet współmałżonków. Wybór drogi życiowej też był z góry przesądzony, syn organisty zostawał organistą, syn chłopa, chłopem. Dzisiaj nikt nie przygotowuje młodych ludzi do życia w społeczeństwie. Każdy na własną rękę musi podejmować wszystkie decyzje, samodzielnie wybrać szkołę, zawód, partnera, sposób życia. Ludzie emigrują w poszukiwaniu lepszego życia i tak kontakty między pokoleniami ulegają rozluźnieniu. Z drugiej strony, migracja powoduje wymieszanie kultur, a to sprawia, że zaczynamy żyć w społeczeństwach wielokulturowych, w których istnieje obok siebie wiele konkurencyjnych norm zachowań. Współczesny człowiek jest zagubiony, brakuje mu bowiem drogowskazów w postaci powszechnie uznawanych wzorców. Twoja ciocia, kiedy ją pocałujesz w rękę, ucieszy się i powie, że szarmancki z ciebie człowiek, ale gdybyś był równie szarmancki wobec Angielek czy Francuzek, usłyszałbyś: „Czyś ty zwariował, nie jesteśmy przecież kochankami”. Na Zachodzie całowanie w rękę ma raczej intymny, erotyczny charakter: mógłbyś nawet zostać oskarżony o molestowanie. Jeżeli dla jednej osoby pocałunek nie jest niczym więcej, jak przyjacielskim gestem, a dla drugiej naruszeniem godności osobistej, niemalże gwałtem, ustawodawca musi ustalić, jakie gesty są jeszcze dozwolone, a jakie kwalifikują się do wszczęcia postępowania karnego. Prawo musi na nowo określić standardy komunikacyjne.
- fragment



