Czy religia uzdrawia?
BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI
Od najdawniejszych czasów mnisi, nie tylko chrześcijańscy, żyli w klasztorach, w których zgromadzona była wiedza na temat ziół leczniczych i funkcjonowania człowieka. Nauka i religia były wtedy ściśle ze sobą połączone. Mnisi, którzy stanowili najlepiej wykształconą część społeczeństwa, oprócz posługi religijnej zajmowali się również leczeniem ciała
Śladem tamtej epoki są choćby bonifratrzy, ze swoją apteką pełną specyfików sporządzonych według dawnych receptur, albo Hildegarda z Bingen, mistyczka żyjąca w XII w., która pozostawiła pisma dotyczące wielu dziedzin nauki, w tym także przepisy na leki (od dietetyki po ginekologię). Ci, którzy badają jej spuściznę, mówią, że była raczej kimś takim jak Leonardo da Vinci, czyli bardziej uczoną i mędrcem niż mistyczką, chociaż to właśnie jej wizje mistyczne i muzyka są dziś najbardziej znane. Uzdrawiająca moc religii w tamtych czasach była o wiele bardziej niż dzisiaj związana z tym, czym zajmuje się medycyna. Jednak w pewnym momencie drogi religii i medycyny się rozeszły.
Gdybyśmy mogli porzuicić nasz lęk. Jeśli istnieje Bóg, to nie muszę się bać. Najmocniejszy przekaz Jana Pawła II zawarty był w słowach: “Nie lękajcie się”. Obawa, lęk, strach należą do najbardziej niszczących emocji. Boimy się o wiele za często. O wiele za często czujemy się opuszczeni, chorzy, nieszczęśliwi, biedni i na marginesie życia. Są oczywiście przytułki, sierocińce, pracownicy socjalni, organizacje pozarządowe i różne doraźne inicjatywy społeczne, które w takich przypadkach pomagają, ale wszyscy czujemy, że “to nie to”, że czegoś im brakuje.
Czego im brakuje? Pewnej wizji uzdrowienia i wyzwolenia, którą może dać tylko religia. Wszystkie inne wizje uzdrowienia i wyzwolenia w historii świata okazały się chybione. Na przykład marksizm i jego sztandarowe hasło: “Wyklęty powstań ludu ziemi…”, czyli powstańmy, złączmy się i zróbmy nowy raj na ziemi. Niestety, stało się wręcz przeciwnie – z marksizmu wyniknęła ogromna ilość cierpień. Bo nie chodzi o to, żeby ludziom biednym, odsuniętym, opuszczonym, chorym czy samotnym dać – tak po prostu – to, czego im brakuje, czyli chleb, lekarstwo, dom. Chodzi o to, żeby im w jakimś sensie zadośćuczynić (uczynić zadość), wyrównać stratę, wynagrodzić ból. Wyobraźmy sobie, że ktoś został osierocony, gdy miał np. siedem lat. Choćbyśmy nie wiem jak się starali i nie wiem jaką zrobili rewolucję, nie będziemy w stanie zapewnić mu poczucia równości z kimś, kto został wychowany przez rodziców, i to w dodatku dobrych – to nie leży w ludzkiej mocy. Można wymienić wiele podobnych sytuacji, w których nierówność, niesprawiedliwość, poczucie krzywdy są ogromne i nie w ludzkiej mocy jest im zaradzić. Jeżeli ktoś urodził się z ciężką nieuleczalną chorobą i jest przykuty do łóżka, a obok siebie widzi ludzi zdrowych, którzy mogą robić to, co chcą, to jaka ludzka moc byłaby w stanie, zwrócić mu jego stratę?
- fragment
w jaki sposób religia uzdrawia?
Zacznę od mojej ulubionej definicji religii, czyli myśli Paula Tillicha, że religia to jest najwyższa troska – najwyższa troska o wszystko. A więc to nie jest tak, że “my” jesteśmy ważni, a “tamci” się nie liczą i będą w piekle. Wielcy przywódcy religijni, wielcy nauczyciele duchowi, skłonni są raczej do twierdzenia, że będziemy zbawieni wszyscy albo nikt. Zostaliśmy stworzeni przez tego samego Ojca, jesteśmy spokrewnieni, powinniśmy się wspierać. Człowiek zawsze poszukiwał jedności. Pamiętamy słowa Jezusa: będzie jedna owczarnia i jeden Pasterz. Jest też buddyjska metafora, mówiąca o związku krowy i cielęcia*. Te metafory eksponują, głęboko wpisaną w nasz świat, relację zależności między kimś, kto potrzebuje opieki i kimś, kto tę opiekę zapewnia, i w ten sposób dają poczucie bezpieczeństwa.Gdybyśmy mogli porzuicić nasz lęk. Jeśli istnieje Bóg, to nie muszę się bać. Najmocniejszy przekaz Jana Pawła II zawarty był w słowach: “Nie lękajcie się”. Obawa, lęk, strach należą do najbardziej niszczących emocji. Boimy się o wiele za często. O wiele za często czujemy się opuszczeni, chorzy, nieszczęśliwi, biedni i na marginesie życia. Są oczywiście przytułki, sierocińce, pracownicy socjalni, organizacje pozarządowe i różne doraźne inicjatywy społeczne, które w takich przypadkach pomagają, ale wszyscy czujemy, że “to nie to”, że czegoś im brakuje.
Czego im brakuje? Pewnej wizji uzdrowienia i wyzwolenia, którą może dać tylko religia. Wszystkie inne wizje uzdrowienia i wyzwolenia w historii świata okazały się chybione. Na przykład marksizm i jego sztandarowe hasło: “Wyklęty powstań ludu ziemi…”, czyli powstańmy, złączmy się i zróbmy nowy raj na ziemi. Niestety, stało się wręcz przeciwnie – z marksizmu wyniknęła ogromna ilość cierpień. Bo nie chodzi o to, żeby ludziom biednym, odsuniętym, opuszczonym, chorym czy samotnym dać – tak po prostu – to, czego im brakuje, czyli chleb, lekarstwo, dom. Chodzi o to, żeby im w jakimś sensie zadośćuczynić (uczynić zadość), wyrównać stratę, wynagrodzić ból. Wyobraźmy sobie, że ktoś został osierocony, gdy miał np. siedem lat. Choćbyśmy nie wiem jak się starali i nie wiem jaką zrobili rewolucję, nie będziemy w stanie zapewnić mu poczucia równości z kimś, kto został wychowany przez rodziców, i to w dodatku dobrych – to nie leży w ludzkiej mocy. Można wymienić wiele podobnych sytuacji, w których nierówność, niesprawiedliwość, poczucie krzywdy są ogromne i nie w ludzkiej mocy jest im zaradzić. Jeżeli ktoś urodził się z ciężką nieuleczalną chorobą i jest przykuty do łóżka, a obok siebie widzi ludzi zdrowych, którzy mogą robić to, co chcą, to jaka ludzka moc byłaby w stanie, zwrócić mu jego stratę?
religia pełna mocy
A religia ma w sobie taką moc. Przede wszystkim tylko ona jest w stanie wzbudzić w człowieku marzenie, że możliwy jest taki stan, który w Apokalipsie został określony jako czas, kiedy zostanie otarta wszelka łza. Człowiek otwiera się na nadzieję, że niesprawiedliwość i godna pożałowania sytuacja, w której się znalazł, może zostać naprawiona i wynagrodzona. Ale nadzieja na otarcie “wszelkiej łzy” na końcu czasów to nie wszystko – religia oferuje jeszcze jedną możliwość. Ona ma moc sprawić, że absurdalna, niesprawiedliwa, bezsensowna sytuacja, w jakiej znajduje się opuszczony i cierpiący człowiek, zostanie uznana za sensowną, wartościową i znaczącą. Jak to jest możliwe? Spójrzmy na założyciela chrześcijaństwa, Jezusa Chrystusa. To był Ktoś odrzucany od dzieciństwa, a nawet od poczęcia, bo już Józef ma wątpliwości, co zrobić z tą kobietą, która ma w swoim łonie dziecko nie wiadomo skąd... W Betlejem nikt nie chce ich przyjąć, i Jezus musi narodzić się w stajni. Potem Herod chce Go zabić, dlatego Jezus z rodzicami ucieka do Egiptu. W następnych latach wcale nie jest lepiej. Życie Jezusa wygląda jak studium systematycznego odrzucania. Jezus to człowiek, który niemal w każdym momencie życia jest odrzucany. Tylko Maryja od początku Go przyjmuje. Oczywiście, akceptują Go Jego uczniowie, ale i oni często Go nie rozumieją. Zejdź mi z oczu szatanie – mówi Jezus do Piotra – bo nie myślisz po Bożemu, lecz po ludzku. Potem jest ukrzyżowanie, czyli ostateczne odrzucenie, i samotność. A jednak historia Jezusa opowiedziana w Ewangelii mówi każdemu, kto ją czyta, że Jego życie było najbardziej wygranym życiem na ziemi. Mówi: uwierz w to, że On nie przegrał wszystkiego, że to nie było najbardziej tragiczne życie, ale najlepsze z najlepszych, że ten Człowiek był tą samą Istotą, dzięki której cały świat istnieje, dzięki której ty istniejesz i ze względu na którą wszystko się dzieje.- fragment



