nie chorujemy za karę,

czyli o leczeniu duszy i ciała

z o. Mirosławem Pilśniakiem,
dominikaninem, proboszczem parafii dominikańskiej w Warszawie na Służewie,
duszpasterzem Spotkań Małżeńskich,
rozmawia Ela Konderak

Ojcze, mam wrażenie, że ludzie oczekują od religii głównie tego, żeby uzdrawiała.
Jest coś z prawdy w tym powiedzeniu – w modlitwach o uzdrowienie uczestniczy zawsze dużo ludzi, na inne nabożeństwa trudniej zaprosić aż tylu. Podobnie jest w Ewangelii: kiedy Jezus uzdrawia, przychodzą tłumy, kiedy naucza – jest ich znacznie mniej.

I gdzie tu miejsce na więź z Chrystusem, na poszukiwanie Prawdy?
Myślę, że w tym natarczywym poszukiwaniu uzdrowienia jest pewna myśl, którą warto obronić: człowiek bezradny wobec choroby i cierpienia szuka ratunku. Jego prośba nie jest adresowana w pustkę, bo zwraca się do Boga.
Ma rację, bo mocą, która uzdrawia, jest Bóg. Proszącemu o uzdrowienie potrzebna jest jednak jakaś formacja duchowa, a nawet pomoc w trakcie samej modlitwy o uzdrowienie, aby jego uwagę, skierowaną na wyleczenie z choroby, otworzyć na pragnienie więzi z Jezusem.

Może człowiek chory boi się, że choroba to jego wina i dlatego ucieka od głębszej więzi z Bogiem? Czy chorujemy za karę?
W chrześcijaństwie niestety pokutuje ten pogląd, że jeżeli człowiek nie spełnia woli Bożej, to spotykają go choroby, które są upomnieniem i karą arbitralnie wymierzaną przez Boga. Dziewięćdziesiąt siedem procent ludzi ma w głowie zakodowany taki program, że choroba przychodzi od Boga, że On zsyła na nas cierpienie po to, żebyśmy się nawrócili. Jesteśmy podejrzliwi wobec Pana Boga, a przecież On nigdy nie jest źródłem cierpienia, śmierci, lęku czy choroby – On jest wyłącznie źródłem dobra.

To dlaczego chorujemy?
Trudno powiedzieć, czy choroba przychodzi do nas bardziej z powodu naszego grzechu, czy bardziej z powodu zawiści diabła. Ale Objawienie podaje te dwa źródła cierpienia człowieka. Źródłem zła, również choroby, jest skaza, która powstała na naszym świecie w wyniku grzechu pierworodnego. Nasze myślenie, że to Pan Bóg jest źródłem choroby, może być wynikiem życiowej obserwacji, że sytuacja choroby często otwiera na Boga. Cierpienie, widok nieszczęścia czy śmierci kogoś bliskiego może spowodować rozpacz i zamknięcie, ale może też spowodować odnowę religijności. Jednak w zamyśle Bożym człowiek miał nie chorować. Choroba jest znakiem, że świat zamknął się na Boga, że brak w nim Bożej mocy. To jeden z symptomów tego, że żyjemy w świecie, w którym widoczne są skutki grzechu pierworodnego.

Ale gdyby nawet człowiek nie był zamknięty na Boga, to i tak na coś w końcu trzeba umrzeć.
Otóż nie. Prawdopodobnie w zamyśle Bożym było tak, że człowiek miał kończyć swój pobyt na ziemi bez cierpienia, w poczuciu, że właśnie zasypia i obudzi się w rękach Bożych całkowicie pogodzony z faktem umierania. Umieranie miało być pozbawioną bólu i lęku chwilą kończącą ziemską wędrówkę. Człowiek odchodziłby szczęśliwy, że kończy się jego czas na ziemi, a rozpoczyna się niebo. Ale dla nas umieranie jest wejściem w ciemność, w lęk, nie wiadomo w co, z niepokojącym pytaniem: „Czy Bóg okaże się mocniejszy niż moja śmierć?”.

Na początku chyba w ogóle miało nie być śmierci?
Są różne opinie na ten temat. Ta, o której mówię, pojawia się przy rozważaniu tzw. zaśnięcia Matki Bożej. Czy Matka Boża umarła tak jak każdy człowiek, czy została wzięta do nieba? Podoba mi się taka opinia, że Bóg, stwarzając człowieka jako istotę materialną, zamierzył również jego śmierć, ale śmierć miała być radosnym wejściem do nowego świata. Czas życia ziemskiego byłby poznawaniem Boga tutaj na ziemi, cieszeniem się Jego dobrocią i prostą drogą do Niego.

Stało się inaczej, więc chorujemy i wciąż potrzebujemy uzdrowienia. W jaki sposób Pan Bóg uzdrawia?
Czasem dość spektakularnie… W Krakowie, w latach osiemdziesiątych zetknąłem się z Odnową w Duchu Świetnym i pamiętam, że zdarzały się tam takie właśnie spektakularne uzdrowienia. Dla osób z tamtej wspólnoty doświadczenie, że Bóg uzdrawia, było wyzwalające, przynosiło radość i poczucie wolności. Oznaczało, że powstanie z nędzy i otwarcie na Boga jest rzeczywiście możliwe, że każdy może się na nowo narodzić, jeśli tylko dotknie go Boża łaska. Ruch charyzmatyczny oczywiście nie skupiał wyłącznie ludzi chorych i poszukujących uzdrowienia, ale takich, dla których odkrycie, że można być blisko Boga, było czymś niezwykle atrakcyjnym, dającym poczucie własnej wartości i odczuwalnej opieki Bożej.
Takie nadzwyczajne uzdrowienia są możliwe, ale jeżeli ktoś próbowałby zrezygnować z leczenia u lekarza na rzecz modlitwy o uzdrowienie, to powinien mieć świadomość, że czasami nie udaje się w ten sposób odzyskać zdrowia. Bardzo często poszukiwanie uzdrowienia tylko poprzez modlitwę jest efektem trudnej sytuacji psychicznej, depresji, lęków. Człowiek boi się iść do lekarza, bo to go jakoś etykietuje czy wręcz napiętnowuje. Zdecydowanie woli przyjść na modlitwę o uzdrowienie, bo wydaje mu się, że jest w tym więcej wolności i wygląda to jakoś pobożniej.

Wszyscy boimy się bólu, a terapia psychologiczna czy psychiatryczna bywa bolesna. Czasem wydaje się, że łatwiej poprosić Pana Boga o uzdrowienie. Tylko czy Bóg uzdrawia bezboleśnie?
To jest trafne pytanie. Jeżeli moja choroba jest znakiem zamknięcia się na Niego, to uzdrowienie będzie wyrwaniem mnie z tego zamknięcia i na pewno nie dokona się bez bólu.

Pytam o uzdrowienie, a Ojciec wciąż wraca do zamknięcia człowieka. Choroba to dla Ojca skutek zamknięcia na Boga. Czy to zamknięcie przejawia się jakoś w człowieku? Ale tak realnie, nie metaforycznie.
Przejawia się bardzo realnie, na przykład niezdolnością do przebaczenia. Przebaczenie to jest w ogóle dobry trop, jeśli mówimy o uzdrawianiu. Bo niezdolność do przebaczenia rzeczywiście może być problemem i nie jest wynikiem wyłącznie naszej złej woli w danym momencie. Bardzo często jesteśmy dotknięci wewnętrzną niemocą, nie jesteśmy wręcz zdolni do przebaczenia. Przebaczanie wiąże się z wykonaniem pewnej pracy duchowej. Musimy przejść czasem długą drogę, która wiedzie poprzez trud powracania do siebie, nazywania rzeczy po imieniu, odkrywania tego, co chcielibyśmy przebaczyć, i komu. Przede wszystkim jednak musimy się spotkać się z tym, kto nas prosi o przebaczenie, a to nie jest proste. Czasem psychologowie szukają metod zastępczych. Na przykład stawiają krzesło i proszą o wyobrażenie sobie, że siedzi na nim ktoś, komu mamy przebaczyć. Proponują jakiś rytuał: albo napisanie listu do kogoś, kto nas skrzywdził, z kim nie możemy mieś bezpośredniego kontaktu, bo już nie żyje albo jest gdzieś daleko. Dojście do przebaczenia jest długim procesem duchowym, bo żeby komuś przebaczyć, muszę być zdolny do wolności. Ale nie jestem do niej zdolny, bo stan: „nie umiem przebaczyć” często wtrąca mnie w depresję i zniechęcenie, a one odbierają mi wolność, dając poczucie, że tracę panowanie nad własnym życiem. To doświadczenie jest jak wysoka gorączka podczas choroby.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl