

"Trydent
czy Watykan?"
Należę do osób, które pamiętają z dzieciństwa Mszę św. trydencką. Wspominam ją dobrze - wcale nie miałam wtedy doświadczenia sztywności, niewygody, czy wyobcowania. Przeciwnie, kościół był miejscem, gdzie na ogół czułam się dobrze. Pamiętam też cukierki i lalki, które ze sobą przynosiliśmy. Teraz też czasem widzę na Mszy dzieci z pluszakami. Różnica między nami z tamtych czasów a współczesnymi dziećmi polega na tym, że my dzieliliśmy się naszymi „gadżetami" ukradkiem, ryzykując awanturę, którą mogła nam zawsze zrobić jakaś starsza osoba, a współczesne dzieci robią to zupełnie „oficjalnie". My robiliśmy to na kolanach, bo przez znaczną część Mszy się wówczas klęczało, i tylko w gronie dziewczynek, bo obowiązywał bezwzględny zakaz przechodzenia na lewą, czyli męską stronę, a współczesne dzieci nie muszą się krępować żadnymi zakazami i nakazami. Czasem też przemieszczaliśmy się „dyskretnie" na tych kolanach, żeby lepiej się porozumiewać. A wszystko przed samym ołtarzem, bo tam było miejsce dzieci. Nie było z nami rodziców, bo to był świat, w którym nawet małe dzieci same chodziły i do szkoły i do kościoła (dzięki temu rodzice rzeczywiście mieli swoją Mszę, a my swoją). I tylko jeden z księży, który nas pilnował, uderzał czasem w wystające kolano, kogoś, kto był na tyle leniwy, że chciał klęczeć tylko na jednym.
Wspominam dobrze tamtą Mszę, znam na pamięć całe jej fragmenty po łacinie i z przyjemnością je czasem przywołuję, a jednak gdyby mi ktoś dzisiaj, zgodnie z tendencją panującą w niektórych środowiskach, kazał pójść na Mszę trydencką, odmówiłabym. Nie tylko dlatego, że nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Przede wszystkim dlatego, że widzę, jak wielkim błogosławieństwem była reforma liturgiczna po Soborze Watykańskim II. Nie przekonują mnie argumenty o jakimś nadzwyczajnym sacrum rytu trydenckiego. W kościele, do którego mam szczęście chodzić na Mszę, nigdy mi sacrum nie brakowało. Bóg jest tu wielki i bliski zarazem. Tajemniczy i odsłaniający się. Skłania do dystansu a jednocześnie zabiega o mnie. I to bez względu na to czy Msza odbywa się w kościele, w kapitularzu, na zboczu góry, czy w łodzi na środku jeziora. Nie brakuje mi łaciny ani chorału, bo tu liturgia od zawsze była bogata w te elementy. I za tę „watykańską" liturgię, dzięki której nigdy nie miałam „trydenckich pokus" bardzo dziś dziękuję. Podobno nie wszędzie w Kościele jest tak dobrze, ale ja w to nie wierzę.
ELA KONDERAK
redaktor naczelny



