Ojciec Klimuszko
jasnowidz z Elbląga
MARTA WIELEK
Słoneczny lipcowy dzień. Dwoje dzieci zbiera w lesie poziomki. Są tak pochłonięte zabawą i rozmową, że nie zauważają nadciągającej burzy. Zaskoczone deszczem chowają się pod krzakiem. Ulewa jest jednak tak potężna, że nawet to nie chroni ich przed przemoknięciem. Mimo że znają się niemal od kołyski, chłopiec dopiero teraz zauważa na dłoni dziewczynki liczne i szpetne brodawki, które nabrzmiały od deszczu. Bez namysłu zrywa rosnące w pobliżu jaskółcze ziele i jego sokiem naciera dłonie dziewczynki. Po kilku dniach brodawki znikają bez śladu, a chłopiec zaczyna się zastanawiać, skąd przyszło mu do głowy, żeby sięgnąć akurat po to zioło
Chłopiec nazywał się Czesław Klimuszko. Deszczowa przygoda spotkała go w roku 1916, gdy miał 11 lat. Mieszkał wtedy w maleńkiej wsi Nierośno na Podlasiu. Rodzice, Wincenty i Zofia, byli niezamożni. Oprócz Czesia mieli jeszcze pięcioro dzieci, dwoje z nich wcześnie zmarło.
Czesław chodził jak inne dzieci z okolicy do szkoły powszechnej w Różanymstoku. Przed wyleczeniem dłoni małej Zuzi nie przejawiał specjalnego zainteresowania ani ziołami, ani przyrodą w ogóle. Wiele czasu spędzał jednak na spacerach. „Ciągnęło mnie do samotności, do lasów, do chmur" - wspominał potem. Dopiero po tamtym medycznym sukcesie zaczął przyglądać się kwiatom i ziołom. Nie umiał ich nazwać, ale wyraźnie czuł, że jedne są przyjemne, inne zaś odpychające. Nie ujawniał się jednakze swoją wiedzą i umiejętnościami, bo bał się podejrzeń o znachorstwo.
Dopiero kilka lat później, już podczas nauki w gimnazjum w Grodnie, natrafił na podręcznik zielarski, w którym znalazł potwierdzenie swoich przeczuć. Rośliny, które promieniowały błogością, okazały się lecznicze, te zaś, z których emanowała nieprzyjemna energia, były trujące.
W tym czasie miało miejsce jeszcze jedno dziwne zdarzenie związane z koleżanką z dzieciństwa. „Pewnego dnia, dokładnie 2 lutego 1925 r., zjawiła się przed moim wzrokiem ducha scena niespodziewanej śmierci mojej koleżanki z lat dziecinnych, wspomnianej już Zuzi. Zobaczyłem cały przebieg jej umierania. Mieszkała ona wtedy bardzo daleko. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość potwierdzającą moje widzenie" - wspominał Klimuszko po latach. Potraktował to jednak jako incydent. W 1925 r. rozpoczął nowicjat w Kalwarii Pacławskiej. Tam otrzymał imię zakonne Andrzej. Po roku nowicjatu wrócił do Lwowa, by skończyć naukę w gimnazjum. O ile nauki humanistyczne przyswajał z łatwością, o tyle matematyka była dla niego udręką. Przeżywał boleśnie swoje szkolne porażki, a po latach żartował, że Gimnazjum X we Lwowie nie zanotowało w historii ucznia bardziej tępego w matematyce niż on. Natomiast jego zainteresowania związane z ziołolecznictwem wpisywały się bardzo dobrze we franciszkańskiego ducha umiłowania przyrody. Podobnie jak jego szczególna - jak wspominają zakonni współbracia - wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka. Gdy pytano go o to, kim jest, do końca życia odpowiadał: „Kapłanem zakonu św. Franciszka". Święcenia kapłańskie otrzymał 6 maja 1934 r. w Krakowie. Przez kilka następnych lat mieszkał i posługiwał w różnych klasztorach: w Gnieźnie, w Wilnie, w Łagiewnikach koło Łodzi oraz w Warszawie. W stolicy został aż do wybuchu wojny.
Z okupowanej Warszawy uciekł do klasztoru w Kaliszu. Tam jednak po pewnym czasie dopadło go gestapo. Został aresztowany. Po jakimś czasie zwolniono go, nakazano nie opuszczać miasta i pozostać do dyspozycji gestapo. Kiedy wyszedł z aresztu, poszedł prosto na dworzec i wsiadł do pierwszego lepszego pociągu, bez dokumentów i pieniędzy. W ten sposób udało mu się dotrzeć do Wierzbicy, w pobliżu Radomia. Tam postanowił zatrzymać się na kilka dni. Było lato 1940 r. Któregoś poranka do wsi wtargnął oddział Niemców z zamiarem ukarania mieszkańców za niedostarczony kontyngent drewna. Wszystkich mężczyzn -łącznie z o. Klimuszką - spędzono na rynek. Tam kolejno ich chłostano i kłuto bagnetami. Klimuszce, jako księdzu, kazano się temu przypatrywać. Na koniec hitlerowcy postanowili zrobić sobie widowisko: kazali franciszkaninowi pozować do zdjęć przy ofiarach. Gdy odmówił, zmuszano go, by biegał wokół rynku. Gdy i tego nie chciał zrobić, bito go, kopano i kłuto. To było dla niego doświadczenie graniczne, w dosłownym rozumieniu. Właśnie wtedy po raz pierwszy przekroczył granice swojej świadomości: „Świadomość doznanej krzywdy oraz widok wynaturzenia człowieka z trupią główką na czapce, cały ten splot wypadków wywołał w mojej jaźni silny wstrząs, który z kolei wyzwolił we mnie drzemiące nieznane siły psychiczne, poruszył jakiś mechanizm w ośrodkach mózgu, obudził nadświadomość, dzięki której zacząłem przenikać psychofizyczną strukturę człowieka. Zacząłem dostrzegać w pewnych momentach za niektórymi ludźmi ciągnący się jakby film ze scenami ich przeżyć i przeszłości. Czułem wyraźnie, że w mojej sferze psychicznej nastąpił jakiś przełom, zaistniało coś, i to coś nie jest anormalne, lecz raczej ponadnormalne" - pisał o tym wydarzeniu o. Klimuszko w swoich wspomnieniach.
Tuż po tym wydarzeniu o. Andrzej poczuł, że patrząc na fotografie, również widzi wypisany na nich życiorys człowieka. Postanowił spróbować swych sił. Prosił ludzi, by pokazywali mu swoje fotografie, i opowiadał im, co na nich widzi. Był ciekaw, czy odpowiada to rzeczywistości. Odczytywał z fotografii nie tylko przeszłość, ale też stan zdrowia, uzdolnienia, upodobania itp. Traktował to jak rodzaj rozrywki, ale rosnąca liczba odgadniętych ludzkich losów dawała mu coraz częściej do myślenia.
W tym czasie również kilkakrotnie udało mu się uniknąć śmierci dzięki pojawiającemu się przeczuciu, ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem. Budził się np. w środku nocy, wsiadał na rower i jechał przed siebie, by następnego dnia dowiedzieć się, że jacyś bandyci napadli na dom, w którym spał. Innym razem, tknięty podobnym przeczuciem, uciekał z jakiejś wioski, zaczepiał spotkanych ludzi i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Uznano go jednak za wariata. Kilka dni później wszystkich mieszkańców wioski rozstrzelano.
Czesław chodził jak inne dzieci z okolicy do szkoły powszechnej w Różanymstoku. Przed wyleczeniem dłoni małej Zuzi nie przejawiał specjalnego zainteresowania ani ziołami, ani przyrodą w ogóle. Wiele czasu spędzał jednak na spacerach. „Ciągnęło mnie do samotności, do lasów, do chmur" - wspominał potem. Dopiero po tamtym medycznym sukcesie zaczął przyglądać się kwiatom i ziołom. Nie umiał ich nazwać, ale wyraźnie czuł, że jedne są przyjemne, inne zaś odpychające. Nie ujawniał się jednakze swoją wiedzą i umiejętnościami, bo bał się podejrzeń o znachorstwo.
Dopiero kilka lat później, już podczas nauki w gimnazjum w Grodnie, natrafił na podręcznik zielarski, w którym znalazł potwierdzenie swoich przeczuć. Rośliny, które promieniowały błogością, okazały się lecznicze, te zaś, z których emanowała nieprzyjemna energia, były trujące.
pierwsze widzenie
Do Grodna Czesław przyjechał w 1924 r. Tam spotkał o. Melchiora Fordona, bardzo energicznego i charyzmatycznego franciszkanina, cieszącego się ogromnym poważaniem wśród mieszkańców miasta. Ojciec Fordon znany był nie tylko ze swojej bezkompromisowości wobec władz carskich, ale też z oddania ubogim. Wspominano, że gdy zobaczył bosego żydowskiego żebraka, zdjął własne buty i ofiarował mu je. Być może młody Klimuszko zetknął się w tym czasie także z o. Maksymilianem Kolbe, który kierował wydawanym od 1922 r. w Grodnie „Rycerzem Niepokalanej". Zaledwie po roku nauki w grodzieńskim gimnazjum postanowił na piechotę wyruszyć do Lwowa, gdzie wstąpił do zakonu franciszkańskiego.W tym czasie miało miejsce jeszcze jedno dziwne zdarzenie związane z koleżanką z dzieciństwa. „Pewnego dnia, dokładnie 2 lutego 1925 r., zjawiła się przed moim wzrokiem ducha scena niespodziewanej śmierci mojej koleżanki z lat dziecinnych, wspomnianej już Zuzi. Zobaczyłem cały przebieg jej umierania. Mieszkała ona wtedy bardzo daleko. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość potwierdzającą moje widzenie" - wspominał Klimuszko po latach. Potraktował to jednak jako incydent. W 1925 r. rozpoczął nowicjat w Kalwarii Pacławskiej. Tam otrzymał imię zakonne Andrzej. Po roku nowicjatu wrócił do Lwowa, by skończyć naukę w gimnazjum. O ile nauki humanistyczne przyswajał z łatwością, o tyle matematyka była dla niego udręką. Przeżywał boleśnie swoje szkolne porażki, a po latach żartował, że Gimnazjum X we Lwowie nie zanotowało w historii ucznia bardziej tępego w matematyce niż on. Natomiast jego zainteresowania związane z ziołolecznictwem wpisywały się bardzo dobrze we franciszkańskiego ducha umiłowania przyrody. Podobnie jak jego szczególna - jak wspominają zakonni współbracia - wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka. Gdy pytano go o to, kim jest, do końca życia odpowiadał: „Kapłanem zakonu św. Franciszka". Święcenia kapłańskie otrzymał 6 maja 1934 r. w Krakowie. Przez kilka następnych lat mieszkał i posługiwał w różnych klasztorach: w Gnieźnie, w Wilnie, w Łagiewnikach koło Łodzi oraz w Warszawie. W stolicy został aż do wybuchu wojny.
poza granice świadomości
W ostatnią sierpniową noc 1939 r. o. Klimusz-ce przyśnił się dziwny sen. Przed jego oczyma przesuwały się sceny bitew. Widział rozstrzeliwanych polskich żołnierzy i ludzi uwięzionych w obozach zagłady. Na koniec ukazał mu się zakrwawiony polski oficer i pokazał mu, jak wojska nazistowskie niszczą całą Europę. Ojciec Andrzej potraktował to jak senny koszmar, ale z każdym niemal dniem wojny przekonywał się, że jego sen spełnia się na jawie.Z okupowanej Warszawy uciekł do klasztoru w Kaliszu. Tam jednak po pewnym czasie dopadło go gestapo. Został aresztowany. Po jakimś czasie zwolniono go, nakazano nie opuszczać miasta i pozostać do dyspozycji gestapo. Kiedy wyszedł z aresztu, poszedł prosto na dworzec i wsiadł do pierwszego lepszego pociągu, bez dokumentów i pieniędzy. W ten sposób udało mu się dotrzeć do Wierzbicy, w pobliżu Radomia. Tam postanowił zatrzymać się na kilka dni. Było lato 1940 r. Któregoś poranka do wsi wtargnął oddział Niemców z zamiarem ukarania mieszkańców za niedostarczony kontyngent drewna. Wszystkich mężczyzn -łącznie z o. Klimuszką - spędzono na rynek. Tam kolejno ich chłostano i kłuto bagnetami. Klimuszce, jako księdzu, kazano się temu przypatrywać. Na koniec hitlerowcy postanowili zrobić sobie widowisko: kazali franciszkaninowi pozować do zdjęć przy ofiarach. Gdy odmówił, zmuszano go, by biegał wokół rynku. Gdy i tego nie chciał zrobić, bito go, kopano i kłuto. To było dla niego doświadczenie graniczne, w dosłownym rozumieniu. Właśnie wtedy po raz pierwszy przekroczył granice swojej świadomości: „Świadomość doznanej krzywdy oraz widok wynaturzenia człowieka z trupią główką na czapce, cały ten splot wypadków wywołał w mojej jaźni silny wstrząs, który z kolei wyzwolił we mnie drzemiące nieznane siły psychiczne, poruszył jakiś mechanizm w ośrodkach mózgu, obudził nadświadomość, dzięki której zacząłem przenikać psychofizyczną strukturę człowieka. Zacząłem dostrzegać w pewnych momentach za niektórymi ludźmi ciągnący się jakby film ze scenami ich przeżyć i przeszłości. Czułem wyraźnie, że w mojej sferze psychicznej nastąpił jakiś przełom, zaistniało coś, i to coś nie jest anormalne, lecz raczej ponadnormalne" - pisał o tym wydarzeniu o. Klimuszko w swoich wspomnieniach.
Tuż po tym wydarzeniu o. Andrzej poczuł, że patrząc na fotografie, również widzi wypisany na nich życiorys człowieka. Postanowił spróbować swych sił. Prosił ludzi, by pokazywali mu swoje fotografie, i opowiadał im, co na nich widzi. Był ciekaw, czy odpowiada to rzeczywistości. Odczytywał z fotografii nie tylko przeszłość, ale też stan zdrowia, uzdolnienia, upodobania itp. Traktował to jak rodzaj rozrywki, ale rosnąca liczba odgadniętych ludzkich losów dawała mu coraz częściej do myślenia.
W tym czasie również kilkakrotnie udało mu się uniknąć śmierci dzięki pojawiającemu się przeczuciu, ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem. Budził się np. w środku nocy, wsiadał na rower i jechał przed siebie, by następnego dnia dowiedzieć się, że jacyś bandyci napadli na dom, w którym spał. Innym razem, tknięty podobnym przeczuciem, uciekał z jakiejś wioski, zaczepiał spotkanych ludzi i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Uznano go jednak za wariata. Kilka dni później wszystkich mieszkańców wioski rozstrzelano.
„czytanie" z fotografii
Po wojnie wraz z innymi zakonnikami został skierowany na Pomorze. Objął parafię w Prabutach. Zaczął odnawiać kościół, pomagał przesiedleńcom zza Buga zorganizować sobie życie na nowo. Wielu z nich opowiadało o zaginionych w czasie wojny krewnych. Zajęty pracą o. Andrzej zarzucił na jakiś czas „czytanie" z fotografii jako niepotrzebnązabawę. Gdy jednak udręczeni niepokojem o najbliższych parafianie przynosili mu zdjęcia zaginionych, uwierzył, że może pożytecznie wykorzystać swój dar. Odczytywał z tych fotografii miejsce pobytu lub pochowania ciała. Z czasem zaczęły napływać także listy z prośbami o pomoc w odnalezieniu bliskich. Ojciec Andrzej na wszystkie odpisywał. Wiadomość o wizjach franciszkanina szybko rozeszła się po kraju. Liczba listów była coraz większa. Gdy doszło do setki dziennie, Klimuszko przestał odpisywać. Do Prabut zaczęły więc ściągać tłumy spragnionych wiedzy o swoich najbliższych. Ojciec Andrzej udzielał im odpowiedzi, nie zastanawiając się głębiej nad tym, co robi. Działał niemal odruchowo. Opowiadał o tym tak: „Byłem chwilowo tym zbiegowiskiem i moją dla nich pracą jakby odurzony. Wnet jednak zawisłem w próżni między fikcją a realnością, między złudzeniem a rzeczywistością. Kiedy napływ ludzi do mnie stał się masowy, poczułem zaniepokojenie, zacząłem się zastanawiać, czy ja mimo swej dobrej woli nie oszukuję zbolałych ludzi i siebie samego, czy nie zaciągam moralnej odpowiedzialności względem udręczonych istot i względem obiektywnej prawdy". Przyznawał się, że sam nie wierzy w to, że można tak przenikać ludzkie losy. Wydawało mu się, że są to szczęśliwe zbiegi okoliczności albo złudzenia. - fragment



