jeśli umrzesz zanim umrzesz

to nie umrzesz, kiedy umrzesz

BARTEK DOBROCZYŃSKI
W pewnym sensie śmierć pokazuje jak należy żyć. W tym jed­nym momencie tracimy wszystko, co było nam bliskie, znane i pewne. Można powiedzieć, że doskonałe życie polegałoby na umiejętności rezygnowania w każdej jego sekundzie z tego, co posiadamy. Jest to niejako trenowanie umierania „na sucho". To tak, jakbyśmy byli pilotami, którzy przez długi czas ćwiczą na symulatorze lotu, by w tym ostatnim, najważniejszym mo­mencie przesiąść się na prawdziwy samolot. Nie wiemy jed­nak, czy uzyskana wprawa sprawi, że ze spokojem i pewnością podejdziemy do tego zadania...


Dziś lęk przed śmiercią wyda­je się znacznie większy niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Jest kilka powodów takiego stanu rzeczy. Przede wszyst­kim, obcy jest nam dzisiaj sam proces umierania. Mimo tego, że obraz śmierci jest w mediach niemal wszech­obecny, to możemy przeżyć całe życie i nigdy nie zobaczyć naprawdę umierającego człowieka. Do niedawna ludzie byli naocznymi świadkami odchodzenia bliższych i dalszych krewnych, przy­jaciół i znajomych. Dzięki temu mogli, przynajm­niej w przybliżeniu - bo „z zewnątrz", ale jednak - zobaczyć jak ten proces wygląda i choć trochę go oswoić. Obecnie śmierć naszych bliskich od­daliśmy w ręce profesjonalistów: ludzie umierają w szpitalach lub hospicjach, w oderwaniu od swo­ich rodzin. Odpowiednie instytucje zajmują się ubieraniem zwłok, układaniem ich w trumnach, kremacją, wreszcie pochówkiem.

Następny powód lęku przed śmiercią tkwi nie tyle w procesie umierania, co w samym fakcie naszej skończoności. Jak na razie, nie jesteśmy w stanie naukowo zbadać, czy po śmierci coś jeszcze jest, czy też nie. A jeśli jest, to co? Co się wtedy dzieje? Tego nikt nie wie. Współczesny człowiek zaufał przede wszystkim nauce i, jeśli ona nie udziela mu odpowiedzi na jakieś pytanie, czuje się niepewnie.

We współczesnych społeczeństwach są obecne różne poglądy na temat śmierci, ale ta wielość nie niesie pociechy, a staje się dodatko­wym powodem lęku przed nią. Dawniej było tro­chę inaczej, bo kultury były bardziej jednorodne. Posiadały spójne wyobrażenia na temat śmierci, związane z dominującą w tej kulturze tradycją czy religią. Te wyobrażenia mówiły o tym, czym jest śmierć i co następuje po niej. Nawet jeśli były niepokojące, to i tak, mimo wszystko, osła­biały lęk przed śmiercią. Dawały nadzieję, że po drugiej stronie może być lepiej, że twoi bliscy mogą ci pomóc albo że sam możesz oswoić swoją śmierć. Dzięki temu człowiek nie czuł się wobec niej tak bezradny. Na przykład chrześci­janie wierzą, że po śmierci czeka ich sąd Boży, niebo albo piekło. Wierzą, że życie w stanie łaski przybliża ich do nieba, że mogą liczyć na Miło­sierdzie Boże, na wsparcie świętych, modlitwę najbliższych czy Mszę odprawioną za ich duszę. Jeśli ktoś jest buddystą tybetańskim, to ma do pomocy Bardo Todol - księgę, która, mówiąc najprościej, jest przewodnikiem w procesie umie­rania. Dzięki niej może dowiedzieć się, na czym polega śmierć, jak się zachowywać w trakcie umierania, jak wyzwolić się z kręgu wcieleń lub jak wybrać takie wcielenie, które stworzy szansę wyzwolenia w przyszłości.

Obecnie do przeciętnego przedstawiciela kultury Zachodu dociera tak wiele sprzecznych opisów śmierci, że szybko traci on orientację. Do wyboru ma nie tylko dyskursy oferowane przez wielkie tradycje religijne, ale też popkulturową papkę typu „życie po życiu", opisującą doświad­czenie ludzi, którzy przeżyli śmierć kliniczną lub „pamiętają" swoje poprzednie wcielenia, czy też „wędrówki swojego astralnego ciała". W sklepie z książkami ezoterycznymi można znaleźć dziesiąt­ki „oświecających" publikacji na ten temat, a każ­da twierdzi coś innego. W tym chaosie człowiek czuje się zagubiony. Śmierć stała się dla niego wielką niewiadomą, czymś obcym, niejasnym. Nie umie i nie chce się z nią pogodzić. Usuwa ją więc ze swojego doświadczenia jak najdalej. To najczęstsze rozwiązanie, choć bardzo krót­kowzroczne. Człowiek zamiast oswajać lęk, tłumi go w sobie, a on w pewnym momencie zwróci się przeciwko niemu.

żyjąc umieramy

Takiej postawie wobec śmierci sprzyjają podsta­wowe cechy kultury Zachodu. Otóż ta kultura nie potrafi zaakceptować sytuacji straty, porażki. Przegrana postrzegana jest jako coś poniżające­go. Niedawno, na jednym z portali komentowano wyniki polskich sportowców na olimpiadzie w Pekinie. Były tam rubryczki: „bohater" i „antybohater" dnia. Pewnego dnia antybohaterem został ciężarowiec Robert Dołęga: „Wszyscy liczyliśmy, że dostanie złoty medal, a »dziad«, nas zawiódł. Mamy prawo być rozczarowani" - można było przeczytać. Druga informacja dotyczyła Leszka Blanika, gimnastyka sportowego - bohatera dnia: „Leszek Blanik tym razem nie zawiódł". Język tych wypowiedzi zdradza lęk przed przegraną i przemożną chęć zwyciężania za wszelka cenę. Przegrany na arenie sportowej czy poza nią, to człowiek skończony, upokorzony i poniżony. Według austriackiej uczonej Rian Eisler żyjemy, w kulturze, którą można określić jako dominaiter culture. Opiera się ona na ciągłej rywalizacji, a na szacunek i poważanie zasługują w niej tylko zwycięzcy. Liczą się wyłącznie ludzie sukcesu, którzy nie pozwolili się nikomu pognębić, nigdy nie zawiedli oczekiwań ro­dziny, nie „upokorzyli" swoją porażką współpracowników, wręcz przeciwnie - zdomino­wali całe otoczenie i wszystko jest pod ich kontrolą. Śmierć zupełnie nie pasuje do tego obrazu. Śmierć, tak przy­najmniej się wydaje, to ostateczna utrata kontroli, stan całkowitej bezsilności, czyli - z tej perspektywy - najbardziej haniebna klę­ska, jaką można sobie wy­obrazić. Współczesny świat skrycie marzy, że w końcu uda się śmierć poko­nać. Tymczasem każda wielka tradycja duchowa uczy: „Skoro nie ma śmierci, nie ma też życia".

Wielkie religie traktują życie jako przygoto­wanie na spotkanie ze śmiercią. Bez owijania w bawełnę powiadamiają człowieka, że „z prochu powstał i w proch się obróci", ale też uczą go jak sobie z tym faktem poradzić. Prawda jest bowiem taka, że żyjąc umieramy. Każdy dzień przybliża nas do śmierci. Skoro tak jest, to idealnym rozwią­zaniem - i przy tym całkowitym rozbrojeniem lęku przed śmiercią - wydaje się jakaś forma śmierci za życia. Współczesny myśliciel amerykański, Ken Wilber, przypomniał kiedyś słynna maksy­mę z dawnych czasów: „Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz". Innymi słowy, jeśli potrafisz umrzeć jeszcze w trakcie swojego życia, to śmierć ci już nigdy nie zagrozi. Wydaje się, że to właśnie jest religijny klucz do zmierzenia się ze śmiercią. W Ewangelii znaj­dziemy bardzo podobne sugestie. Jezus mówi: „Musisz być jak ziarnko, które wpada w ziemię. Jeśli nie obumrze, nie wyda plonu". Skoro twoje życie ma „wydać plon", musi w nim nastąpić jakaś radykalna zmiana, która będzie przypominała śmierć - nieodwołalne zakończenie tego, co było i otwarcie się na coś zupełnie nowego. To wła­śnie proponował św. Paweł, pisząc: musi w nas umrzeć stary człowiek i narodzić się nowy (por. Gal 2,19-20). Jeśli możesz to powiedzieć, wygra­łeś, bo dla ciebie śmierć nie będzie zderzeniem się z obcą rzeczywistością, ale wyczekiwanym złączeniem z Całością.

głupi i mądry brat

Pozostaje pytanie, jak taki stan osiągnąć? Większość tradycji religijnych ma tutaj wspólną odpowiedź: trzeba się uwolnić od własnego ego (a przynajmniej zdetronizować swoje „ja"), a więc nauczyć się rezygnować ze swoich oczekiwań i pragnień. Nie dlatego, że jest w nich coś złego. Co może być bowiem złego na przykład w pra­gnieniu bliskości i bezpieczeństwa? Nic. Jednak jeśli się do tych pragnień przywiążesz, stracisz z oczu coś cenniejszego. Jak twierdzi Carl Gustav Jung, nasz umysł i cała rzeczywistość zachowują się, w pewnym sensie, interaktywnie. Jeśli postę­pujesz z nimi właściwie, będą ci służyć, a jeśli nie, wyrządzą ci krzywdę. O tym mówią religie, tradycje duchowe, ale tak­że uduchowione bajki. Moja ulubiona, rosyjska, opowiada historię o głupim i mądrym bracie. Pew­nego razu żyła sobie wdowa z dwojgiem synów. Któregoś dnia zachorowała. Głupi brat, widząc, że bez pieniędzy nic nie wskóra, udał się na ich po­szukiwanie. Po drodze spotkał kulawego wróbla, który prosił: „Pomóż mi, zaplątałem się w sieć". Głupi brat, choć się spieszył, pomógł wróblowi. Kiedy ruszył dalej, zobaczył staruszkę, która szła z wielkim naręczem chrustu. Ona też go poprosiła o pomoc. Głupi brat nie tylko zaniósł drewno do chałupy, ale też rozpalił ogień w piecu. Potem spotkał jeszcze wilka, któremu wyciągnął cierń z łapy. W końcu dotarł do jakiejś pieczary. Przed nią czekali: wróbel, wilk, i starucha, przedziwnie za­mieniona w piękną kobietę. „Byłeś dla nas dobry, teraz czeka cię nagroda. W głębi pieczary ukryte są skarby. Bierz ile chcesz" - rzekła do niego. Ale on zabrał tylko jeden woreczek złota. Wówczas zaproponowali, by wziął więcej. „Tyle mi wystar­czy, aby uratować matkę" - odrzekł. Kiedy tylko wrócił i opowiedział, o tym, co go spotkało, mądry brat zbeształ go: „Durak, cała jaskinia złota, a ty zabrałeś jeden marny woreczek!". Mądry brat wyruszył więc, by naprawić błąd głupiego. Po dro­dze spotkał wróbla, staruszkę i wilka, ale - zajęty sobą i myślami o szybkim zdobyciu majątku - ani myślał im pomóc. W końcu dotarł do jaskini, a tam ta sama babinka powiedziała: „Weź swoją zapła­tę". Mądry brat rzucił się na złoto, zaczął ładować je do sakw i skrzyń. Kiedy jednak wrócił do domu złoto zamieniło się w robaki, pająki i węże. Tym­czasem woreczek głupiego brata napełniał się złotem za każdym razem, kiedy tylko coś z niego wyciągał. „Mądrego" zgubiły jego pragnienia, „głupi" natomiast umiał z nich zrezygnować. Wła­ściwie on nie miał żadnych własnych pragnień. On „tylko" chciał pomóc matce i w związku z tym nie bał się, że coś straci, że coś go ominie. Można powiedzieć, że - nie zapominając o celu swej podróży - potrafił żyć „tu i teraz". Wybitny filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś rzecz niezwykłą: „Jeśli za wieczność, miast nieskończonego trwania, uznamy bezczas, to żyć wiecznie będzie ten, który żyje w teraźniej­szości". Ludzie zazwyczaj rozumieją wieczność jako rozciągniętą w czasie nieskończoność, ale można ją też sobie wyobrazić jako zatrzymanie czasu w punkcie zero. Nie ma przeszłości i nie ma przyszłości. Mistycy Wschodu mówią o sztuce bycia „tu i teraz" lub o wyzwoleniu z więzienia wspomnień. Każde doświadczenie - twierdzą - pozostawia w pamięci ślad, przyjemny lub przykry. Na podstawie zebranych doświadczeń podświadomie próbujemy tak zaplanować swoją przyszłość, żeby powtarzać to, co przyjemne i uni­kać tego, co przykre. Ale to jest droga donikąd, bo wówczas będą nami rządziły nasze lęki i pragnie­nia. Będziemy się stale obawiać, czy uda nam się uniknąć cierpienia i „na zawsze" zatrzymać przy­jemność. Tymczasem, aby osiągnąć szczęście i spełnienie, w każdym momencie powinniśmy umieć umrzeć dla całości tego, czym byliśmy i co dotychczas robiliśmy. I cały czas zaczynać wszystko od początku.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl