
"niebo
w zasięgu ręki"
Pamiętam, jak wstrząsnęła mną kiedyś opowieść o dwóch żołnierzach rosyjskich z czasów pierwszej wojny światowej, którzy dostali się do niewoli austriackiej i w wyniku działań wojennych zostali zasypani w austriackim forcie. Wojna dawno się skończyła, a oni żyli tam dzięki dużym zapasom wody i żywności. Nawet najmniejszy promień światła nie przedostawał się do pomieszczeń, w których przebywali (choć przedostawało się powietrze). Mieli jednak pokaźny zapas świec. Dzięki temu jeden z nich pisał pamiętnik. Żyli tak przez osiem lat. A właściwie jeden z nich żył tak długo (ten który pisał), drugi wcześniej popełnił samobójstwo.
Jest to przede wszystkim historia, która może bardzo dużo powiedzieć o tym, co dzieje się z człowiekiem, który zostanie całkowicie odizolowany od świata. Jednak mówi też wiele o naszym stosunku do śmierci. Zamknięci w grobowcu żołnierze w pewnym momencie stracili nadzieję, że zostaną odnalezieni. I jeden z nich nie chciał dłużej bezczynnie czekać. Najgorsza dla niego była nie sama śmierć ale czekanie na nią. Drugi, jak wynika z zapisków, doświadczył jakiegoś rodzaju wyzwolenia ducha, wolności tak wielkiej, że błogosławił mury swojego grobowca. Trudno powiedzieć co to było za doświadczenie - może najprościej byłoby uznać, że oszalał, bo widział podobno rzeczy spoza wszelkich światów - toteż gdy w końcu został odnaleziony nie był w stanie dłużej żyć - umarł następnego dnia. Kiedy jeden z naszych LISTOWYCH rozmówców mówi w tym numerze „Jeśli umrzesz zanim umrzesz, to nie umrzesz, kiedy umrzesz", to nie myśli o żadnym z przedstawionych wyżej rodzajów śmierci. Nie chodzi o wyzwolenie z lęku przed śmiercią poprzez jej przyspieszenie, ani o taki rodzaj przeżycia wewnętrznego, który powstaje w wyniku izolacji od świata i prowadzi do jego odrzucenia. Chodzi raczej o takie doświadczenie wszystkiego, które uchroni nas od przywłaszczania, od posiadania. Nie posiadając nic, zrozumiemy, że śmierć jest tylko częścią życia. I to wcale nie tą najgorszą.
ELA KONDERAK
redaktor naczelny



