trudne

czasy pokory

z o. Jackiem Prusakiem SJ, psychoterapeutą,
rozmawia Marcin Jakubionek

Niedawno przeczytałem na jednym z forów internetowych wyznanie młodej żony, która nie wiedziała, jak poradzić sobie ze swoimi problemami małżeńskimi i zdecydowała się szukać pomocy u spowiednika. Powiedziała mu, że już nie może wytrzymać awantur męża, jego krzyków, przemocy fizycznej i psychicznej, że chce odejść. Spowiednik odpowiedział jej…
…musisz pokornie znosić swój los?

A więc to bardzo popularna formuła?
Słyszałem podobne opowieści, ale muszę powiedzieć szczerze, że tego typu rady są dla mnie niezrozumiałe, choć z pewnością wynikają z dobrej woli.

„Pokornie znoś swój los", czyli trwaj w tej sytuacji, w której się znalazłaś, nie uskarżaj się na nią, nie buntuj się…
Co to ma wspólnego z pokorą? W języku łacińskim pokora to humilitas, słowo, od którego pochodzi - humus, oznacza ziemię. Być pokornym - zgodziłby się z tym nawet mistyk - to stać twardo na ziemi, umieć realnie ocenić swoją sytuację. Teolog zdefiniowałby pokorę nieco inaczej: być pokornym, to przyjąć prawdę o tym, że jest Bóg, kim jestem ja sam, jakie jest moje miejsce wśród ludzi. Wspomniany spowiednik mówił: „bądź pokorna", nie miał jednak na myśli: „zaakceptuj prawdę o swoim związku", ale: „trwaj w nim, nie mierz się z prawdą o tym, jakie jest twoje małżeństwo, jak traktuje cię twój mąż". Zastanawiam się, dlaczego ta kobieta ma „pokornie" wszystko znosić. W imię czego? Dla jakiej wartości?

W imię sakramentu małżeństwa?
Dotykamy tu problemu, który jest aktualnie bardzo mocno dyskutowany wśród teologów. W katolickiej teologii małżeństwa materią sakramentu jest przysięga, którą składają sobie małżonkowie. Co wobec tego mają oznaczać słowa: „znoś swój los pokornie w imię obietnicy sakramentalnej"? Niektórzy sądzą, że ze względu na wypowiedziane słowa mają pokornie znosić gniew, nienawiść czy agresję współmałżonka, w imię tej przysięgi mają pozwolić się upokarzać. Tak rozumiana jedność małżeńska staje się jakimś idolem, bożkiem, któremu jedno ze współmałżonków poświęca siebie i swoją godność, uważając to za poświęcenie się w imię miłości, za ofiarę z siebie.

Błędne pojmowanie tego, czym jest pokora, nie tylko usprawiedliwia przemoc, może również prowadzić do jej eskalacji. Skoro żona nie protestuje, mąż może to odebrać jako przyzwolenie dla swojego zachowania. Tego rodzaju konsekwencji ów spowiednik raczej nie brał pod uwagę, co jak sądzę wynikało raczej z jego bezradności wobec zastanej sytuacji niż ze złej woli. „Pokora" była dla niego takim duszpasterskim wytrychem, sposobem na zakończenie trudnej rozmowy. Jeśli jako kapłan nie wiem, co komuś powiedzieć, to mówię: „przyjmij to w pokorze", co w tłumaczeniu na język świeckich oznacza: „nie skarż się, nie podnoś głosu, nie myśl i daj mi święty spokój". Czy ta rada pomaga w jakiś sposób rozmówcy? Wątpię.

Zaleciłby Ojciec tej kobiecie odrobinę „niepokory"?
Wręcz przeciwnie. Dojrzale przeżywana pokora może być narzędziem ochrony siebie, swojej godności, wyrazem dojrzałej asertywności.

Człowiek pokorny ma odwagę nazwać rzeczy po imieniu, nie próbuje siebie okłamywać ani nie szuka usprawiedliwienia dla zła wyrządzanego przez innych.

Skąd się wzięły te nasze fałszywe wyobrażenia na temat pokory?
W Biblii i w tradycji mistycznej pokora opisywała relację między człowiekiem a Bogiem. Być pokornym to w tym najbardziej pierwotnym sensie umieć dostrzec swoje ograniczenia i pogodzić się z tym, że jestem - mówiąc językiem filozoficznym - bytem przygodnym. Człowiek pokorny uznaje przed Bogiem swoją znikomość, potrafi powiedzieć: „Nie jestem bogiem, jesteś nim Ty, Boże". Dla mistyków od tego, wydawałoby się najbardziej oczywistego aktu pokory, zaczynała się wiara. Dlatego pokora często była określana mianem korony cnót. Bez pokory – mawiali - wszystkie inne cnoty nie mogą tak naprawdę zaistnieć, a każda z pozostałych cnót dodaje pokorze blasku.

Od kiedy w średniowieczu ascetyka zajęła w Kościele miejsce teologii mistycznej, pokora stała się narzędziem duchowej formacji człowieka. Zaczęto ją utożsamiać z poniżaniem siebie, z postawą wycofania, z biernością. Zgodnie z ówczesnym ideałem świętości, kandydat na świętego musiał być „heroicznie upokorzony", nie mieć własnego zdania, zawsze zgadzać się z przełożonym, znosić bez skargi poniżenia. To miał być wyznacznik jego oddania Panu Bogu.

Nadmiar pokory może nam zaszkodzić?
Nie można mieć pokory w nadmiarze; byłoby to zaprzeczenie cnoty. Cnota w klasycznym rozumieniu jest czymś mieszczącym się między skrajnościami. W ascetyce pokora stała się tym, czego miała unikać, czyli skrajnością - formą duchowej sprawności, której osiągnięcie oznaczało stłumienie wszystkiego, co w człowieku oryginalne i piękne. Współczesna kultura Zachodu nie chciała zgodzić się z takim podejściem do człowieka i popadła w drugą skrajność. Nietzschego mierziła chrześcijańska pokora. Mawiał, że chrześcijaństwo jest ideologią słabych, a postawa „na klęczkach" to zaprzeczenie człowieczeństwa. Może jego poglądy cechuje przesada, ale nie można im zarzucić, że są wydumane. On po prostu widział w chrześcijaństwie przejawy tej wynaturzonej pokory, ale również nie potrafił zaakceptować własnych ograniczeń, co doprowadziło go do choroby psychicznej. Dziś pokora jest ośmieszana, postrzegana raczej jako wada niż zaleta. Człowiek pokorny to przecież ktoś bezwolny, pozbawiony inicjatywy, dający sobą manipulować. W powszechnej opinii pokora jest zarezerwowana dla zakonników, to oni mają być „grzeczni". W normalnym życiu nie można być grzecznym, bo cię zjedzą. Żeby przetrwać, żeby osiągnąć sukces, nie można sobie pozwolić na słabość, trzeba być silnym i przebojowym.

Nadeszły trudne czasy dla pokory. Być może szansą na odwrócenie tego trendu byłby powrót do jej oryginalnego, biblijnego znaczenia.

Bardzo często pokorę uzasadnia się właśnie przez odwołanie do Biblii, np. przywołując Jezusa, który „był cichy i pokornego serca".
Dawniej w wielu domach można było spotkać obrazy przedstawiające Jezusa, na którego piersi widać przebite serce owinięte cierniową koroną. Ten typ ikonograficzny był mocno propagowany w Kościele polskim w okresie przedwojennym. Wiązała się z tym określona religijność, w której szczególną wagę przywiązywano do pasyjności; Jezus był przed wszystkim Tym, który z miłości do człowieka w pokorze cierpiał za jego grzechy. Podkreślano rolę miłosierdzia i solidarności Jezusa z człowiekiem, bardzo często akcent przesuwano jednak na przyjęte przez Niego w pokorze cierpienie. Jeżeli Jezus jest „cichy i pokornego serca", to i ty masz znosić przeciwności losu z zaciśniętymi ustami, pogodzić się ze swoim losem, widocznie Bóg tak chce.

Ta postawa wycofania i bierności niewiele ma wspólnego z tym, co mówią o życiu Jezusa Ewangelie. Nie chcę powiedzieć, że Jezus nie jest wzorem pokory. Oczywiście jest, ale jest nim przez odniesienie do Ojca, a nie przez zaprzeczanie sobie, poniżanie siebie itd. Pokora to przede wszystkim nakierowanie swojego życia na Boga. Nie oznacza to jednak, że mówię: „Panie Boże, zrób coś z moim życiem", siadam i czekam aż coś się stanie. Wręcz przeciwnie, to co robię i jak to robię, nawet jeżeli popełniam błędy, oddaję Bogu. Poważnie traktuję Boga - to dla mnie najlepsza definicja pokory.

Niepokorni traktują Boga niepoważnie?
Większość z nas tak robi i nazywa to pokorą. „Jeżeli On istnieje - myślimy - to co ja mam zrobić, żeby zachować dobre samopoczucie? Może pójdę raz w tygodniu w niedzielę do kościoła, będę porządnym człowiekiem, który nie zabija i nie kradnie"? Tak będę się zachowywał, aby ten Byt z białą brodą nie wtrącał się do mojego życia. Nie twierdzę, że Go nie ma, ale byłoby lepiej, gdyby nie wtrącał się w moje życie, nie mieszał mi w nim. To nie jest pokora, ale infantylne traktowanie Boga. Nie wpuszczam Go do własnego życia, zazdrośnie bronię swojej religijnej „prywatności" z obawy przed tym, że może On będzie chciał ode mnie czegoś więcej. Dla własnego bezpieczeństwa przyjmuję zestaw religijnych przekonań, które pozostają niezmienne niezależnie od tego, czy mam lat piętnaście, czy sześćdziesiąt pięć. A co z tymi pięćdziesięcioma latami pomiędzy? Religijny marazm. Jeśli takie byłoby podejście do Boga, nie mielibyśmy dużej części ksiąg biblijnych, np. Psalmów. Pokora nie oznacza biernej wiary, ona wynika z mojej świadomości tego, jakie miejsce zajmuję, stojąc przed Bogiem, a to miejsce może być mniej lub bardziej wygodne. Jeśli jest ono przyczyną moich cierpień, jeśli uznam, że Bóg za bardzo mnie doświadcza, mam prawo wyrzucać to Bogu, wykłócać się z Nim. Ilustrują to bardzo dobrze słowa Apokalipsy: „Masz być zimny albo gorący. Jeśli będziesz nijaki, to Bóg cię wypluje" (por. Ap 3,15 -16). Pokora jest więc postawą aktywną, może się wyrażać zarówno w akceptacji, jak i w buncie.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl