"św. Jadwiga jadała bułeczki,
czyli święci schodzą z obrazków
z ks. Grzegorzem Rysiem,
mediewistą, historykiem Kościoła,
rozmawiają Anna Dąbrowska i Marcin Jakubionek
mediewistą, historykiem Kościoła,
rozmawiają Anna Dąbrowska i Marcin Jakubionek
Księże Profesorze, dlaczego życiorysy świętych tak często przedstawiają ich jako osoby pozbawione jakiejkolwiek niedoskonałości czy słabości? Nieraz są one tak „przesłodzone", że aż nierealne, i zamiast przybliżać, jeszcze bardziej oddalają nas od świętych.
Wiele zależy od tego, jakie teksty mamy na myśli, mówiąc o życiorysach świętych. Najstarsze świadectwa o nich to tzw. akta męczenników, czyli protokoły z przesłuchań, które sporządzano podczas publicznych procesów pierwszych chrześcijan. Rzym był państwem zbudowanym na prawie, więc procesy były nie tylko publiczne, ale też skrupulatnie protokołowane. Taki protokół, sporządzony przez cesarskiego urzędnika, chrześcijanie odkupywali albo sami sporządzali w trakcie przesłuchania. Niektóre z nich zachowały się do naszych czasów. Z pewnością nie znajdziemy tam nic „cukierkowatego". Wręcz przeciwnie, mogą one przyprawić czytelnika o dreszcze..
Wiele zależy od tego, jakie teksty mamy na myśli, mówiąc o życiorysach świętych. Najstarsze świadectwa o nich to tzw. akta męczenników, czyli protokoły z przesłuchań, które sporządzano podczas publicznych procesów pierwszych chrześcijan. Rzym był państwem zbudowanym na prawie, więc procesy były nie tylko publiczne, ale też skrupulatnie protokołowane. Taki protokół, sporządzony przez cesarskiego urzędnika, chrześcijanie odkupywali albo sami sporządzali w trakcie przesłuchania. Niektóre z nich zachowały się do naszych czasów. Z pewnością nie znajdziemy tam nic „cukierkowatego". Wręcz przeciwnie, mogą one przyprawić czytelnika o dreszcze..
Istnieje także druga grupa tekstów, która powstała mniej więcej w tym samym czasie co akta męczeństwa. Są to tzw. passiones, czyli opowiadania o męczeństwie. Ich autorzy odwołują się niejednokrotnie do wyobrażeń i symboli znanych wspólnocie wierzących. Niektóre motywy wydają się nam wręcz nieprawdopodobne, więc je lekceważymy, a zawierają one często w sobie ukryty przekaz teologiczny. Przykładowo już w Starym Testamencie spotykamy motyw osoby oddanej Bogu, której ogień się nie ima. Tak jest m.in. w biblijnej historii trzech młodzieńców w piecu ognistym, spisanej w II w. przed Chr., podczas prześladowań Żydów w czasach wojen machabejskich. Motyw taki trafił potem do hagiografii chrześcijańskiej. Przykładem może być męka św. Polikarpa, przedstawiająca go na stosie, na którym ogień nie czyni mu żadnej szkody. Nie sądzę, żeby autorowi opisu męczeństwa Polikarpa chodziło o przekonanie czytelników, że Polikarp był „ognioodporny”. Ważne było raczej pokazanie Pana Boga jako Tego, który potrafi człowieka przeprowadzić nawet przez ogień, wybawić z każdej opresji. Polikarp natomiast został pokazany jako chleb (materia Eucharystii!) wypiekany w ogniu cierpienia. Najwyraźniej dla autorów passiones ważny był także motyw dydaktyczny.
Mijali się z prawdą?
Odpowiedź nie jest taka prosta. Średniowieczne koloryzowanie życiorysów związane było nie tylko z pasją dydaktyczną autorów. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo było wówczas w dużej mierze niepiśmienne, więc zanim powstała jakakolwiek książka o danej postaci, opowieść o niej przekazywano sobie ustnie. Zdarzało się, że historię taką tworzyło kilka kolejnych pokoleń. Niewiele żywotów świętych powstało tuż po śmierci świętego. Wyjątkiem jest np. żywot Marcina z Tours. Autor, Sulpicjusz Sewer, napisał we wstępie, że żywot ten był ponoć przedstawiony Marcinowi do swoistej „autoryzacji". Znajdziemy w nim opowieści o tym, jak święty z Tours odstąpił swoją tunikę żebrakowi albo stanął sam przeciwko całej armii barbarzyńców. Rzeczy niesłychane opowiadano także o Bernardzie z Clairvaux. W czasie zwoływania II krucjaty Bernard głosił Słowo Boże, a za nim szli ludzie, którzy mówili: „Widziałem wczoraj, jak Bernard uzdrowił piętnastu, z dwóch wyrzucił demony, a jednego wskrzesił”. To, co o nim mówiono,nijak miało się do tego, co on sam twierdził o świętości.
W Polsce przykładem żywotów pisanych z bliskiej perspektywy czasowej są „Żywoty św. Wojciecha”,które powstały niedługo po jego śmierci. Autorzy – Brunon z Kwerfurtu i Jan Kanapariusz – należeli do pierwszego pokolenia po Wojciechu. Odwiedzili miejsca, gdzie żył święty, mieszkali w tych samych co on klasztorach, uczyli się w tych samych szkołach, przeszli podobną drogę duchową - Bruno z Kwerfurtu aż po męczeństwo. Natomiast np. pierwszy żywot św. Jana Kantego powstał dopiero jakieś siedemdziesiąt lat po jego śmierci. Wcześniej spisywano tylko cuda, które działy się za jego wstawiennictwem. Autorem pierwszego żywota był prawdopodobnie Sakran (Sakranus). Jego dzieło nie jest książką historyczną w dzisiejszym rozumieniu, bo nie ma tam ani jednej daty. Innym zachowanym świadectwem o tym świętym jest bulla kanonizacyjna, w której zebrano wszystkie przekazy związane z Janem Kantym. Co ciekawe, nawet ona myli się o kilka lat, podając jego datę urodzenia. Są w niej zaś opisane niezwykłe wydarzenia związane ze świętym, które już wtedy były powszechnie znane. Dowiadujemy się z nich, że każdy doktor teologii miał prawo raz w życiu ubrać togę Jana Kantego albo że św. Jan Kanty wprowadził zwyczaj, kultywowany potem przez profesorów uniwersyteckich, zapraszania na codzienny obiad jednego ubogiego z krakowskiego Rynku. Niestety w bulli znajdziemy też przekazy nieprawdziwe, np. opisy pielgrzymek do Rzymu i Ziemi Świętej, które święty miał odbyć. Z innych źródeł wiemy, że najprawdopodobniej Kanty nigdy w tamtą stronę nie podróżował.
Po Janie Kantym pozostało też sześć napisanych przez niego tzw. kazusów sumienia, czyli rozstrzygnięć w trudnych kwestiach spowiedniczych. Wyłania się z nich człowiek dobry, o wnikliwym osądzie moralnym, który wie, że od surowości pokuty ważniejsze jest nastawienie serca, z jakim się ją wypełnia. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem poznania prawdy o jakimś świętym jest czytanie tego, co on sam napisał.
Jeśli w ogóle coś napisał...
Niektórzy rzeczywiście napisali niewiele albo nie napisali nic. Dlatego w odkrywaniu świętych mogą też pomóc świadectwa pozostawione przez tych, którzy mogli mieć z nimi bezpośredni kontakt. Szwajcarski święty, Mikołaj z Flüe, znany jako Brat Klaus, był niepiśmienny. Zostawił jedną „książkę do modlitwy" - jak sam o niej mówił - którą był schematyczny rysunek streszczający jego głęboką mistykę. Pod koniec życia Klaus gościł w swojej pustelni pielgrzyma z Niemiec, któremu pokazał ten rysunek. Pielgrzym ów postarał się o to, aby jeszcze za życia Klausa ukazał się w Niemczech wydruk rysunku z krótkim komentarzem, jaki usłyszał i zanotował w czasie rozmowy z Mikołajem.
A jak traktować przekazy o świętych, takich jak np. Krzysztof, co do których nie mamy nawet pewności, że istnieli, a ich życiorysy przypominają zbiór baśniowych opowieści?
Popularność kultu św. Krzysztofa tłumaczy się najlepiej średniowiecznym podejściem do spraw najważniejszych - takich, jak życie i śmierć. Ludzie, nękani przez różne choroby, zarazy i wojny, bali się śmierci, a jednocześnie byli świadomi, jak ważnym jest ona wydarzeniem. Krzysztof był dla nich przede wszystkim tym, który pomoże im przez nią przejść. Niemal w każdym kościele można było zobaczyć jego obraz. Trzeba pamiętać, że żyjący wówczas ludzie nie zadawali sobie pytań o wiarygodność historyczną czy źródła, które zadajemy sobie my. To współcześni historycy próbują zbadać, na ile w tradycji średniowiecznej ukryty jest prawdziwy człowiek, a na ile model świętości pożądany w tym okresie.
To znaczy, że później bardziej dbano o rzetelność historyczną?
Bliższe nam „Żywoty świętych" Piotra Skargi uwydatniają cnoty, które autor chciałby polecić swoim czytelnikom. Co więcej, święci są najczęściej posiadaczami tych cnót już od poczęcia. Święty zaraz po urodzeniu, chociaż nie umie jeszcze mówić ani chodzić, ale za sprawą cudownej łaski na klęczkach recytuje „Zdrowaś Mario". Nie ssie piersi matki w piątki, bo wie, że jest post.
Takiemu modelowi świętego odpowiadał też model heretyka - człowieka, który już od pierwszych chwil życia szkodził Kościołowi. Budowano w ten sposób wzorzec pozytywny albo negatywny, ważny był przekaz dydaktyczny. Dlatego ówcześni autorzy żywotów raczej nie bawili się w subtelności, nie starali się pokazać, że święty jak każdy inny walczył ze swoją słabością albo że heretyk, antybohater, miał jakieś ludzkie odruchy. To osłabiłoby wymowę dydaktyczną dzieła. Przykładem takiego spojrzenia jest historia św. Stanisława i Bolesława Śmiałego. W miarę upływu czasu Stanisław stawał się coraz bardziej posągowy, a Bolesław coraz gorszy. Po dwustu, trzystu latach już nikt nie pamiętał żadnych zasług króla dla Kościoła w Polsce. Obraz musiał być czarno-biały.
Istnieje jednak drugi - równie popularny - model świętego grzesznika, który przeżył radykalne nawrócenie i od tego momentu już nie ulegał żadnym słabościom.
W tym wypadku również ważne jest o jakim okresie w historii Kościoła mówimy. W Kościele pierwszych wieków podkreślano wagę nawrócenia, z którym wiązało się przyjęcie chrztu. Wtedy pokutę po chrzcie można było odbyć raz w życiu. Do chrztu podchodzono w sposób bardzo zasadniczy, po nim musiała się pojawić jakaś inna jakość w życiu nawróconego. Dopiero w IV w. pokuta stała się powtarzalna, dostrzeżono, że nawrócenie nie dokonuje się raz na zawsze. Większość życiorysów powstawała jednak nadal według klucza: życie grzeszne - nawrócenie - życie bezgrzeszne. Świętym konwertytąjest np. Augustyn, ale o jego życiu po chrzcie wiemy niewiele. Nie słyszałem nigdy kazania o słabościach i zmaganiach Augustyna jako biskupa i na pewno nie przeczytamy o nich w literaturze hagiograficznej. Żeby odkryć ludzką twarz świętego, któremu nieobca jest słabość, trzeba dotrzeć do rozmaitych dodatkowych źródeł. Ciekawej informacji o św. Jadwidze dostarczają nam np. rachunki jej dworu. Okazuje się, że św. Jadwiga nie jadała w ogóle ciemnego pieczywa. Gdy dwór królewski bawił w Nowym Korczynie, zabrakło jasnego chleba. Wówczas posłaniec musiał gnać co koń wyskoczy do Krakowa po świeże białe pieczywo dla królowej. Biorąc pod wagę dzisiejsze wyobrażenie o ascezie, można by Jadwidze z tego powodu czynić wyrzuty.
W hagiografii często podkreśla się, że jedną z najważniejszych cnót jest pokora. Czy święci rzeczywiście pokornie znoszą wszelkie trudy życia?
Nie jestem przekonany, że pokora jest najważniejszą cnotą w życiu świętych. Być może pokorę podkreśla się, przeciwstawiając ją pysze, która w katalogu grzechów głównych zajmuje pierwsze miejsce. Wydaje mi się, że w żywotach najważniejszą cnotą jest jednak miłość. Każdy święty jest też przede wszystkim jałmużnikiem, kimś, kto potrafi zadbać o człowieka potrzebującego. Wahałbym się więc powiedzieć, że święci byli przede wszystkim pokorni.
A czy byli niepokorni?
To zależy, co rozumiemy pod słowem „pokora". Na pewno mieli charakter i to, co nazywamy „własnym zdaniem". Potrafili je też zdecydowanie wypowiadać. Tomasz More więziony w Tower pisał kilka tygodni przed swoją śmiercią o biskupach angielskich, że różnią się od Apostołów śpiących w ogrodzie oliwnym tylko tym, że zamiast spać jak tamci, leżą w błocie jak świnie. Czy to była „pokorna" diagnoza Kościoła angielskiego? Święta Katarzyna ze Sieny pisała o współczesnym sobie, czternastowiecznym papiestwie, że jest zbiorem wad, poczynając od symonii, przez próżność i pychę, po głupotę. Nie pisała tego w poczuciu, że jest mądrzejsza od papieża. Za jej słowami stała miłość do Chrystusa, w imię której była gotowa na męczeństwo. W listach Katarzyna pisze o tym, że wysyłani przez nią do papieża dominikanie - jej spowiednicy - mieli wątpliwość, czy z takim poselstwem mogą w ogóle iść na dwór papieski.
Tomasz More bał się tego, co go czeka, nie pozował na bohatera, nie umierał w poczuciu własnej wyższości nad światem. Działał jednak w trosce o większe dobro, nie ze względu na swoje racje. Przypomina mi się powiedzenie ks. Tisch-nera, który mawiał: „Może masz rację, ale jakie z tego dobro?". Doskonały przykład tak rozumianej pokory znajdziemy w Dziejach Apostolskich. W piętnastym rozdziale tej księgi opisany jest spór o stosowanie prawa żydowskiego wobec ochrzczonych pogan. Paweł postulował, aby nawróceni na chrześcijaństwo poganie nie musieli wypełniać reguł żydowskiego prawa. Apostołowie na soborze w Jerozolimie rozstrzygnęli problem po jego myśli. Co wtedy zrobił Paweł? Obrzezał Tymoteusza! Jako człowiek pokorny nie powiedział: „Wygrałem, mam rację, nie będę się już wygłupiał z żadnym obrzezaniem". Wiedział, że Tymoteusz miał głosić Ewangelię ludziom, dla których prawo żydowskie było ważne, dlatego go obrzezał. Potrafił zadać sobie pytanie o dobro.
- fragment
Mijali się z prawdą?
Odpowiedź nie jest taka prosta. Średniowieczne koloryzowanie życiorysów związane było nie tylko z pasją dydaktyczną autorów. Trzeba pamiętać, że społeczeństwo było wówczas w dużej mierze niepiśmienne, więc zanim powstała jakakolwiek książka o danej postaci, opowieść o niej przekazywano sobie ustnie. Zdarzało się, że historię taką tworzyło kilka kolejnych pokoleń. Niewiele żywotów świętych powstało tuż po śmierci świętego. Wyjątkiem jest np. żywot Marcina z Tours. Autor, Sulpicjusz Sewer, napisał we wstępie, że żywot ten był ponoć przedstawiony Marcinowi do swoistej „autoryzacji". Znajdziemy w nim opowieści o tym, jak święty z Tours odstąpił swoją tunikę żebrakowi albo stanął sam przeciwko całej armii barbarzyńców. Rzeczy niesłychane opowiadano także o Bernardzie z Clairvaux. W czasie zwoływania II krucjaty Bernard głosił Słowo Boże, a za nim szli ludzie, którzy mówili: „Widziałem wczoraj, jak Bernard uzdrowił piętnastu, z dwóch wyrzucił demony, a jednego wskrzesił”. To, co o nim mówiono,nijak miało się do tego, co on sam twierdził o świętości.
W Polsce przykładem żywotów pisanych z bliskiej perspektywy czasowej są „Żywoty św. Wojciecha”,które powstały niedługo po jego śmierci. Autorzy – Brunon z Kwerfurtu i Jan Kanapariusz – należeli do pierwszego pokolenia po Wojciechu. Odwiedzili miejsca, gdzie żył święty, mieszkali w tych samych co on klasztorach, uczyli się w tych samych szkołach, przeszli podobną drogę duchową - Bruno z Kwerfurtu aż po męczeństwo. Natomiast np. pierwszy żywot św. Jana Kantego powstał dopiero jakieś siedemdziesiąt lat po jego śmierci. Wcześniej spisywano tylko cuda, które działy się za jego wstawiennictwem. Autorem pierwszego żywota był prawdopodobnie Sakran (Sakranus). Jego dzieło nie jest książką historyczną w dzisiejszym rozumieniu, bo nie ma tam ani jednej daty. Innym zachowanym świadectwem o tym świętym jest bulla kanonizacyjna, w której zebrano wszystkie przekazy związane z Janem Kantym. Co ciekawe, nawet ona myli się o kilka lat, podając jego datę urodzenia. Są w niej zaś opisane niezwykłe wydarzenia związane ze świętym, które już wtedy były powszechnie znane. Dowiadujemy się z nich, że każdy doktor teologii miał prawo raz w życiu ubrać togę Jana Kantego albo że św. Jan Kanty wprowadził zwyczaj, kultywowany potem przez profesorów uniwersyteckich, zapraszania na codzienny obiad jednego ubogiego z krakowskiego Rynku. Niestety w bulli znajdziemy też przekazy nieprawdziwe, np. opisy pielgrzymek do Rzymu i Ziemi Świętej, które święty miał odbyć. Z innych źródeł wiemy, że najprawdopodobniej Kanty nigdy w tamtą stronę nie podróżował.
Po Janie Kantym pozostało też sześć napisanych przez niego tzw. kazusów sumienia, czyli rozstrzygnięć w trudnych kwestiach spowiedniczych. Wyłania się z nich człowiek dobry, o wnikliwym osądzie moralnym, który wie, że od surowości pokuty ważniejsze jest nastawienie serca, z jakim się ją wypełnia. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem poznania prawdy o jakimś świętym jest czytanie tego, co on sam napisał.
Jeśli w ogóle coś napisał...
Niektórzy rzeczywiście napisali niewiele albo nie napisali nic. Dlatego w odkrywaniu świętych mogą też pomóc świadectwa pozostawione przez tych, którzy mogli mieć z nimi bezpośredni kontakt. Szwajcarski święty, Mikołaj z Flüe, znany jako Brat Klaus, był niepiśmienny. Zostawił jedną „książkę do modlitwy" - jak sam o niej mówił - którą był schematyczny rysunek streszczający jego głęboką mistykę. Pod koniec życia Klaus gościł w swojej pustelni pielgrzyma z Niemiec, któremu pokazał ten rysunek. Pielgrzym ów postarał się o to, aby jeszcze za życia Klausa ukazał się w Niemczech wydruk rysunku z krótkim komentarzem, jaki usłyszał i zanotował w czasie rozmowy z Mikołajem.
A jak traktować przekazy o świętych, takich jak np. Krzysztof, co do których nie mamy nawet pewności, że istnieli, a ich życiorysy przypominają zbiór baśniowych opowieści?
Popularność kultu św. Krzysztofa tłumaczy się najlepiej średniowiecznym podejściem do spraw najważniejszych - takich, jak życie i śmierć. Ludzie, nękani przez różne choroby, zarazy i wojny, bali się śmierci, a jednocześnie byli świadomi, jak ważnym jest ona wydarzeniem. Krzysztof był dla nich przede wszystkim tym, który pomoże im przez nią przejść. Niemal w każdym kościele można było zobaczyć jego obraz. Trzeba pamiętać, że żyjący wówczas ludzie nie zadawali sobie pytań o wiarygodność historyczną czy źródła, które zadajemy sobie my. To współcześni historycy próbują zbadać, na ile w tradycji średniowiecznej ukryty jest prawdziwy człowiek, a na ile model świętości pożądany w tym okresie.
To znaczy, że później bardziej dbano o rzetelność historyczną?
Bliższe nam „Żywoty świętych" Piotra Skargi uwydatniają cnoty, które autor chciałby polecić swoim czytelnikom. Co więcej, święci są najczęściej posiadaczami tych cnót już od poczęcia. Święty zaraz po urodzeniu, chociaż nie umie jeszcze mówić ani chodzić, ale za sprawą cudownej łaski na klęczkach recytuje „Zdrowaś Mario". Nie ssie piersi matki w piątki, bo wie, że jest post.
Takiemu modelowi świętego odpowiadał też model heretyka - człowieka, który już od pierwszych chwil życia szkodził Kościołowi. Budowano w ten sposób wzorzec pozytywny albo negatywny, ważny był przekaz dydaktyczny. Dlatego ówcześni autorzy żywotów raczej nie bawili się w subtelności, nie starali się pokazać, że święty jak każdy inny walczył ze swoją słabością albo że heretyk, antybohater, miał jakieś ludzkie odruchy. To osłabiłoby wymowę dydaktyczną dzieła. Przykładem takiego spojrzenia jest historia św. Stanisława i Bolesława Śmiałego. W miarę upływu czasu Stanisław stawał się coraz bardziej posągowy, a Bolesław coraz gorszy. Po dwustu, trzystu latach już nikt nie pamiętał żadnych zasług króla dla Kościoła w Polsce. Obraz musiał być czarno-biały.
Istnieje jednak drugi - równie popularny - model świętego grzesznika, który przeżył radykalne nawrócenie i od tego momentu już nie ulegał żadnym słabościom.
W tym wypadku również ważne jest o jakim okresie w historii Kościoła mówimy. W Kościele pierwszych wieków podkreślano wagę nawrócenia, z którym wiązało się przyjęcie chrztu. Wtedy pokutę po chrzcie można było odbyć raz w życiu. Do chrztu podchodzono w sposób bardzo zasadniczy, po nim musiała się pojawić jakaś inna jakość w życiu nawróconego. Dopiero w IV w. pokuta stała się powtarzalna, dostrzeżono, że nawrócenie nie dokonuje się raz na zawsze. Większość życiorysów powstawała jednak nadal według klucza: życie grzeszne - nawrócenie - życie bezgrzeszne. Świętym konwertytąjest np. Augustyn, ale o jego życiu po chrzcie wiemy niewiele. Nie słyszałem nigdy kazania o słabościach i zmaganiach Augustyna jako biskupa i na pewno nie przeczytamy o nich w literaturze hagiograficznej. Żeby odkryć ludzką twarz świętego, któremu nieobca jest słabość, trzeba dotrzeć do rozmaitych dodatkowych źródeł. Ciekawej informacji o św. Jadwidze dostarczają nam np. rachunki jej dworu. Okazuje się, że św. Jadwiga nie jadała w ogóle ciemnego pieczywa. Gdy dwór królewski bawił w Nowym Korczynie, zabrakło jasnego chleba. Wówczas posłaniec musiał gnać co koń wyskoczy do Krakowa po świeże białe pieczywo dla królowej. Biorąc pod wagę dzisiejsze wyobrażenie o ascezie, można by Jadwidze z tego powodu czynić wyrzuty.
W hagiografii często podkreśla się, że jedną z najważniejszych cnót jest pokora. Czy święci rzeczywiście pokornie znoszą wszelkie trudy życia?
Nie jestem przekonany, że pokora jest najważniejszą cnotą w życiu świętych. Być może pokorę podkreśla się, przeciwstawiając ją pysze, która w katalogu grzechów głównych zajmuje pierwsze miejsce. Wydaje mi się, że w żywotach najważniejszą cnotą jest jednak miłość. Każdy święty jest też przede wszystkim jałmużnikiem, kimś, kto potrafi zadbać o człowieka potrzebującego. Wahałbym się więc powiedzieć, że święci byli przede wszystkim pokorni.
A czy byli niepokorni?
To zależy, co rozumiemy pod słowem „pokora". Na pewno mieli charakter i to, co nazywamy „własnym zdaniem". Potrafili je też zdecydowanie wypowiadać. Tomasz More więziony w Tower pisał kilka tygodni przed swoją śmiercią o biskupach angielskich, że różnią się od Apostołów śpiących w ogrodzie oliwnym tylko tym, że zamiast spać jak tamci, leżą w błocie jak świnie. Czy to była „pokorna" diagnoza Kościoła angielskiego? Święta Katarzyna ze Sieny pisała o współczesnym sobie, czternastowiecznym papiestwie, że jest zbiorem wad, poczynając od symonii, przez próżność i pychę, po głupotę. Nie pisała tego w poczuciu, że jest mądrzejsza od papieża. Za jej słowami stała miłość do Chrystusa, w imię której była gotowa na męczeństwo. W listach Katarzyna pisze o tym, że wysyłani przez nią do papieża dominikanie - jej spowiednicy - mieli wątpliwość, czy z takim poselstwem mogą w ogóle iść na dwór papieski.
Tomasz More bał się tego, co go czeka, nie pozował na bohatera, nie umierał w poczuciu własnej wyższości nad światem. Działał jednak w trosce o większe dobro, nie ze względu na swoje racje. Przypomina mi się powiedzenie ks. Tisch-nera, który mawiał: „Może masz rację, ale jakie z tego dobro?". Doskonały przykład tak rozumianej pokory znajdziemy w Dziejach Apostolskich. W piętnastym rozdziale tej księgi opisany jest spór o stosowanie prawa żydowskiego wobec ochrzczonych pogan. Paweł postulował, aby nawróceni na chrześcijaństwo poganie nie musieli wypełniać reguł żydowskiego prawa. Apostołowie na soborze w Jerozolimie rozstrzygnęli problem po jego myśli. Co wtedy zrobił Paweł? Obrzezał Tymoteusza! Jako człowiek pokorny nie powiedział: „Wygrałem, mam rację, nie będę się już wygłupiał z żadnym obrzezaniem". Wiedział, że Tymoteusz miał głosić Ewangelię ludziom, dla których prawo żydowskie było ważne, dlatego go obrzezał. Potrafił zadać sobie pytanie o dobro.
- fragment



