zrozumieli
go po śmierci
BEATA LEGUTKO
Mimi była damą z paryskiego półświatka, którą Karol poznał, gdy stacjonował w Saumur. Nie traktował jej jako kobiety na jedną noc, a i ona dostrzegała w nim coś więcej niż tylko źródło zarobku. Lubiła z nim spędzać czas i choć trochę wykorzystywała jego hojność, to rozumieli się doskonale. Nic dziwnego, że szybko stali się najpopularniejszą parą w okolicy
Kiedy pułk Karola został przeniesiony do Algierii, nie było mu w głowie zostawić Mimi we Francji. Zresztą ona również nie dopuszczała do siebie myśli o rozstaniu. Oboje postanowili, że Mimi wyjedzie do Setifu razem z żonami wyższych oficerów jako markiza de Foucauld. Wszystko się udało; podczas podróży nikt się nie zorientował w przebiegłej intrydze, a Mimi bawiła się świetnie. Zawsze była otoczona przez grupkę oficerów, siedziała nawet obok samego kapitana, jak na markizę przystało. Cała tajemnica wydała się dopiero wtedy, gdy na miejsce przyjechała reszta wojska. Oszukani oficerowie byli wściekli i kazali Karolowi natychmiast odesłać Mimi do Paryża. Ten jednak postanowił spełniać wyłącznie polecenia dotyczące służby i zlekceważył te rozkazy dowództwa. To jeszcze bardziej rozzłościło upokorzonych oficerów. Rozkazali Karolowi wybierać: wojsko albo kobieta. Byli prawie pewni, że zostanie. Ten ku ich zaskoczeniu wybrał drugą możliwość. Zresztą nie po raz pierwszy i nie ostatni postąpił wbrew światu i zdrowemu rozsądkowi.
Nikt nie miał wątpliwości, że zgodnie z rodzinną tradycją młody hrabia powinien zostać wojskowym. Karolowi było raczej obojętne, co przyjdzie mu robić w życiu, ważne, by się za bardzo nie przemęczać. Chcąc zadowolić rodzinę wybrał jednak akademię wojskową w Saint-Cyr, francuską szkołę inżynierską dla wojskowych. Przygotowania do egzaminów nie szły najlepiej. Gdyby nie interwencja dziadka i powołanie się na zasługi przodków kandydata do kariery wojskowej, nic by z tego nie wyszło. Ostatecznie jednak de Foucauld został przyjęty. Mimo zmiany otoczenia nadal dobrze się bawił. Nie przeszkadzało mu to, że przez swoją otyłość miał problemy z utrzymaniem się w siodle i zdarzało się, że pękał na nim mundur. Nic sobie nie robił nawet z drwin i śmiechu kolegów, doskonale czuł się wśród kompanów. Wiódł beztroskie i swobodne życie.
W 1878 r. zmarł dziadek Karola. Młody żołnierz odziedziczył po nim duży majątek, który tylko pogłębił jego lenistwo i chęć używania życia. Mógł sobie na wszystko pozwolić. Jego wybryki zaczęły niepokoić nawet wojskowych współtowarzyszy. Potrafił na przykład kupić całą piwnicę win, bo smakował mu akurat ten gatunek, urządzał przyjęcia dla połowy pułku w najlepszych restauracjach, zapraszał kobiety, oferował im mieszkanie, służbę i najbardziej wyszukane stroje. Tak było w każdym miejscu, w którym się znalazł. W Saint-Cyr, w Saumur, a potem w Sezanne, Pont-a-Mousson i po porzuceniu armii z powodu Mimi.
Afryka tak zafascynowała Karola, że postanowił dokładniej zbadać tereny, które w tym czasie nie były jeszcze opisane - zapragnął wyjechać na wyprawę badawczą do Maroka. W związku z tym poprosił o urlop wojskowy na rok, gdy go jednak nie otrzymał - bez głębszego namysłu - po raz drugi wystąpił z wojska. Nie przejmował się konsekwencjami, dalej robił to, na co akurat miał ochotę, przekonany, że wszystko mu się należy. Rodzina, widząc jego nieodpowiedzialność, wyznaczyła mu kuratora, który miał czuwać głównie nad odziedziczonym majątkiem. Karolowi jednak udało się postawić na swoim - wyjechał do Afryki. W Maroku spędził 11 miesięcy. Jako nie-muzuł-manin w muzułmańskim kraju mógł zostać zabity, dlatego musiał uważać na każdym kroku. Żył ubogo, mieszkał w fatalnych warunkach, a jednak taki styl życia mu odpowiadał. Tam - jeszcze bliżej niż w Algierii - zetknął się z muzułmańską bogobojnością. Widział, jak na każde wezwanie muezina Arabowie padali na twarze. Do tej pory, jeśli spotykał się z jakąś religijnością, była to religijność kobiet - jego matki, kuzynki czy ciotki. Tutaj widział pobożnych mężczyzn, którzy zafascynowali go do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie zostać muzułmaninem.
Pewnego dnia, gdy spacerował ulicami Paryża, zupełnie niespodziewanie znalazł się przed otwartym kościołem. Wszedł do środka. Od razu zauważył oświetlony konfesjonał, a w nim znanego mu z rodzinnych obiadów księdza Huvelina. Wkoło panowała cisza, nie było nikogo. Spontanicznie podszedł więc do konfesjonału i zakomunikował, że nie jest wierzący, ale ma kilka pytań związanych z religią. Ksiądz od razu rozpoznał młodego hrabię i nie wchodząc z nim w zbędne dyskusje, nakazał mu się wyspowiadać i przyjąć Komunię Św. Nie bez oporów, Karol w końcu uległ duchownemu. „Od tej pory wiedziałem, że Bóg istnieje i że muszę Mu poświęcić swoje życie" - napisał później w swoich notatkach. Ksiądz Hu-velin został jego kierownikiem duchowym.
Teraz codziennie chodził na Mszę św., często się spowiadał i chociaż początkowo podejrzewał siebie o uleganie jakiejś podejrzanej sugestii, stopniowo oswajał się z nowym sposobem życia. Majątek zupełnie go nie interesował, luksusy nie cieszyły. Jeśli już wydawał pieniądze, to na podróże naukowe do Afryki. Jego czas wypełniała modlitwa i lektura pobożnych książek. Zmienił się nie do poznania. Jako radykalnie nawrócony człowiek chciał służyć Bogu całym sobą, szybko więc pojawiła się myśl o wstąpieniu do zakonu. Kierownik duchowy zalecał jednak spokój i cierpliwość. Być może wiedział, że nagłe nawrócenie jest bardzo silnym przeżyciem, często jednak krótkotrwałym. Chciał poczekać na owoce. Dla Karola natomiast taka bezczynność była nie do zniesienia. Zawsze miał to, co chciał, natychmiast, bez czekania - ćwiczenie w cierpliwości było więc dla niego nie lada ascezą. Był jednak posłuszny. W decyzjach kierownika starał się dostrzegać wolę Bożą.
Dziesięć dni po wstąpieniu do zakonu otrzymał habit i imię Maria Alberyk. Szybko przyzwyczaił się do postów i ciężkich warunków życia, najtrudniej było mu się oswoić z pracami fizycznymi, wspólnymi modlitwami, a przede wszystkim z rozkazami przełożonych. Tym bardziej że nakazano mu podjąć studia teologiczne potrzebne do święceń kapłańskich. Nie było to spełnienie marzeń Karola, ale ponieważ w sprawach duchowych wciąż nie czuł się pewnie, nie śmiał się sprzeciwić woli przełożonych.
W tym czasie zaczęła się powoli krystalizować w jego umyśle idea zgromadzenia, które żyłoby w skrajnym ubóstwie: „Czy nie byłoby możliwe założenie małego zgromadzenia, by takie życie móc prowadzić, by żyć wyłącznie z pracy ludzkich rąk, jak to czynił nasz Pan, który nie żył ze składek czy datków ani pracy innych. (…)- pisał w swoich listach. - Czy nie znajdzie się choć parę istot, które dawanie jałmużny uznałyby za absolutny obowiązek, które by rozdawały ubrania, gdy mają dwa, które by dzieliły się jedzeniem z tymi, co go nie mają, nie zostawiając sobie nic na jutro...".
Mimo że nie odnajdywał u trapistów takiego ubóstwa, jakiego szukał, nie chciał opuszczać zakonu samowolnie, wbrew swoim przełożonym. Złagodniał, a przynajmniej umiał się powstrzymać przed natychmiastowym spełnianiem swoich zachcianek. Postanowił więc, że postąpi tak, jak mu nakaże generał zakonu. Może miał nadzieję, że władze kościelne zezwolą mu na założenie wymarzonej wspólnoty? Niestety postanowienia były zupełnie inne. Nakazano Karolowi to, czego obawiał się najbardziej - wyjazd do Rzymu na dalsze studia teologiczne. Tym razem przyjął decyzję przełożonych dosyć spokojnie.
Przez trzy lata karnie ślęczał nad książkami i uczęszczał na wykłady, aż tu pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, generał wezwał go do siebie i oznajmił, że jeśli nadal chce zakładać nową wspólnotę, to zwalnia go ze ślubów zakonnych. Oczywiście, że chciał. Nie wszyscy jednak popierali jego wybór, tym bardziej że nie do końca orientowali się w jego planach i pragnieniach. Jeden ze współbraci stwierdził nawet: „Nasz ojciec Alberyk Maria porzuca właśnie nasz zakon, by prowadzić, pewnie w Palestynie, życie pustelnika lub coś w tym rodzaju. To prawdziwe nieszczęście, a dla mnie także powód cierpienia. Może zostanie świętym i tego mu życzę, ale robi to po swojemu, oczywiście nie bacząc na posłuszeństwo. Według mnie, złożył ofiary zbyt wielkie i zadziwiające, by Bóg pozwolił mu się zagubić. Z mojego punktu widzenia to jedyna poważna gwarancja na drodze, którą zaczyna".
- fragment
harce, hulanki…
Karol de Foucauld urodził się w 1858 r. w Strasburgu w rodzinie o tradycjach wojskowych. Rodzice zmarli, gdy miał 6 lat. Karolem i jego siostrą zaopiekował się wtedy dziadek, emerytowany pułkownik. Nie było mu łatwo z wnukiem, który z roku na rok był coraz bardziej leniwy i sprawiał kłopoty wychowawcze. „Po cóż mam się przemęczać? - miał mawiać Karol. - Przecież jestem bogaty". A czas płynął.Nikt nie miał wątpliwości, że zgodnie z rodzinną tradycją młody hrabia powinien zostać wojskowym. Karolowi było raczej obojętne, co przyjdzie mu robić w życiu, ważne, by się za bardzo nie przemęczać. Chcąc zadowolić rodzinę wybrał jednak akademię wojskową w Saint-Cyr, francuską szkołę inżynierską dla wojskowych. Przygotowania do egzaminów nie szły najlepiej. Gdyby nie interwencja dziadka i powołanie się na zasługi przodków kandydata do kariery wojskowej, nic by z tego nie wyszło. Ostatecznie jednak de Foucauld został przyjęty. Mimo zmiany otoczenia nadal dobrze się bawił. Nie przeszkadzało mu to, że przez swoją otyłość miał problemy z utrzymaniem się w siodle i zdarzało się, że pękał na nim mundur. Nic sobie nie robił nawet z drwin i śmiechu kolegów, doskonale czuł się wśród kompanów. Wiódł beztroskie i swobodne życie.
W 1878 r. zmarł dziadek Karola. Młody żołnierz odziedziczył po nim duży majątek, który tylko pogłębił jego lenistwo i chęć używania życia. Mógł sobie na wszystko pozwolić. Jego wybryki zaczęły niepokoić nawet wojskowych współtowarzyszy. Potrafił na przykład kupić całą piwnicę win, bo smakował mu akurat ten gatunek, urządzał przyjęcia dla połowy pułku w najlepszych restauracjach, zapraszał kobiety, oferował im mieszkanie, służbę i najbardziej wyszukane stroje. Tak było w każdym miejscu, w którym się znalazł. W Saint-Cyr, w Saumur, a potem w Sezanne, Pont-a-Mousson i po porzuceniu armii z powodu Mimi.
zostać muzułmaninem?
Przez cztery tygodnie po opuszczeniu wojska czas upływał mu wyłącznie na piciu alkoholu i hazardzie. Kiedyś, między jedną hulanką a drugą, pewnie ze znudzenia, sięgnął po gazetę i przeczytał o powstaniu wojskowym w południowym Oranie, w Algierii. Jego dawny pułk poniósł tam ogromne straty; być może to obudziło w nim żołnierskiego ducha. Poczuł, że natychmiast musi wrócić do wojska i jechać do swoich towarzyszy broni, by być z nimi w czasie zwycięstw i porażek. Miał świadomość, że po jego ostatnich wybrykach armia niekoniecznie będzie go chciała mieć w swoich szeregach. Był jednak zdeterminowany. Postanowił, że jeśli nie będzie innej możliwości, to zaciągnie się jako szeregowiec. Czym prędzej wrócił do Paryża. Pozostawił Mimi we łzach, ale z pokaźną sumą pieniędzy. Ona tęskniła, on zdawał się szybko zapominać ostatnie miesiące życia. Udało mu się wrócić do armii, pochłonęła go walka. To nie ona była jednak dla Karola najsilniejszym doświadczeniem tamtego czasu. Największe wrażenie wywarł na nim widok wrogów - muzułmanów, którzy regularnie, nawet cztery razy dziennie, potrafili przerwać bitwę, by się modlić. Dla Karola - który choć wychowany był w katolickiej rodzinie, Bogiem się nie przejmował - było to doświadczenie zupełnie nowe. Wtedy przemknęła mu przez głowę myśl: „Może On rzeczywiście istnieje?".Afryka tak zafascynowała Karola, że postanowił dokładniej zbadać tereny, które w tym czasie nie były jeszcze opisane - zapragnął wyjechać na wyprawę badawczą do Maroka. W związku z tym poprosił o urlop wojskowy na rok, gdy go jednak nie otrzymał - bez głębszego namysłu - po raz drugi wystąpił z wojska. Nie przejmował się konsekwencjami, dalej robił to, na co akurat miał ochotę, przekonany, że wszystko mu się należy. Rodzina, widząc jego nieodpowiedzialność, wyznaczyła mu kuratora, który miał czuwać głównie nad odziedziczonym majątkiem. Karolowi jednak udało się postawić na swoim - wyjechał do Afryki. W Maroku spędził 11 miesięcy. Jako nie-muzuł-manin w muzułmańskim kraju mógł zostać zabity, dlatego musiał uważać na każdym kroku. Żył ubogo, mieszkał w fatalnych warunkach, a jednak taki styl życia mu odpowiadał. Tam - jeszcze bliżej niż w Algierii - zetknął się z muzułmańską bogobojnością. Widział, jak na każde wezwanie muezina Arabowie padali na twarze. Do tej pory, jeśli spotykał się z jakąś religijnością, była to religijność kobiet - jego matki, kuzynki czy ciotki. Tutaj widział pobożnych mężczyzn, którzy zafascynowali go do tego stopnia, że przez chwilę zastanawiał się nawet, czy nie zostać muzułmaninem.
zmuszony do spowiedzi
Wyprawa do Maroka okazała się sukcesem. Na podstawie prowadzonych tam badań i obserwacji napisał książkę, która cieszyła się dużą popularnością. Rodzina była dumna z Karola, który z leniucha i hulaki zmienił się w poważnego naukowca. Nawet się zaręczył, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Żył spokojnie, planując nowe podróże badawcze, miał teraz więcej swobody, gdyż uspokojona nieco rodzina odwołała pilnującego go kuratora.Pewnego dnia, gdy spacerował ulicami Paryża, zupełnie niespodziewanie znalazł się przed otwartym kościołem. Wszedł do środka. Od razu zauważył oświetlony konfesjonał, a w nim znanego mu z rodzinnych obiadów księdza Huvelina. Wkoło panowała cisza, nie było nikogo. Spontanicznie podszedł więc do konfesjonału i zakomunikował, że nie jest wierzący, ale ma kilka pytań związanych z religią. Ksiądz od razu rozpoznał młodego hrabię i nie wchodząc z nim w zbędne dyskusje, nakazał mu się wyspowiadać i przyjąć Komunię Św. Nie bez oporów, Karol w końcu uległ duchownemu. „Od tej pory wiedziałem, że Bóg istnieje i że muszę Mu poświęcić swoje życie" - napisał później w swoich notatkach. Ksiądz Hu-velin został jego kierownikiem duchowym.
Teraz codziennie chodził na Mszę św., często się spowiadał i chociaż początkowo podejrzewał siebie o uleganie jakiejś podejrzanej sugestii, stopniowo oswajał się z nowym sposobem życia. Majątek zupełnie go nie interesował, luksusy nie cieszyły. Jeśli już wydawał pieniądze, to na podróże naukowe do Afryki. Jego czas wypełniała modlitwa i lektura pobożnych książek. Zmienił się nie do poznania. Jako radykalnie nawrócony człowiek chciał służyć Bogu całym sobą, szybko więc pojawiła się myśl o wstąpieniu do zakonu. Kierownik duchowy zalecał jednak spokój i cierpliwość. Być może wiedział, że nagłe nawrócenie jest bardzo silnym przeżyciem, często jednak krótkotrwałym. Chciał poczekać na owoce. Dla Karola natomiast taka bezczynność była nie do zniesienia. Zawsze miał to, co chciał, natychmiast, bez czekania - ćwiczenie w cierpliwości było więc dla niego nie lada ascezą. Był jednak posłuszny. W decyzjach kierownika starał się dostrzegać wolę Bożą.
na skraju szaleństwa
Dopiero po trzech latach Karol usłyszał z ust kierownika duchowego „tak" i od razu zaczął szukać odpowiedniego dla siebie miejsca. Był przez pewien czas u benedyktynów i jezuitów, rozmawiał z przełożonymi. Szukał bezwzględnego ubóstwa, życia na wzór tego, które prowadził Jezus w Nazarecie. W końcu wstąpił do francuskich trapistów.Dziesięć dni po wstąpieniu do zakonu otrzymał habit i imię Maria Alberyk. Szybko przyzwyczaił się do postów i ciężkich warunków życia, najtrudniej było mu się oswoić z pracami fizycznymi, wspólnymi modlitwami, a przede wszystkim z rozkazami przełożonych. Tym bardziej że nakazano mu podjąć studia teologiczne potrzebne do święceń kapłańskich. Nie było to spełnienie marzeń Karola, ale ponieważ w sprawach duchowych wciąż nie czuł się pewnie, nie śmiał się sprzeciwić woli przełożonych.
W tym czasie zaczęła się powoli krystalizować w jego umyśle idea zgromadzenia, które żyłoby w skrajnym ubóstwie: „Czy nie byłoby możliwe założenie małego zgromadzenia, by takie życie móc prowadzić, by żyć wyłącznie z pracy ludzkich rąk, jak to czynił nasz Pan, który nie żył ze składek czy datków ani pracy innych. (…)- pisał w swoich listach. - Czy nie znajdzie się choć parę istot, które dawanie jałmużny uznałyby za absolutny obowiązek, które by rozdawały ubrania, gdy mają dwa, które by dzieliły się jedzeniem z tymi, co go nie mają, nie zostawiając sobie nic na jutro...".
Mimo że nie odnajdywał u trapistów takiego ubóstwa, jakiego szukał, nie chciał opuszczać zakonu samowolnie, wbrew swoim przełożonym. Złagodniał, a przynajmniej umiał się powstrzymać przed natychmiastowym spełnianiem swoich zachcianek. Postanowił więc, że postąpi tak, jak mu nakaże generał zakonu. Może miał nadzieję, że władze kościelne zezwolą mu na założenie wymarzonej wspólnoty? Niestety postanowienia były zupełnie inne. Nakazano Karolowi to, czego obawiał się najbardziej - wyjazd do Rzymu na dalsze studia teologiczne. Tym razem przyjął decyzję przełożonych dosyć spokojnie.
Przez trzy lata karnie ślęczał nad książkami i uczęszczał na wykłady, aż tu pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie, generał wezwał go do siebie i oznajmił, że jeśli nadal chce zakładać nową wspólnotę, to zwalnia go ze ślubów zakonnych. Oczywiście, że chciał. Nie wszyscy jednak popierali jego wybór, tym bardziej że nie do końca orientowali się w jego planach i pragnieniach. Jeden ze współbraci stwierdził nawet: „Nasz ojciec Alberyk Maria porzuca właśnie nasz zakon, by prowadzić, pewnie w Palestynie, życie pustelnika lub coś w tym rodzaju. To prawdziwe nieszczęście, a dla mnie także powód cierpienia. Może zostanie świętym i tego mu życzę, ale robi to po swojemu, oczywiście nie bacząc na posłuszeństwo. Według mnie, złożył ofiary zbyt wielkie i zadziwiające, by Bóg pozwolił mu się zagubić. Z mojego punktu widzenia to jedyna poważna gwarancja na drodze, którą zaczyna".
- fragment



