uzdrowić
to nie znaczy zapomnieć
WOJCIECH PRUS OP
Augustyn napisał „Wyznania” – opowieść o swojej drodze do Boga – mając czterdzieści siedem lat. To bardzo ważny moment dla mężczyzny – połowa życia, czas swoistego podsumowania. Kiedy je tworzył, od czternastu lat był chrześcijaninem, od dziesięciu księdzem, a od siedmiu biskupem. Zatem o bardzo intymnych sprawach opowiadał ksiądz, czyli osoba publiczna, co więcej – biskup!
Ktoś może powiedzieć, że łatwo napisać książkę o tym, jak poszukiwało się Boga, kiedy już się Go znalazło, z perspektywy drogi zakończonej sukcesem. Augustyn pisze jednak nie tylko o poszukiwaniu Boga, ale także o zwyczajnych, ciemnych stronach swojego życia. Wspomina, że jako małe dziecko terroryzował płaczem otoczenie, a podczas studiów w Kartaginie wpadł „we wrzący kocioł erotyki”. Dowiadujemy się również, że w młodym wieku kradł gruszki i – jak sam twierdzi – wynikało to z „bezinteresownego pragnienia zła”: „Nic nas nie pchało do tego, żaden głód czy inna potrzeba. Mieliśmy gruszek pod dostatkiem”. Interesujący był dla niego sam fakt kradzieży, podniecenie związane z przekraczaniem granic, zakosztowaniem zakazanego owocu. Opowiada o tym niemal z lubością, jakby analizował całe swoje życie pod kątem skłonności do zła.
Nie ogranicza się tylko do opisania okresu młodzieńczego, kiedy nie był jeszcze chrześcijaninem, ale ukazuje także to, co zdarzyło się, gdy dojrzewał do nawrócenia – przyjęcia az Chrztu. Poznał już Boga, odbył do Niego - daleką drogę i nagle zaczęła mu schlebiać myśl, że bardzo dużo wie, także o Bogu. Jak sam to określa, znalazł się wówczas „pomiędzy pychą a pokorą”.
Dlaczego pisze o tym wszystkim? Po pierwsze, aby w pełni wypowiedzieć chwałę Boga w swoim życiu. „Wyznania” są modlitwą uwielbienia, ale modlitwą dziwną – powstałą przez opowiadanie również wydarzeń, o których normalnie chciało- by się jak najszybciej zapomnieć – o moralnych upadkach. Jest przekonany, że gdyby ukrył to, co złe, nie uwielbiłby Boga w pełni. Sięgając do języka wspólnot charyzmatycznych, możemy po- wiedzieć: Jezus nie stałby się w pełni Panem jego życia, a tylko jego dobrych momentów. Poza tym autor „Wyznań” uznaje – i jest to rzecz niezwykła – że może zupełnie spokojnie odsłonić ciemne strony swojego życia. W tym względzie, jest człowiekiem naprawdę nawróconym.

Augustyn kojarzy mi się z faryzeuszami. Naj- częstsza lektura Ewangelii jest faryzeuszom bardzo nieprzychylna. Pan Jezus traktuje ich ostro, w związku z tym kaznodzieje też lubią się trochę po nich „przejechać”. Problem w tym, że to byli bardzo religijni ludzie, wykształceni, subtelni, rozmiłowani w Słowie Bożym. Kiedy rozprawiali o Bogu, robili to naprawdę uczenie, było w nich dużo mądrości i na pewno nie można powiedzieć, że była to mądrość fałszywa. Jeśli Pan Jezus zwraca się do nich, używając ostrych słów, to nie dlatego, aby ich zdyskredytować, ale by nie spoczęli na laurach. Nie mówi, że mają się modlić, być wierni Bogu, bo oni doskonale zdawali sobie z tego sprawę. Chce, aby poszli głębiej, aby pozwolili się zaskoczyć tym, że On jest Mesjaszem.
Podobnie jest z autorem „Wyznań”. „Uczenie o Tobie rozprawiam – pisze – i już mi się wydaje, że wiem wszystko, że to koniec”. I rzeczywiście wie dużo, ale towarzyszy temu pycha, przekonanie, że wiedzę zawdzięcza sam sobie, że jest silny dzięki sobie. Co ciekawe, on też, jak faryzeusze, musi zrobić krok dalej. Odkrywa, że nie jest w stanie sam wszystkiego zrobić. Waha się przed ostatecznym krokiem nawrócenia – decyzją o Chrzcie. Pyta, czy jest w stanie podołać wszystkim wymaganiom wiary. I Bóg przychodzi mu z pomocą. Augustyn słucha pewnego dnia opowiadania przyjaciela o nawróceniu świętego Antoniego. Poruszony tą historią odchodzi w kąt ogrodu, pada na ziemię i łkając modli się do Boga. Wtedy słyszy zza muru głos dziecka, śpiewającego w zabawie „Weź to, czytaj”. Nie zna jej, uznaje więc, że słowa pochodzą od Boga, który każe mu zacząć czytać Pismo Święte tam, gdzie padnie jego wzrok. Otwiera Biblię i słowa, jakie odnajduje, przynoszą mu światło i moc do ostatecznego powiedzenia Bogu „tak”. Już po Chrzcie wciąż będzie doświadczał własnych niedoskonałości: nie jest tak świetnym mówcą, jak dotychczas uważał, nie jest w stanie spełnić wszystkich oczekiwań wiernych. Niczym Jakub walczący z Aniołem uznaje, że musi się nieustannie poddawać – poddawać Bogu. Poddaje się Mu też całkowicie, kiedy postanawia opowiedzieć o swoim życiu.
Biskup, pasterz Kościoła, staje wobec wiernych i mówi: „Jestem chorym człowiekiem, cały czas potrzebuję uzdrowienia”. Te choroby Augustyna to wciąż zbyt mała miłość. Dlatego zwracając się do Boga, wyznaje: „Gdyby Ciebie nie było, pozostałaby mi tylko rozpacz. Już chciałem odejść na pustynię, już chciałem uciec, zostawić wszystko, ale odkryłem, że Twoim lekarstwem na moje choroby jest Eucharystia, której udzielam innym i którą pragnę się sam nasycić. Jestem biedakiem i jako biedak pragnę się nią sycić”.
- fragment
to wszystko ja
Bardzo łatwo zapominamy o uczynionym przez nas złu – to taki mechanizm wyparcia. Gdy patrzymy dziś na księży, którzy uwikłali się we współpracę z SB, widzimy, jak trudno przyznać im się do błędów. Dopiero przymuszani, stawiani wobec faktów, czasem dzięki wielkiej pracy przyjaciół, zdobywają się na szczerość. Po co pamiętać o rzeczach nieprzyjemnych? Augustyn zapewne czuł się podobnie, przecież wiele zdarzeń z jego życia nie należało do zbyt przyjemnych. Chyba nikt z własnej, nieprzymuszonej woli, by do nich nie wracał, nie opowiadał nikomu, a już na pewno by nie opisywał w książce. Słowo wypowiedziane może szybko przeminąć, ale napisane pozostaje, Istnieje w dodatku niebezpieczeństwo, że nie wszyscy zrozumieją to, co chcemy przekazać. Jeżeli Benedykt XVI przytoczył w czasie wykładu w Ratyzbonie jedno zdanie bizantyńskiego cesarza na temat proroka Mahometa, a ludzie opacznie zrozumieli je jako atak na islam, to możemy sobie wyobrazić, jaka była reakcja wiernych, kiedy przeczytali „Wyznania”. Być może śmiali się z niego inni duchowni, tak przecież jest najprościej: „Nasz biskup opowiada takie rzeczy? Takie odsłanianie siebie jest śmieszne, niemęskie! Co on najlepszego robi!?”. Ale Augustyn chce sobie te wydarzenia przy-pomnieć. Proces duchowego uzdrowienia polega bowiem na tym, aby przyznać się przed sobą i Panem Bogiem, że moje życie, że ja, to także upadki. Tymczasem jeśli opowiadam komuś – nawet bliskiemu – o sobie, wybieram raczej dobre rzeczy, osiągnięcia, to wszystko, co w sobie lubię. Jeśli już zdecyduję się opowiedzieć o czymś złym, to w formie użalania się nad sobą, aby ktoś, choć trochę, mi współczuł, abym znalazł ulgę i pocieszenie. O najbardziej bolesnych wydarzeniach milczę, sądząc, że „lepiej byłoby, gdyby nigdy się nie zdarzyły”. Może być i tak, że do pewnych rzeczy nie przyznaję się nawet przed sobą. Moja pamięć „amputuje” wtedy te fragmenty rzeczywistości. Zaczyna mi wtedy czegoś we mnie brakować – czegoś „mojego”. Nie potrafię wówczas żyć w pełni, nie umiem znaleźć w pełni sensu życia. Alkoholik, który po wielu latach zaczyna wychodzić z nałogu, myśli zapewne: „Zmarnowałem tyle lat życia, kawał czasu. Lepiej, gdyby tych lat w ogóle nie było”. Chce o wszystkim zapomnieć, zacząć od nowa. Problem w tym, że to się nie uda. Ta część jego życia będzie w nim nadal, chociaż głęboko ukryta. Musi przyznać sam przed sobą: „To byłem ja, przez cały czas. Moje życie to wszystkie dobre decyzje, radości, sukcesy, ale również wszystkie porażki”.- fragment



