jeśli nie ma ojca,
nie ma syna
BARTŁOMIEJ DOBROCZYŃSKI
Badacze amerykańskich slumsów twierdzą, że w niektórych murzyńskich dzielnicach na obrzeżach wielkich metropolii – ponad 70% dzieci nie tylko nie zna swojego ojca, ale nawet nie pojmuje samej idei ojcostwa
W kulturze europejskiej stary typ rodziny mocno się nadwerężył. Ojcostwo stało się problematyczne w tym sensie, że nie bardzo wiadomo, jak powinno być realizowane, tzn., co ojciec ma przekazywać swoim dzieciom. Dawniej obowiązywał model patriarchalny i wszystko było wiadomo. Ojciec symbolizował tradycję, ciągłość kulturową, wszystko to, co wartościowe w życiu, przodków i co syn ma przekazać swoim synom, żeby oni mogli przekazać dalej. W ostatnich wiekach wszystkie kierunki w sztuce, wszystkie rewolucje, z surrealizmem na czele, ogłaszały bunt przeciw tradycji, czyli bunt przeciw ojcu, bo ojciec symbolizuje tradycję.
Popatrzmy na Chrystusa. On przychodzi i mówi, że przyszedł wypełnić wolę Ojca: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego wolę (J 4, 34). A my żyjemy w czasach, w którym nastąpił bunt przeciw ojcom na wszystkich poziomach. Nie tylko zresztą bunt spowodował, że wszystko się odwróciło.
W momencie powstania manufaktur, a potem fabryk, ta organiczna jedność uległa zniszczeniu. Pojawiła się idea pracy najemnej, która zmusiła mężczyzn do opuszczania swoich domów i spędzania długich godzin w fabrykach. Praca trwała nierzadko nawet szesnaście godzin dziennie. W konsekwencji synowie przestali mieć możliwość naocznego przekonywania się, na czym polega bycie mężczyzną. Nie uczestniczyli bowiem w życiu ojców, nie widzieli co oni robią na codzień. Ojcowie stali się, po raz pierwszy na taką skalę, ojcami nieobecnymi. A nieobecność rodzi niepewność, podejrzliwość, wstyd i zakłopotanie. Nieobecność ojca zmusza syna do tego, żeby sam, niejako na własną rękę, zaczął odkrywać, co to jest męskość. Zmusza do eksperymentów, przynosi niepowodzenia, nierzadko prowadzi do upokorzeń i skazuje na bolesną samotność. Z kim się podzielić troskami, lękami i nadziejami? Gdzie ten, który sam przeszedł przez piekło dorastania i mógłby poradzić, jak należy postępować? No, może jeszcze dałoby się porozmawiać z dziadkiem? Ale szybko okazało się, że dziadek jest także nieobecny i nieosiągalny...
Ojciec niemal bez przerwy pochłonięty jest pracą, nie ma więc ani siły, ani niezbędnej wiedzy by zapoznawać synów z jakąkolwiek żywą tradycją. W ogóle przestaje być strażnikiem i nosicielem tradycji, przestaje być nosicielem ciągłości kulturowej wspólnoty i wiary przodków. Przestaje też być ideałem do utożsamiania się i naśladowania. Reprezentuje niemal wyłącznie siebie i jest to jedna z jego największych słabości. Pozbawiony poręczenia i wsparcia tradycji, nie ma właściwie niczego wartościowego (poza mniej lub bardziej atrakcyjnymi cechami osobowości) do przekazania w ramach swojej duchowej spuścizny. Przecież zazwyczaj nie kształci syna, nie uczy go zawodu, nie przekazuje mu skarbów tradycji religijnej. Jedyne, co może mu zaoferować, to właśnie owa mniej lub bardziej atrakcyjna osobowość i porady oparte na własnym doświadczeniu życiowym. Tylko że “byle” fachowiec, psycholog czy psychiatra zrobi to lepiej od niego, a grupa rówieśników jest najczęściej o niebo atrakcyjniejsza towarzysko od najbardziej imponujących ojców.
Chłopiec pozbawiony rodzica wspartego siłą tradycji jest jakby bez wspólnoty, bez klanu, bez cechu. Pozbawiony został wszystkiego, co mogłoby mu dostarczyć nie tylko poczucia ważności i siły do życia, czerpanej ze świadomości bycia częścią czegoś większego i przekraczającego go, ale równocześnie wszystkiego, co uczyłoby go odpowiedzialności, dyscypliny, poświęcenia dla innych i szacunku dla nich. W dawnych czasach i tradycyjnych społecznościach służyły temu również tzw. rytuały inicjacyjne, których dzisiaj w kulturze niemal nie uświadczymy. Ich brak jest jeszcze jednym elementem niesprzyjającym prawidłowym (czytaj: naznaczonym wzajemnym szacunkiem i troską) kontaktom synów z ojcami. Brak rytuałów oznacza równocześnie brak przekazu legend, baśni, eposów kulturowych, mitów, słowem prawdziwego życia religijnego, nie tyle w sensie klasycznej pobożności, co w sensie podejmowania wyzwań i zobowiązań, brania odpowiedzialności, rozwijania samodyscypliny, kształcenia odporności na cierpienie – tego wszystkiego, co jest znacznie starsze od chrześcijaństwa, ale nie mniej od niego ważne. Robert Bly, autor “Żelaznego Jana”1, bestsellera o istocie ojcostwa i męskości, niezwykle trafnie zauważa, iż w czasach współczesnych substytuty takich rytuałów są dostarczane przez gangi młodzieżowe, grupy pseudokibiców, narkotyki i muzykę pop.
Trzeba jeszcze powiedzieć, że w Polsce za nieobecność ojca odpowiedzialne są także i inne czynniki, istniejące przez całe wieki. Utrata niepodległości, rozbiory i okupacje, ciągłe powstania, zsyłki i walki partyzanckie przyczyniły się do utrwalenia procesu “patriotycznego” znikania dorosłych mężczyzn z domów i spowodowały, że młodociani synowie nie znali swych ojców. Znali raczej ich wyidealizowane portrety, nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością. Poznawali swoich ojców z opowieści ubranych na czarno matek, które surowym głosem napominały, aby nie ważyli się zawieść pokładanych w nich nadziei.
- fragment
Popatrzmy na Chrystusa. On przychodzi i mówi, że przyszedł wypełnić wolę Ojca: Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego wolę (J 4, 34). A my żyjemy w czasach, w którym nastąpił bunt przeciw ojcom na wszystkich poziomach. Nie tylko zresztą bunt spowodował, że wszystko się odwróciło.
rewolucje
Kluczowym momentem unicestwiającym niemal całą ideę ojcostwa była rewolucja przemysłowa XVIII w., kiedy to nastąpiło jedyne w swoim rodzaju “wyjście ojca z domu”. Wcześniej ojców i synów łączyła nie tylko więź biologiczna, ale i społeczna. Ojcowie byli najbliższymi – obok matek – istotami, ale także nauczycielami, wzorcami do naśladowania i dostępnymi codziennie modelami męskich zachowań. Syn znajdował w ojcu miłość, wsparcie i ochronę, a także “cechowego mistrza”, czyli przewodnika po tajnikach różnorodnych męskich zawodów i zawiłościach męskiej kondycji. Synowie uczyli się od swoich ojców, jak łowić ryby, polować, pisać fugi, odlewać dzwony, robić buty, uprawiać rolę i oporządzać bydło.W momencie powstania manufaktur, a potem fabryk, ta organiczna jedność uległa zniszczeniu. Pojawiła się idea pracy najemnej, która zmusiła mężczyzn do opuszczania swoich domów i spędzania długich godzin w fabrykach. Praca trwała nierzadko nawet szesnaście godzin dziennie. W konsekwencji synowie przestali mieć możliwość naocznego przekonywania się, na czym polega bycie mężczyzną. Nie uczestniczyli bowiem w życiu ojców, nie widzieli co oni robią na codzień. Ojcowie stali się, po raz pierwszy na taką skalę, ojcami nieobecnymi. A nieobecność rodzi niepewność, podejrzliwość, wstyd i zakłopotanie. Nieobecność ojca zmusza syna do tego, żeby sam, niejako na własną rękę, zaczął odkrywać, co to jest męskość. Zmusza do eksperymentów, przynosi niepowodzenia, nierzadko prowadzi do upokorzeń i skazuje na bolesną samotność. Z kim się podzielić troskami, lękami i nadziejami? Gdzie ten, który sam przeszedł przez piekło dorastania i mógłby poradzić, jak należy postępować? No, może jeszcze dałoby się porozmawiać z dziadkiem? Ale szybko okazało się, że dziadek jest także nieobecny i nieosiągalny...
nie ma już tradycji
Wkrótce pojawiła się jeszcze jedna konsekwencja rewolucji przemysłowej: zerwanie ciągłości tradycji, które dokonało się na skutek wielkich migracji ze wsi do miast. W wielkomiejskich skupiskach mamy do czynienia z procesem wykorzenienia na niespotykaną skalę. Coraz częściej w takich “miejskich rodzinach” brakuje dziadków, którzy mogliby pełnić “rolę zastępczą” i zapoznawać wnuków z tym, co żywe w przeszłości. Pozostali na wsi i z rzadka tylko odwiedzają wnuków (bądź też wnuki spędzają u nich wakacje), albo twarde wymagania finansowe i czasowe w ogóle uniemożliwiają takie kontakty.Ojciec niemal bez przerwy pochłonięty jest pracą, nie ma więc ani siły, ani niezbędnej wiedzy by zapoznawać synów z jakąkolwiek żywą tradycją. W ogóle przestaje być strażnikiem i nosicielem tradycji, przestaje być nosicielem ciągłości kulturowej wspólnoty i wiary przodków. Przestaje też być ideałem do utożsamiania się i naśladowania. Reprezentuje niemal wyłącznie siebie i jest to jedna z jego największych słabości. Pozbawiony poręczenia i wsparcia tradycji, nie ma właściwie niczego wartościowego (poza mniej lub bardziej atrakcyjnymi cechami osobowości) do przekazania w ramach swojej duchowej spuścizny. Przecież zazwyczaj nie kształci syna, nie uczy go zawodu, nie przekazuje mu skarbów tradycji religijnej. Jedyne, co może mu zaoferować, to właśnie owa mniej lub bardziej atrakcyjna osobowość i porady oparte na własnym doświadczeniu życiowym. Tylko że “byle” fachowiec, psycholog czy psychiatra zrobi to lepiej od niego, a grupa rówieśników jest najczęściej o niebo atrakcyjniejsza towarzysko od najbardziej imponujących ojców.
Chłopiec pozbawiony rodzica wspartego siłą tradycji jest jakby bez wspólnoty, bez klanu, bez cechu. Pozbawiony został wszystkiego, co mogłoby mu dostarczyć nie tylko poczucia ważności i siły do życia, czerpanej ze świadomości bycia częścią czegoś większego i przekraczającego go, ale równocześnie wszystkiego, co uczyłoby go odpowiedzialności, dyscypliny, poświęcenia dla innych i szacunku dla nich. W dawnych czasach i tradycyjnych społecznościach służyły temu również tzw. rytuały inicjacyjne, których dzisiaj w kulturze niemal nie uświadczymy. Ich brak jest jeszcze jednym elementem niesprzyjającym prawidłowym (czytaj: naznaczonym wzajemnym szacunkiem i troską) kontaktom synów z ojcami. Brak rytuałów oznacza równocześnie brak przekazu legend, baśni, eposów kulturowych, mitów, słowem prawdziwego życia religijnego, nie tyle w sensie klasycznej pobożności, co w sensie podejmowania wyzwań i zobowiązań, brania odpowiedzialności, rozwijania samodyscypliny, kształcenia odporności na cierpienie – tego wszystkiego, co jest znacznie starsze od chrześcijaństwa, ale nie mniej od niego ważne. Robert Bly, autor “Żelaznego Jana”1, bestsellera o istocie ojcostwa i męskości, niezwykle trafnie zauważa, iż w czasach współczesnych substytuty takich rytuałów są dostarczane przez gangi młodzieżowe, grupy pseudokibiców, narkotyki i muzykę pop.
nie ma już mężczyzn
W wyniku splotu tak wielu różnych czynników, doszło w ostatnich czasach do radykalnego sfeminizowania całego procesu edukacji. Zadziwiające, jak wielu z nas, dorosłych mężczyzn, nauczyło się różnych zabaw, pacierza, alfabetu, rachunków, geografii, biologii i czego tam jeszcze, od swoich babć, cioć, pań przedszkolanek, nauczycielek, instruktorek itp. Nie chciałbym, Boże broń, być posądzony o jakikolwiek mizoginizm czy chęć restauracji tradycyjnego patriarchalizmu. Chcę tylko poddać pod rozwagę taką pozornie niewinną myśl Roberta Bly, że kobieta wprawdzie wie, jak z zarodka uczynić chłopca, ale nie wie, jak z chłopca zrobić mężczyznę, bo nigdy nim nie była. Oczywiście, kobieta bardzo dobrze wie, jak w córce obudzić drzemiącą w niej kobietę. Ale kim jest mężczyzna, tego kobieta wiedzieć nie może. A nazbyt często o mężczyznach chłopcy dowiadują się od kobiet. A – jak znowu trafnie zauważa Robert Bly – kobietom nie tylko brak wiedzy, aby nauczać o istocie męskości, one często nie mają żadnego interesu, aby mówić prawdę na ten temat.Trzeba jeszcze powiedzieć, że w Polsce za nieobecność ojca odpowiedzialne są także i inne czynniki, istniejące przez całe wieki. Utrata niepodległości, rozbiory i okupacje, ciągłe powstania, zsyłki i walki partyzanckie przyczyniły się do utrwalenia procesu “patriotycznego” znikania dorosłych mężczyzn z domów i spowodowały, że młodociani synowie nie znali swych ojców. Znali raczej ich wyidealizowane portrety, nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością. Poznawali swoich ojców z opowieści ubranych na czarno matek, które surowym głosem napominały, aby nie ważyli się zawieść pokładanych w nich nadziei.
- fragment



