szukając
ojca
Redakcja LISTU rozmawia
z o. Andrzejem Kamińskim,
dominikaninem
z o. Andrzejem Kamińskim,
dominikaninem
Ojcze, czy każdy mężczyzna jest powołany do bycia ojcem?
Myślę, że tak. Ludzkie życie zbudowane jest na trzech naturalnych relacjach. Najpierw każdy z nas jest czyimś dzieckiem, dalej: bratem lub siostrą, a w końcu: ojcem bądź matką. Te trzy relacje są w nas obecne i nas określają. Gdyby którejś zabrakło, bylibyśmy czegoś pozbawieni, w jakiś sposób bylibyśmy niedojrzali.
Myślę, że tak. Ludzkie życie zbudowane jest na trzech naturalnych relacjach. Najpierw każdy z nas jest czyimś dzieckiem, dalej: bratem lub siostrą, a w końcu: ojcem bądź matką. Te trzy relacje są w nas obecne i nas określają. Gdyby którejś zabrakło, bylibyśmy czegoś pozbawieni, w jakiś sposób bylibyśmy niedojrzali.
Ale jeśli każdy z nas jest dzieckiem, następnie bratem czy siostrą – choć też nie zawsze – to przecież nie każdy staje się w dorosłym życiu ojcem lub matką. Nie każdy zakłada rodzinę...
Jeżeli chodzi o – nazwijmy to – aspekt fizyczny, to oczywiście. Ale ojcostwo, prócz wymiaru fizycznego ma także wymiar duchowy. I kiedy mówimy, że Abraham jest ojcem naszej wiary, a więc także naszym ojcem, to mamy na myśli ojcostwo duchowe.
Jak rozumieć ten duchowy wymiar? Czym jest ojcostwo duchowe?
W ojcostwie duchowym, podobnie jak w przypadku ojcostwa fizycznego, chodzi o zrodzenie. Tyle że o zrodzenie – jak to określał św. Paweł – do życia wiecznego. Każdy z nas do takiego ojcostwa musi dojrzewać, niezależnie od tego, czy jest biologicznym ojcem, czy nie. Jeżeli tego nie robi, to dziecinnieje, karłowacieje. Zarówno na płaszczyźnie psychologicznej, jak i duchowej.
Czyli to duchowe ojcostwo jest ważniejsze od tego zwyczajnego, w rodzinie?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że oba są ważne i konieczne. Wydaje mi się jednak, że brak ojcostwa duchowego powodowałby jakieś okaleczenie, jakąś lukę w życiu człowieka.
Ojcostwo w rodzinie nie ogranicza się jedynie do fizycznego zrodzenia. Ono realizuje się poprzez bardzo ważny proces wprowadzania dziecka w kulturę życia codziennego, w funkcjonowanie świata. Ludzie, którzy czegoś takiego nie otrzymali, często przez długi czas pozostają dziećmi. Tego, czego powinien ich nauczyć ojciec, uczą się dopiero w życiu dorosłym, żyjąc w społeczeństwie albo korzystając z pomocy psychologów. To psychologowie, duszpasterze, nauczyciele w tym wypadku przyjmują na siebie funkcję ojca. Kiedy człowiek poznaje świat, odnajduje się w nim, z czasem odkrywa w sobie jakieś głębsze pragnienie, szuka czegoś więcej. My, chrześcijanie mówimy, że jest to pragnienie Boga. Człowiek próbuje je zaspokoić w taki czy inny sposób. Właśnie tu otwiera się przestrzeń dla ojcostwa duchowego.
Do Ojca pewnie też przychodzą ludzie z takim głębszym pragnieniem…
Tak i wtedy staram się na nie odpowiadać – po prostu. Wiem, że przychodzą, bo czują się duchowo zagubieni. Tak jak ludzie chcą, by ktoś pomógł im odnaleźć się w dzisiejszym, pełnym niepokoju świecie, tak samo – patrząc z perspektywy wiary – chcą odnaleźć się w relacji z Bogiem, zaprzyjaźnić się z Nim. Próbuję jakoś im w tym pomóc.
Nie zastanawiał się Ojciec nad tym, że być może ludzie, którzy się do Ojca zwracają, poszukują – w sensie duchowym – własnej tożsamości? Czy nie jest tak, że człowiek, by odkryć, kim jest, musi – mówiąc metaforycznie – odnaleźć ojca?
Tak uważacie?
Ojciec nigdy nie „szukał” swojego ojca?
Szukałem, owszem, ale nie przyszło mi do głowy, że szukam ojca, bo cały czas miałem go w zasięgu ręki. Brakowało mi natomiast czegoś innego. Tak się złożyło, że gdy byłem jeszcze dzieckiem, moja rodzina często się gdzieś przeprowadzała, potem, już jako zakonnik, też musiałem wiele podróżować. Odkryłem wtedy, że nie mam swojego punktu odniesienia, miejsca, o którym mógłbym powiedzieć, że jest moje. W wymiarze duchowym takie miejsce znalazłem, okazało się nim tabernakulum. Zrozumiałem, że przed Panem Jezusem, niezależnie od tego gdzie przebywałem, zawsze byłem „u siebie”. Ale przez cały czas poszukiwałem jeszcze czegoś innego, chciałem odnaleźć swój „dom rodzinny”, korzenie.
Ojcowiznę, ojczyznę...
Zgadza się. Ciekawym odkryciem było dla mnie to, że kiedy odwiedzałem Niedomice, w których mieszkałem od urodzenia do piątej klasy szkoły podstawowej, czułem, że są mi obce. W kamienicy, w której się urodziłem, żyje teraz ktoś inny, w następnym bloku, gdzie później mieszkaliśmy, to samo. Szukałem więc dalej. I pewnego dnia odnalazłem. Odnalazłem przedziwne miejsca, z których pochodzą moi rodzice, a w których nigdy de facto nie mieszkałem, nie byłem zameldowany. I właśnie w nich czuję się dobrze. To jest mój dom. Pierwsze miejsce to Jarosław, z którego pochodzi tata. I nie chodzi tu nawet o jego dom, ale o samo miasto. O klimat, który ono tworzy, o klimat, który tworzy np. znajdujące się w nim sanktuarium maryjne. Tam czuję wyraźnie swoje korzenie. Drugim miejscem jest rodzinna wioska mojej mamy, położona pod Tarnowem. I tu też nie jest ważny ten jeden, konkretny dom; po prostu przyjeżdżam tam i wiem, że jestem u siebie.
- fragment
Jeżeli chodzi o – nazwijmy to – aspekt fizyczny, to oczywiście. Ale ojcostwo, prócz wymiaru fizycznego ma także wymiar duchowy. I kiedy mówimy, że Abraham jest ojcem naszej wiary, a więc także naszym ojcem, to mamy na myśli ojcostwo duchowe.
Jak rozumieć ten duchowy wymiar? Czym jest ojcostwo duchowe?
W ojcostwie duchowym, podobnie jak w przypadku ojcostwa fizycznego, chodzi o zrodzenie. Tyle że o zrodzenie – jak to określał św. Paweł – do życia wiecznego. Każdy z nas do takiego ojcostwa musi dojrzewać, niezależnie od tego, czy jest biologicznym ojcem, czy nie. Jeżeli tego nie robi, to dziecinnieje, karłowacieje. Zarówno na płaszczyźnie psychologicznej, jak i duchowej.
Czyli to duchowe ojcostwo jest ważniejsze od tego zwyczajnego, w rodzinie?
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że oba są ważne i konieczne. Wydaje mi się jednak, że brak ojcostwa duchowego powodowałby jakieś okaleczenie, jakąś lukę w życiu człowieka.
Ojcostwo w rodzinie nie ogranicza się jedynie do fizycznego zrodzenia. Ono realizuje się poprzez bardzo ważny proces wprowadzania dziecka w kulturę życia codziennego, w funkcjonowanie świata. Ludzie, którzy czegoś takiego nie otrzymali, często przez długi czas pozostają dziećmi. Tego, czego powinien ich nauczyć ojciec, uczą się dopiero w życiu dorosłym, żyjąc w społeczeństwie albo korzystając z pomocy psychologów. To psychologowie, duszpasterze, nauczyciele w tym wypadku przyjmują na siebie funkcję ojca. Kiedy człowiek poznaje świat, odnajduje się w nim, z czasem odkrywa w sobie jakieś głębsze pragnienie, szuka czegoś więcej. My, chrześcijanie mówimy, że jest to pragnienie Boga. Człowiek próbuje je zaspokoić w taki czy inny sposób. Właśnie tu otwiera się przestrzeń dla ojcostwa duchowego.
Do Ojca pewnie też przychodzą ludzie z takim głębszym pragnieniem…
Tak i wtedy staram się na nie odpowiadać – po prostu. Wiem, że przychodzą, bo czują się duchowo zagubieni. Tak jak ludzie chcą, by ktoś pomógł im odnaleźć się w dzisiejszym, pełnym niepokoju świecie, tak samo – patrząc z perspektywy wiary – chcą odnaleźć się w relacji z Bogiem, zaprzyjaźnić się z Nim. Próbuję jakoś im w tym pomóc.
Nie zastanawiał się Ojciec nad tym, że być może ludzie, którzy się do Ojca zwracają, poszukują – w sensie duchowym – własnej tożsamości? Czy nie jest tak, że człowiek, by odkryć, kim jest, musi – mówiąc metaforycznie – odnaleźć ojca?
Tak uważacie?
Ojciec nigdy nie „szukał” swojego ojca?
Szukałem, owszem, ale nie przyszło mi do głowy, że szukam ojca, bo cały czas miałem go w zasięgu ręki. Brakowało mi natomiast czegoś innego. Tak się złożyło, że gdy byłem jeszcze dzieckiem, moja rodzina często się gdzieś przeprowadzała, potem, już jako zakonnik, też musiałem wiele podróżować. Odkryłem wtedy, że nie mam swojego punktu odniesienia, miejsca, o którym mógłbym powiedzieć, że jest moje. W wymiarze duchowym takie miejsce znalazłem, okazało się nim tabernakulum. Zrozumiałem, że przed Panem Jezusem, niezależnie od tego gdzie przebywałem, zawsze byłem „u siebie”. Ale przez cały czas poszukiwałem jeszcze czegoś innego, chciałem odnaleźć swój „dom rodzinny”, korzenie.
Ojcowiznę, ojczyznę...
Zgadza się. Ciekawym odkryciem było dla mnie to, że kiedy odwiedzałem Niedomice, w których mieszkałem od urodzenia do piątej klasy szkoły podstawowej, czułem, że są mi obce. W kamienicy, w której się urodziłem, żyje teraz ktoś inny, w następnym bloku, gdzie później mieszkaliśmy, to samo. Szukałem więc dalej. I pewnego dnia odnalazłem. Odnalazłem przedziwne miejsca, z których pochodzą moi rodzice, a w których nigdy de facto nie mieszkałem, nie byłem zameldowany. I właśnie w nich czuję się dobrze. To jest mój dom. Pierwsze miejsce to Jarosław, z którego pochodzi tata. I nie chodzi tu nawet o jego dom, ale o samo miasto. O klimat, który ono tworzy, o klimat, który tworzy np. znajdujące się w nim sanktuarium maryjne. Tam czuję wyraźnie swoje korzenie. Drugim miejscem jest rodzinna wioska mojej mamy, położona pod Tarnowem. I tu też nie jest ważny ten jeden, konkretny dom; po prostu przyjeżdżam tam i wiem, że jestem u siebie.
- fragment



