jablko

"całkiem inna

opowieść o miłości"


„Sylwestrowa opowieść o miłości" jest konferencją wygłoszoną dla studentów krakowskiej „Beczki" przez dominikanina o. Rafała Skibińskiego dwadzieścia trzy lata temu w Ochotnicy Dolnej. Wprawdzie słowa: „konferencja" i „wygłoszona" niezupełnie pasują do klimatu tamtego zdarzenia, trudno jednak znaleźć inne. Bo rzeczywiście była to konferencja i rzeczywiście została wygłoszona. Tygodniowy wyjazd „Beczki" był wyjazdem duszpasterskim, ale niewiele miał wspólnego z klasycznymi dniami skupienia czy rekolekcjami. Wydawało się nam raczej, że najważniejsze są narty, gitary, zabawa, rozmowy i wygłupy. A jakieś konferencje to drugorzędny dodatek. A jednak tamte konferencje pamiętają dziś chyba wszyscy.


Warunki nie były zbyt komfortowe. Stary drewniany dom duszpasterski z nieszczelnymi oknami i popękanymi piecami nie dawał zbyt wiele ciepła. Siedzieliśmy na materacach owinięci w śpiwory, zmęczeni po zimowych szaleństwach i słuchaliśmy o rzeczach, o których w tamtych czasach właściwie nikt nie mówił. O Modlitwie Jezusowej i medytacji związanej z oddechem, o naszym ciele, które jest bardzo ważne i kryje ciągle tyle tajemnic, że może nas czasem mylić podczas modlitwy, o potrzebie porządkowania swojego wnętrza z uwzględnieniem tego ciała i o miłości właśnie. Na taśmie słychać czasem pytania, czasem śmiechy, a czasem pochrapywanie kogoś, kto nie wytrzymał natłoku wrażeń. Ojciec Rafał mówi językiem potocznym, pełnym metafor i odniesień do życia codziennego. Nawet po latach i po redakcji, która zawsze jest konieczna, gdy wydaje się drukiem teksty mówione, wyczuwa się obopólną sympatię. Dziś każdy z nas pamięta z tamtego wyjazdu trochę inne fragmenty. Niektórzy tę nową dla nich wtedy technikę medytacyjną, gdzie w Modlitwę Jezusową wpisuje się oddech „na cztery", inni ideę południków przebiegających przez nasze ciało, a jeszcze inni właśnie opowieść o miłości. Ja pamiętam jeszcze muzykę. Bo przecież każda opowieść o miłości musi mieć muzykę. Nie chodzi o wszędobylskie w tamtych czasach gitary, ale o etiudy Kingi - wiolonczelistki. Kinga studiowała na Akademii Muzycznej i zabrała ze sobą wiolonczelę, bo miała jakieś zaliczenie i nie chciała przerywać ćwiczeń. Kiedy inni szaleli na nartach, lub włóczyli się po okolicznych wzgórzach, ona siadała obok choinki w wielkim pustym pokoju (materace składaliśmy na dzień w kącie) i grała. Było jednak tak zimno, że nie mogła opanować instrumentu, więc ciągle przerywała, rozgrzewała go i wracała do początku melodii. Nie wiem, co to była za melodia, ale brzmiała wtedy jak dwa pierwsze etapy miłości: fascynacja i rozczarowanie. Trzy lata później, w grudniu 1987 roku, o. Rafał zginął w wypadku samochodowym. Jechał z osobą niepełnosprawną na zabieg. To był pierwszy mróz tamtej zimy. Jezdnia była oblodzona, samochód wpadł w poślizg. Ojciec Rafał siedział obok kierowcy w samochodzie marki „Nysa". Nie miał szans przy uderzeniu w drzewo. Wszyscy inni wyszli z wypadku cało. Zdarzyło się to w okolicach Nowej Białej, na drodze przebiegającej przez rozległą równinę zamkniętą z jednej strony przez las a z drugiej przez ośnieżone szczyty Tatr.

Był zaledwie cztery lata kapłanem.

ELA KONDERAK
redaktor naczelny


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl