sylwestrowa

opowieść o miłości

RAFAŁ SKIBIŃSKI OP
To, co powiem, będzie tylko schematem i jak każdy schemat, będzie zawierało wiele uproszczeń. A ponieważ schemat to forma skondensowana i skrótowa, na końcu wyjaśnię, jak ją rozcieńczać, żeby wszystko dało się zastosować w życiu. A będzie to opowieść o trzech etapach miłości. Historia jest o tyle moja, że przeze mnie pozbierana z różnych źródeł. Trochę z doświadczenia, trochę z książek, trochę z życia

wiara, nadzieja, miłość

Dlaczego właśnie opowieść o miłości? Otóż mamy trzy tzw. cnoty teologiczne, czyli trzy wewnętrzne sprawności, trzy zdolności, trzy postawy, które kierują nas wprost do Boga. To wiara, nadzieja i miłość. Męstwo, sprawiedliwość, umiarkowanie i roztropność również prowadzą nas do Boga i są nam potrzebne w codziennym życiu, ale dzięki nim idziemy niejako dookoła. To jest taki „objazd do Pana Boga". Ponieważ nie jesteśmy w stanie iść „na wprost", czyli przez wiarę (wierzę w Ciebie, Boże, mam nadzieję, spodziewam się Ciebie i kocham Cię, jednoczę się z Tobą, Ty mnie przygarniasz) możemy skorzystać z „objazdu" i do tego potrzebne są nam właśnie te cztery cnoty kardynalne. One działają niejako w poprzek. Natomiast wiara, nadzieja i miłość działają pionowo, odnosząc nas bezpośrednio do Boga.

Co to jest wiara? Do czego można ją porównać? Wiara w życiu duchowym człowieka jest odpowiednikiem poznania. Jest przyjęciem prawdy, że Bóg istnieje i że mówi, a jeśli mówi, to mówi prawdę. Wobec tego, jeżeli wierzę, to znaczy, że przyjmuję za prawdę wszystko, co mówi Bóg. Nadzieja natomiast jest odpowiednikiem dążenia. Doświadczenie dążenia znamy z wielu różnych życiowych sytuacji. Ciągle przecież gdzieś prę i dążę, niczym pstrąg, nieustannie pod prąd. Ten impet, ten wewnętrzny bodziec, który każe mi dążyć, to jest właśnie nadzieja. Miłość z kolei, możemy określić (nie zdefiniować, ale właśnie określić) jako zjednoczenie.

Znajdźmy od razu jakieś porównanie: Oto jestem w wielkim tłumie i wiem, że w tym samym tłumie znajduje się ukochana osoba. Czekam, tęsknię, a tu milion ludzi kłębi się na jakimś placu. Wierzę, że ona gdzieś tu jest - inaczej bym się nie rozglądał. A rozglądam się uporczywie, patrzę po wszystkich ludziach. W pewnym momencie nasze oczy się spotykają, dostrzegliśmy się. Zaistniała ta, jedna z milionów możliwych, kombinacja i nastąpiła wymiana spojrzeń.

Wiara poznaje: „wiem, że jest". Wiem już „gdzie jest" i zaczynam przedzierać się przez to kłębowisko ludzi. „Dążę" i to jest nadzieja. Chwilami ukochana osoba ginie mi z oczu, więc zdaję się na instynkt, idę na orientację, przebijam się. Z każdym krokiem bardziej wierzę, więc przebijam się, „spodziewam" (nadzieja to jest „spodziewane się"), aż wreszcie padamy sobie w objęcia i następuje zjednoczenie.

Świetnie to oddają w radzieckich filmach wojennych. Ostatnio oglądałem też bardzo ciekawą składankę z ważniejszych wydarzeń w roku 1984, zrobioną przez amerykańską telewizję. Nie było żadnego komentarza tylko różne fragmenty: głód w Etiopii, pielgrzymka Papieża, parę innych historii i w pewnym momencie pojawił się pilot samolotu porwanego przez terrorystów i odbitego z ich rąk. Pokazano jak ten człowiek idzie po płycie lotniska i wpada mu w objęcia jego córka. Było coś niesamowitego w jego twarzy w tym momencie zjednoczenia. Człowiek wraca do rodziny ze śmiertelnego zagrożenia i jego twarz, gdyby tak popatrzeć, właściwie nie wyraża nic, tylko jakąś mieszankę uczuć, jakieś wypełnienie tęsknoty.

A więc wiara poznaje, czuje, instynktownie „dowiaduje się", że tam gdzieś jest Bóg, nadzieja dąży do Niego - mam nadzieję, że Go dotknę, że nastąpi zjednoczenie w miłości.

Są trzy etapy miłości, które powtarzają się zawsze zarówno w odniesieniu do Boga, czyli w życiu modlitwy, jak i w życiu rodziny czy przyjaciół.

Pierwszy etap rozwoju miłości możemy nazwać zakochaniem, fascynacją. To jest ten moment, kiedy „świata nie widzę poza tą osobą". Czasami ktoś się zakocha w jakiejś sprawie. Jest w niej całkowicie zatopiony, niejako „zaprzedany" ze wszystkim: ze wzrokiem, słuchem, mózgiem, cały się w nią zaangażował. Zawsze w tym momencie muszę przepraszać zakochanych, bo to, co powiem, będzie dość brutalne. Ten pierwszy poryw miłości ma pewne braki i niesie ze sobą niebezpieczeństwo. W czym tkwi to niebezpieczeństwo? W tym, że dostrzegając drugą osobę jako godną kochania odkrywam jednocześnie siebie jako kogoś zdolnego do miłości, zdolnego do dobra. To odkrycie następuje w tym samym ruchu - nagle kurtyna zostaje podniesiona i odkrywam drugą osobę a jednocześnie odkrywam siebie. (Dużo na temat tej jednoczesności pisze Papież.) I co się wtedy dzieje? Otóż człowiek zakochany wyzwala w sobie masę dobra. Wszystkie jego możliwości, wszystkie wizje, nadzieje, cała idea życia, wszystko, co jest w nim najlepsze, doznaje nagle niezwykłej eksplozji. Człowiek widzi, że to całe dobro jest możliwe. Zauważa też, że może te swoje możliwości jeszcze poszerzać. Staje się nagle wspaniałomyślny, wielkoduszny, w ogóle jakiś taki „wewnętrznie ogromny". I w najlepszej wierze rzutuje, promieniuje te swoje dobre nadzieje na osobę kochaną. Przypomina projektor do wyświetlania filmów albo rzutnik do slajdów. To, co poczuł w sobie, wy-promieniował, a ekranem stała się druga osoba. Druga osoba jest dla niego tylko pretekstem. Co oczywiście nie przesądza o przyszłości ich związku, nie chcę powiedzieć, że muszą się rozejść, ale - odsłońmy prawdę do końca - naga prawda jest taka, że człowiek kocha siebie w drugiej osobie. Promieniuje na nią ten swój obraz, swoją wizję, widzi siebie idealnego, widzi swoje przyszłe życie w tej drugiej osobie i właściwie nie do odróżnienia jest to, czy zakochany jest w tamtym człowieku, czy raczej w sobie. A ponieważ rzecz cała opiera się na uczuciach, jest raczej nie do rozwiązania.

to mija

To trzeba zwyczajnie przeczekać. Wiadomo, że uczucia blakną, płowieją i gasną, że to, za co człowiek jeszcze niedawno dałby sobie uciąć głowę, mija.

Może się też zdarzyć „układ podwójny", kiedy na przykład osoba zafascynowana trafi na drugą osobę podobną do siebie i oboje będą rzutowali na siebie swoje wizje. Mało tego! W jakiś sposób, poprzez system różnych nacisków, nagród i kar, które w takim związku istnieją, będą sobie sygnalizować, o co im dokładnie chodzi. I może być tak, że zgodzą się na granie swoich ról tylko po to, żeby nie burzyć drugiemu jego wizji. To się nawet czasami nazywa miłością. Ale miłość to słowo, które nie pasuje do tej sytuacji, bo z której strony by na to nie patrzeć, dopóki człowiek kocha sam siebie, dopóty jest egoistą. Dopóki zwraca uwagę przede wszystkim na swoje własne wizje i ma kontakt jedynie z samym sobą, jest samotny. Miłość jest zjednoczeniem. Miłość to żywy kontakt, nie mogę kochać ekranu. Toteż ten pierwszy etap miłości dość często, dziwnie nagle ulega zakończeniu.

prawda nie jest do wygarniania

Nadchodzi etap niechęci i rozczarowania. Zbyt długie trwanie w nim powoduje, że w człowieku uwikłanym w taki związek gromadzi się żółć, powstaje

zropiała tkanka, która wcześniej czy później pęknie. Człowiek tylko czeka na odpowiedni moment, kiedy będzie mógł wyżyć się na drugim. Wszystkie rozmowy z takim człowiekiem będą wygarnianiem prawdy: „Czekaj, tak ci wygarnę, że ci w pięty pójdzie". Prawda nie jest do wygarniania, prawda jest do komunikacji. Jeśli chciałbym komuś „wygarnąć", to znaczy, że powinienem się zamknąć sam ze sobą i rozważyć, jaki to ma sens. Mechanizm „wygarniania prawdy" neguje samą prawdę, bo istnieje wewnętrzna sprzeczność pomiędzy użytym środkiem, czyli tym, że pastwię się nad kimś „wygarniając mu", a celem, czyli tym, że chcę mu powiedzieć prawdę. Niby chcę mu powiedzieć prawdę, ale w rzeczywistości go gwałcę. On tej prawdy nie przyjmie nawet choćby chciał - nie jest w stanie.

Na pewno każdy z was zna rozmowy z ludźmi starszymi, którzy stali się zgorzkniali. Mają sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat i całe pokłady zgorzknienia w sobie. Te pokłady zgorzknienia gromadziły się tam latami, jak śmieci na wysypisku. Górne warstwy przyciskają dolne, tak że nie ma nawet o co zaczepić. Rozmawiasz z człowiekiem, a on przypomina ci nagle sprawę czyjegoś zawinienia (często pozornego), sprzed trzydziestu lat. To są potworne, nieludzkie rozmowy, bo wiem, że ja tej sprawy sprzed trzydziestu lat nie rozwiążę i nigdy się nie dogadamy. Rozmawiam z człowiekiem i mam wrażenie, jakby był już nieżywy, jakby był w innym świecie, w tym świecie zgorzknienia, który można nazwać rodzajem piekła. Jest tam gorycz i samotność, i ta żółć, która sprawia, że otoczenie pachnie śmiercią.

Ale człowiekowi w zgorzknieniu żyje się niedobrze, więc staramy się jakoś sobie z nim poradzić. Najczęściej chcielibyśmy zapomnieć. Kiedy zgorzknienie przekracza pewien punkt krytyczny, kiedy już widzę, że to jest zło, bo mnie przerasta i przeraża, bo spycha mnie gdzieś, gdzie nie mogę żyć, wtedy uciekam. Mówię: „Wypijmy coś, zabawmy się, niech będzie wesoło". W ten sposób izoluję się, zakładam pewien rodzaj filtru, nie chcę wiedzieć. To są skomplikowane sprawy, nie wyjaśniam ich, zaznaczam tylko, że coś takiego jest możliwe.

Jest też inny sposób „poradzenia sobie" z problemem. Wyrasta z rodzącej się w człowieku tęsknoty za przeszłością, za czasami, kiedy było „fajnie". To jest jak ucieczka w dzieciństwo. Wiadomo, że dzieciństwo było jeszcze znośne, nawet dobre, tym bardziej że po latach przypominamy sobie głównie to, co pozytywne. Kiedy człowiek wchodzi w życie i nie jest mu łatwo, tęskni za dzieciństwem. Chciałby wrócić, chciałby, żeby znów było ciepło, miło, bezpiecznie, syto. Myśli: „Dzieciom to dobrze, nie mają problemów".

Podobnie jest z miłością. Człowiek chciałby się cofnąć do etapu fascynacji, bo wydaje mu się, że wtedy było dobrze. A ponieważ z tym partnerem mu nie wychodzi, znajduje sobie innego. Dzieje się tak zwłaszcza wtedy, kiedy etap rozczarowania jest bardzo mocny, a ludzie niedojrzali, brak im skrupułów, zaszli za daleko, np. współżyją ze sobą przed ślubem. Mechanizm jest następujący: najpierw wzlot, potem wchodzimy w strefę cienia, rozczarowania, ale nie wytrzymujemy tego, więc zmieniamy partnera. I znowu będzie wzlot, znowu strefa cienia, i znowu wracamy do tego samego miejsca. O ile długie przebywanie w rozczarowaniu kończy się dla człowieka totalnym zgorzknieniem, o tyle uporczywe wracanie i „przechowywanie siebie" na pierwszym etapie, czyli w fascynacji, kończy się infantylnością.

Grozi to wszystkim, zarówno siostrom zakonnym, jak i ludziom z akademika, każdemu, kto usiłuje sobie w ten sposób radzić z życiem. Pokusa powrotu do dzieciństwa, do tych chwil, gdy było „fajnie", nieustanne wspominanie, jak to kiedyś było dobrze, musi skończyć się infantylnością i płytkim, naskórkowym kontaktem. Człowiek prymitywnieje, bo jego struktura wewnętrzna pozostaje niepogłębiona. Spotyka się czasem takie czterdziesto-, piędziesięcio-, czy sześćdziesięcioletnie dzieci - kobiety i mężczyzn, którzy rozumują tak, jakby w ogóle nie wiedzieli, o co w życiu chodzi.

Te dwa omówione etapy są niejako naturalne. Zaczynają istnieć samorzutnie i są tylko przygrywką, uwerturą do tego, co w życiu człowieka może się zdarzyć naprawdę. Dlatego nie powinny trwać zbyt długo. Etap trzeci, który nazwałbym wewnętrzną determinacją, jest czymś o wiele głębszym niż nastrój czy temperament. Jest to postawa, którą trzeba w sobie wyrobić. Polega ona na powolnym przechodzeniu od emocjonalnych porywów i chwilowych ocen do, noszącej cechy trwałości, życzliwości, o której wiem ja i ta druga osoba. To ma być życzliwość posunięta do takiego stopnia, że nawet znając najciemniejsze strony osoby kochanej, najciemniejsze strony jej życia, jej przeszłości (bo i w to może mnie wtajemniczyć albo dowiem się przypadkiem, że np. zostałem zdradzony) nie zmienię swojego nastawienia.

Zmieńmy na chwilę temat i zajrzyjmy do wnętrza człowieka. Człowiek ma wiele różnych warstw. Na przykład ma uczucia. Święty Tomasz mówi, że mamy dwa rodzaje uczuć: pozytywne, czyli wszystko to, co w nas jest „na plus": miłość, życzliwość, cała nasza skłonność do wychodzenia w kierunku innych ludzi, i uczucia negatywne, „na minus": niechęć, lekceważenie, złość, nienawiść. Są także uczucia negatywne „spotęgowane". Występują wtedy, kiedy mamy ochotę z kimś lub z czymś walczyć. To gniew, odraza, strach i lęk. To, co teraz powiem, jest ogromnym uproszczeniem, ale w gruncie rzeczy na etapie fascynacji w sposób naturalny opieramy się na uczuciach pozytywnych, natomiast na drugim etapie opieramy się na uczuciach negatywnych. Jesteśmy niechętni, nie widzimy wyjścia z sytuacji, bo dowiedzieliśmy się takich rzeczy, że przychodzi nam do głowy tylko jedno: „Ja go chyba muszę zabić", albo w czasie oglądania Dziennika Telewizyjnego* nachodzą nas myśli: „Wezmę siekierę, naostrzę ją i pójdę zrobić porządek w tej Warszawie, niech raz wreszcie będzie spokój". Prawda, że człowiek ma takie „coś" w sobie? Pamiętamy, że mówimy zarówno o miłości między dwojgiem ludzi, jak i miłości do jakiejś sprawy, w którą się angażujemy, a także o miłości do Boga. Bo i w modlitwie doświadczamy fascynacji i rozczarowania. Nowicjat u dominikanów to jest raj: „Dajcie mi św. Jana od Krzyża, chcę czytać, dlaczego on nie napisał jeszcze pięciu tomów?". Kto takiej fascynacji nie przeżył, nic nie wie.„Złoto przy tym to błoto". A potem przychodzi rozczarowanie: „Przecież to wszystko jest bez sensu". Pan Bóg zaczyna nas „spychać" na wąską ścieżkę…

Wszystkie stany emocjonalne na dwóch pierwszych etapach miłości, posiadają pewną cechę wspólną, którą najlepiej wyraża określenie: „chce mi się - nie chce mi się". Ale jeżeli ktoś nas zapyta, dlaczego dziś nam się chce, a jutro nie, dlaczego dziś czegoś pragniemy, a jutro nienawidzimy, nie będziemy umieli wyjaśnić, po prostu, chce nam się lub nie i już. Taki jest wspólny element fascynacji i niechęci.

wąska ścieżka zwana wiarą

Do tej pory, mówiąc o miłości, szliśmy szeroką, niejako „naturalną" drogą. Teraz przed nami zwężenie. Wkrótce droga znowu się rozszerzy, ale w zupełnie nowy sposób. Najpierw musimy pokonać to wąskie gardło przed nami. Szerokie są trakty wydeptane przez ludzi chodzących po dwóch pierwszych etapach. O nich się mówi, pisze wiersze, śpiewa pieśni i kręci filmy - wszystko jest o tym. A o tym zwężeniu przed nami, o tym wąskim przesmyku, małej kładce na jedną nogę, po której nie da się iść zbyt szybko i można ją tylko przedreptać, mówi się mniej. Ta wąska kładka nazywa się po prostu wiarą. I wcześniej czy później znajdziemy się właśnie na niej. Jest coś niesamowitego w tym, że pomimo wszystkich naszych szaleństw, pomimo naszych zachłyśnięć się dobrem i złem, Pan Bóg w końcu stawia przed nami tylko jedno pytanie: „Wierzysz, czy nie wierzysz?".

Dlaczego mówię, że ta wąska ścieżka zwana wiarą to jedyna droga do spokojnej wewnętrznej determinacji, polegającej na tym, że jak się uparłem, to będę kochał i choćby nie wiem co się działo, będę życzliwy, wierny i stały w miłości? Bo coraz wyraźniej widzę, że po rozczarowaniu, czy nawet serii rozczarowań i klęsk, których doznałem, nie mam powodu (na ludzki rozum) komukolwiek ufać i w cokolwiek się angażować. Czy mogę zaufać drugiemu człowiekowi skoro wiem, że on wcześniej czy później pokaże mi takie swoje negatywne strony, że „się przewrócę", albo opuści mnie w chwili, gdy powinien przy mnie być? Może się radykalizuję wewnętrznie, ale gdy pomyślę, że mam komuś zaufać, czyli rzucić się głową w przód i powierzyć mu to, co we mnie najcenniejsze, odsłonić najbardziej wrażliwe punkty mojego wnętrza… to już wolę radzić sobie sam. Zwłaszcza kiedy jestem życiowo potłuczony. Może będąc sam trochę się pomęczę, ale przynajmniej wiem dlaczego.

A jednak Pan Bóg mi zaufał, powołał mnie do życia, powierzył mi Swoje skarby, dał mi mnie samego do zrozumienia i sygnalizuje, że są sprawy ważniejsze, a będą jeszcze ważniejsze, jeśli zrobię krok do przodu. On ufa każdemu, tak samo jak mnie. Bóg po prostu ufa - taki już jest. Dopiero, kiedy sobie to wszystko uświadamiam, zaczynam rozumieć, co znaczy słowo: „zaufać". Mało tego, wiem, że nawet, jeżeli nie zdołam zaufać jakiemuś człowiekowi i przy najlepszej woli z obu stron nigdy się nie dogadamy, to Bóg ufa i kocha go. Więc jeżeli ja kocham Boga całym swoim sercem, całą duszą i umysłem, to kocham również tego człowieka, bo w Bogu są wszyscy i wszystko. A nawet gdyby mi się udało pokochać kogoś, to w mojej relacji i tak nie wyjdę poza moje ludzkie ograniczenia, poza fascynacje i rozczarowania. Ajeżeli kocham Boga, to tak jakbym się zwracał do „centrali". „Centrala" ma pełny obraz wszystkich. W Bogu mogę kochać nawet tych, co, do których mam poważne wątpliwości i, po ludzku patrząc, „dałbym na wsteczny". Nawet im ufam, jeśli ufam Bogu.

To jest tylko obraz, nie traktujcie tego jak wykładu teologicznego. Chcę tylko powiedzieć, że mamy do siebie nawzajem dwojaki dostęp: na drodze naturalnych zdolności i na drodze Bożej. Jeśli wpatruję się w Boga, widzę w Nim innych ludzi i ich sytuacje, ale szerzej i pełniej. Popatrzcie na Matką Bożą. Ona była zawsze zjednoczona z Bogiem w miłości, była „łaski pełna". To nie jest jakaś bogini, która fruwa i zagląda w sumienia. Nie musi. Wystarczy, że jest wpatrzona w Boga - w Nim widać wszystko. Bóg chce, żeby było widać, jest Bogiem prawdy, pokazuje: to jest prawdziwe. Kiedy wpatrujemy się w Niego, nie ma mowy o jakimś przekłamaniu, niedomówieniu. Więc jeżeli Matka Boża - w końcu normalny człowiek, taki jak my-jest wpatrzona w Boga i dzięki temu widzi nas wszystkich, dlaczego my mamy tego nie robić?

My się tylko wciąż dzielimy: ja tu, ty tu. Tworzymy różne sekcje, enklawy, grupy wzajemnej adoracji, małe getta i sekty. Nic więcej nie jesteśmy w stanie stworzyć. Może jeszcze jakąś partię... Natomiast w układzie „do Boga" i „od Boga" może powstać Kościół. A Kościół z samej natury nie ma takich ograniczeń, jest katolicki, czyli powszechny. Każdy z nas, choćby znalazł się gdzieś tam w puszczy nad Amazonką, może się modlić za wszystkich ludzi, bo w Bogu ma do nich dostęp. Bóg mu tego nie skąpi. Kameduła zamknięty kilkadziesiąt lat za murami, który siedzi i tylko się modli, ma kontakt ze wszystkimi i wszystkim służy.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl