„co on z tego zrozumie?"

MARTA WIELEK
Świąteczne popołudnie. Synowie pani Anny, Robert i Daniel, pojechali właśnie do Krakowa na imieniny swojego kolegi Michała. Mama odprowadziła ich na autobus. Wieczorem odbierze ich tata. Robert ma 42 lata, Daniel jest o dziesięć lat młodszy. Nie umieją pisać ani nie znają się na zegarze, trochę czytają, liczą z wielkim trudem. To nie przeszkadza im zarabiać na siebie, robić zakupy, poruszać się sprawnie miejską komunikacją. Dawano im jednak czasem odczuć, że ich obecność jest niepożądana. Na przykład w kościele


Po Robercie i Danielu właściwie nie | widać choroby. Ich niepełnosprawność intelektualna jest nieznaczna. Winny jest chyba konflikt serologiczny. Mieszkają z rodzicami w jednej z podkrakowskich wsi. Na miarę swoich możliwości pomagają w gospodarstwie. Przez pięć lat „prowadzili" też działalność gospodarczą- produkowali znicze. Firmę założyła dla nich mama, aby chłopcy mogli zapracować na rentę. Obydwaj ciężko pracowali przy produkcji, a potem razem z mamą rozwozili towar po całej Polsce.

Robert codziennie robi zakupy, przygotowuje sobie śniadanie i jeździ na zajęcia do krakowskiego ośrodka Caritasu. Uwielbia słuchać muzyki; ma sporą kolekcję płyt, które sam sobie kupuje. Daniel jest bardziej zamknięty w sobie, stroni od ludzi, bo do niedawna całe dnie spędzał wyłącznie z mamą. „Chodził tylko krok w krok za mną albo od okna do okna, bo nikt tu, we wsi, z nimi nie rozmawia" - tłumaczy pani Anna. Daniel od miesiąca uczęszcza na warsztaty terapii zajęciowej, ale bardzo tego nie lubi, bo rozmowa z ludźmi dużo go kosztuje. „Kiedy byli mali - wspomina pani Anna - każdy z nich chodził na religię wspólnie ze swoimi rówieśnikami. Bardzo się bałam, że nie dopuszczą ich do Pierwszej Komunii, bo nauka szła im kiepsko. Ale ksiądz, który ich przygotowywał, był wspaniały. Cały czas mnie uspokajał, że to nie o to chodzi". Do Pierwszej Komunii chłopcy poszli więc razem z innymi dziećmi. Okazało się jednak, że to był dopiero początek kłopotów. Na przykład spowiedź... W kościele parafialnym na wyznaczone godziny przychodzi wiele osób. Ksiądz spowiada szybko. Stuk, stuk i następny. Robert nie dałby sobie rady. Mama prosiła o spowiedź dla niego w jakimś innym czasie. Młody wikary zaproponował niedzielną sumę. „Nie poszliśmy - wzdycha pani Anna. - Przecież to byłby cyrk. Już i tak wszyscy na nas patrzyli, jak tylko wchodziliśmy do kościoła". Robert jest otyły, ma chore nogi, stale obandażowane. W kościele przez cały czas musi siedzieć. Niby nikt nic nie mówił, ale chłopcy czuli na sobie spojrzenia i bardzo nie chcieli chodzić do kościoła. Po pewnym czasie rodzice znaleźli wreszcie parafię, w której synowie poczuli się dobrze. „Teraz to Robert ciągnie mnie za rękę i mówi: »Chodźmy do kościółka«"- śmieje się Anna.

bardzo przykro

„Po co? Co ona z tego zrozumie?" - usłyszała pani Małgosia, gdy przyszła do księdza z prośbą, aby przygotował jej córkę, Asię, do Pierwszej Komunii. Zabolało. Bardzo. „Skąd on może wiedzieć, co moje dziecko rozumie i przeżywa?". Asia ma 28 lat, choruje na padaczkę i jest lekko upośledzona umysłowo.

Niemal każde niepełnosprawne intelektualnie dziecko ma za sobą podobne bolesne przeżycia. Grześ urodził się z porażeniem mózgowym. Był już po Pierwszej Komunii, gdy rodzice zabrali go na obóz dla osób niepełnosprawnych do Szczawy. W niedzielę kleryk, który opiekował się Grzesiem, zabrał go na Mszę św. do miejscowego kościoła. Gdy podszedł z nim do Komunii, ksiądz odmówił udzielenia jej chłopcu. Kleryk przekonywał go, że ten już od pewnego czasu przyjmuje Pana Jezusa, ale ksiądz nadal się wahał. Przed ołtarzem w obecności wszystkich parafian toczyła się dyskusja. W końcu ksiądz ustąpił. Zdarzyło się to kilkanaście lat temu, ale mama Grzesia dziś jeszcze opowiada o tym ze ściśniętym gardłem: „Dobrze, że mnie tam nie było, bo nie wiem, jak bym się zachowała".

Piotruś nie mówi, chodzi z trudem, wydaje się nieobecny, ale uśmiecha się, kiedy mama głaszcze go po twarzy. Stale zgrzyta zębami, czasem głośno wzdycha. To chyba przeszkadzało pewnemu księdzu w Świnoujściu. Rodzice zabrali tam Piotrusia na wakacje. Podczas niedzielnej Mszy św. ksiądz przerwał kazanie i nakazał rodzicom wyprowadzić dziecko. Wyszli, a wraz z nimi kilkanaścioro innych osób. Piotruś zrozumiał, co się stało, zamilkł i rozpłakał się. „Ja to nawet rozumiem tego księdza - mówi pani Maria, mama Piotra. - Przygotował piękne płomienne kazanie i nie mógł skupić się przez mojego syna. No to się zdenerwował. Nie mam do niego żalu". Piotruś jednak do kościoła nie chodzi. Nie z powodu księdza. Z powodu pobożnych wiernych, którym ciągle przeszkadzała jego obecność. „To nie jest przedszkole" - usłyszeli niejeden raz od parafian jego rodzice.

Ania jest mamą dwóch Wojtków. Starszy ma dzisiaj 22 lata, młodszy - 20. Adoptowała ich dziewięć lat temu. Obydwaj są osobami z głęboką niepełnosprawnością. Nie mówią. Starszy dotknięty jest autyzmem, młodszy ma zespół Downa. „Jest mi bardzo przykro, gdy ktoś zwraca uwagę, że moje dziecko nie powinno być w kościele, albo kiedy słyszę od księdza, że nie udzieli mu Komunii - mówi ich mama. - Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Nie mnie to oceniać. Wiem natomiast, jaki to jest ból dla moich dzieci". Chore dzieci prawie zawsze w jakiś sposób reagują w takich sytuacjach: płaczem, gniewem, lękiem, zamknięciem się w sobie...

wiara i światło

Takie bolesne doświadczenie stało się też udziałem Kamili i Gerarda Profit. Czterdzieści lat temu, we Francji zgłosili się wraz ze swoimi dwoma głęboko upośledzonymi synami, Tadeuszem i Łukaszem, na parafialną pielgrzymkę do Lourdes. Dowiedzieli się, że ich dzieci będą tylko „przeszkodą" i „ciężarem", zresztą nie warto ich zabierać, bo i tak nic nie zrozumieją. Rodzice postanowili więc udać się do Lourdes prywatnie. Niestety zarówno w drodze, jak i na miejscu spotykali osoby, które przekonywały ich, że z „takimi" dziećmi nie należy się pokazywać wśród ludzi. W hotelu usłyszeli, że nie mogąjeść posiłków ze wszystkimi w sali restauracyjnej. Na ulicach i w grocie mówiono im: „Jak się ma takie dzieci, to się je trzyma w domu". O ich przeżyciach dowiedział się Jean Vanier, który zakładał wówczas domy całodziennego pobytu dla osób niepełnosprawnych, nazywane Arkami. Zaczął przygotowania do międzynarodowej pielgrzymki osób niepełnosprawnych. Trwało to trzy lata, bo wymagało zapewnienia kwater, opieki medycznej, pielęgnacyjnej i duchowej dla kilku tysięcy osób. Na Wielkanoc 1971 r. w Lourdes, przy grocie Matki Bożej, zebrało się 12 tysięcy osób, w tym 4 tysiące niepełnosprawnych. Przybyli tam z 15 krajów. Przez trzy dni pobytu pielgrzymów w Lourdes mieszkańcy, którzy początkowo spuszczali rolety w oknach swoich sklepów, oswoili się z przybyszami i zaakceptowali ich obecność. Po powrocie Jean Vanier i jego współpracownicy zaproponowali, by uczestnicy pielgrzymki stworzyli wspólnoty skupiające niepełnosprawnych umysłowo i fizycznie, ich rodziny i przyjaciół. Tak zaczęły się zawiązywać pierwsze wspólnoty ruchu „Wiara i Światło". Z biegiem lat na całym świecie powstawały nowe wspólnoty w różnych środowiskach i wyznaniach chrześcijańskich. Dzisiaj ruch ten jest obecny w 70 krajach na 5 kontynentach. W Polsce jest ok. 160 takich grup.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl