gdzie jest Bóg?

ANDRZEJ KAMIŃSKI OP
Jeżeli zbliżamy się do Pana Boga, jeżeli idziemy w Jego kierunku, to dlatego, że On nas ku Sobie pociąga. Wyczuwamy Jego obecność, niejako słyszymy Jego głos i dlatego idziemy - raz szybciej, raz wolniej, ale idziemy. Zdarzają się jednak takie sytuacje, które, pozornie nas od Boga oddalają, a w rzeczywistości popychają nas w Jego kierunku wyjątkowo mocno. Co to za sytuacje? Jedni mówią, że są to sytuacje graniczne, inni nazywają je doświadczeniami traumatycznymi, traumami. Nie wchodząc w szczegółowe rozróżnienia miedzy tymi doświadczeniami, uznajmy, że chodzi o takie chwile, kiedy trudności życiowe czy sytuacje w jakich się znaleźliśmy (często niespodziewanie) zdają się przekraczać naszą ludzką miarę. Wydają się nie do zniesienia, nie do „przeżycia". A jednak, mimo że nie od razu to dostrzegamy, są one naszą szansą na wewnętrzną, duchową dojrzałość


Co ciekawe, istnieje sporo różnych publikacji na temat, jak radzić sobie z traumatycznymi doświadczeniami z naszej przeszłości, szczególnie z dzieciństwa, ale niewiele jest takich, które podpowiadają, jak przygotować się do tych, które może kiedyś nadejdą, albo jak przeżywać te, których właśnie doświadczamy. Być może jest tak dlatego, że nie jesteśmy w stanie opracować strategii przeżywania cierpienia. Najgorsze jednak, co możemy zrobić, to bać się tego, co nastąpi. Jest takie powiedzenie, że najbardziej boli bicz, który jeszcze nie uderzył. Jeśli zaczynamy się bać cierpienia czy trudności, które kiedyś mogą stać się naszym udziałem, to znaczy, że powinniśmy każdego dnia bardziej troszczyć się o większe zaufanie Panu Bogu.

mnie boli, a Pan Bóg milczy

Pierwszą reakcją na traumatyczną sytuację jest ból, nie tylko fizyczny, ale psychiczny i duchowy. On powoduje, że czasem wydaje nam się, że to, co się dzieje, nas przerasta, że nie jesteśmy w stanie tego przeżyć. Pojawia się pokusa, by się jakoś znieczulić albo zrobić unik, na widok zbliżającej się trudności. Często, aby nie myśleć o tym, co się wydarzyło czy ciągle się na naszych oczach dzieje, uciekamy w aktywność, na przykład zajmujemy się intensywnie sportem, poświęcamy cały czas i energię na pracę zawodową, angażujemy się w działalność społeczną. Są tacy, którzy wybierają jeszcze inną drogę. Mówią: „Nie, to się nie stało, tego nie było" - wypierając ze świadomości zbyt bolesne doświadczenia. Jeśli zatrzymają się na tym etapie, przegrają życie - trwanie w iluzji do niczego nie prowadzi. Trzeba sobie pozwolić na ból. Trzeba przyznać się przed sobą, że to boli, że czuję gniew, że nie godzę się na to, co mnie spotkało.

Wiele osób pyta w takich momentach: „A gdzie jest Pan Bóg? Jak mam się do Niego zwracać, kiedy ból odbiera mi siły? Dlaczego On wciąż milczy?". Od razu zaznaczam, że nie proponuję wtedy i nie zachęcam do wyznań typu: „Panie Boże, dziękuję Ci za to, że tak bardzo cierpię". Być może przyjdzie taki moment w życiu, że podziękujemy Panu Bogu za to trudne doświadczenie, ale na tym etapie, w sposób naturalny pojawi się raczej bunt przeciwko Panu Bogu niż dziękczynienie. I na ten bunt trzeba sobie pozwolić. On jest etapem naszej przemiany. Gdy umiera mi ktoś bliski, mam prawo wykrzyczeć Bogu: „Mam do Ciebie żal, bo zabrałeś kogoś, kogo bardzo potrzebuję!". Jeżeli wsłucham się uważnie w zawartą w tych słowach pretensję, być może usłyszę swój egoizm, bo moja strata wydaje się ważniejsza od osoby, która odeszła. Taki krzyk może mi uświadomić, że w swej miłości do tej osoby zatrzymałem się na sobie. Każda miłość potrzebuje oczyszczenia się i paradoksalnie może się okazać, że mój żal i bunt pomógł mi pokochać tę osobę jeszcze bardziej.

widzieć jak widzi Bóg

Gdy dopadają mnie takie trudne doświadczenia, idę do kaplicy i wołam: „Wiem, że tu jesteś, więc mi pomóż! Musisz mi pomóc. Nie możesz mi odmówić". Ten krzyk to moje wyznanie wiary. Jestem przekonany, że jeżeli człowiek staje przed Bogiem i mówi Mu co czuje, to nie może Go obrażać, nawet jeśli wypowiada ostre zdania. Bóg wszystko widzi i ma dużo cierpliwości, słyszy nie konkretne słowa, ale to, co się za nimi kryje - słyszy wołanie, widzi bezradność i cierpienie. W wołaniu o pomoc, nawet niezbyt uprzejmym, nawet bardzo natarczywym, nie może być przecież żadnego grzechu.

Kiedyś spowiadałem osobę, która cały czas narzekała na Pana Boga. Wydawać by się mogło, że bardzo Go nie lubi. Ale ja, słuchając jej, czułem, że ona tylko wypowiada swój ból. Nie umiałem jej na ten ból odpowiedzieć, starałem się jedynie patrzeć na nią, tak jak patrzy na nią Pan Bóg (jakkolwiek dziwnie to brzmi) i wsłuchać się w jej cierpienie. Czasem trzeba się wykrzyczeć, choćby po to, żeby opadły emocje i możliwe stało się nazwanie tego, czego doświadczyliśmy.

Nazwanie doświadczenia powoduje, że możliwa także staje się akceptacja własnej słabości. Przestajemy też wreszcie szukać winnych naszego cierpienia. Bo na początku wszystkich traumatycznych doświadczeń niemal każdy z nas ma tendencję do obwiniania innych. To naturalna reakcja obronna, ale jeśli pozostanie w nas na dłużej, to nas zniszczy. W ogóle zatrzymanie się na dłużej na którymkolwiek z początkowym etapów przeżywania traumatycznych doświadczeń, czy to na buncie, czy to na obwinianiu, czy na nieustannym żalu, sprawi, że nie uporamy się z tym doświadczeniem, nie przekroczymy siebie w dążeniu do Boga, nie dojrzejemy w miłości do Niego. Z doświadczeń granicznych, ze wszystkich naszych traum zawsze wychodzimy w jakimś wymiarze okaleczeni. Ale też w jakimś wymiarze wzmocnieni. Popatrzmy na kulawego Jakuba po walce z Bogiem. Ile w nim jest mądrości i siły. Ojcowie Pustyni uważają, że jeśli człowiek nie napotyka trudności, to również się nie rozwija i nie zdobywa wiedzy o sobie. Może sobie do końca życia wyobrażać, że jest odważny, sprawiedliwy, cierpliwy. I tak umrzeć, bez rzeczywistej wiedzy o sobie, bez rozwoju, który niesie ze sobą mądrość.

czy możesz oddać to co najbardziej kochasz?

Pewna mniszka prawosławna żaliła się starcowi Makaremu Optyńskiemu, że wybór nowej przełożonej wywołał wielki zamęt w jej klasztorze, przez który nowo mianowana bardzo ucierpiała. Makary najpierw wyraził współczucie, a zaraz potem pouczył mniszkę: „Czy myślisz, że to wszystko działo się bez przyzwolenia Bożego? Bóg w swej mądrości urządził to tak, aby ogniem cierpienia i bólu wypalić ciernie namiętności przełożonej i przygotować ją do pełnienia trudnej funkcji. Aby, doświadczywszy swojej ograniczoności, uciekała się do Boga, a nie próbowała o własnych siłach rozwiązywać trudne sprawy wspólnoty". Makary w swym pouczeniu odwołał się do postaci biblijnych - Józefa, którego bracia sprzedali do Egiptu, i Mojżesza. Obu Bóg uczynił przywódcami narodu, ale wcześniej mocno ich doświadczył. Trudne zdarzenia miały ich, podobnie jak tę nową przełożoną, oczyścić, sprawdzić ich zaufanie do Boga i przez to lepiej przygotować do powierzonego zadania.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl