opowieść
o Regi – sierocie
JOLANTA SZULKOWSKA
Kilka lat temu, po traumie wywołanej serią wypadków losowych, rozpoczęłam psychoterapię. Temat dzieciństwa powracał nieustannie. Tak się bowiem złożyło, że przyczyny niemal wszystkich moich ważniejszych problemów tkwiły mniej lub bardziej w dzieciństwie. Prawdziwą, wielką, trwającą wiele miesięcy podróż w głąb siebie - gdzieś aż tam, gdzie świadome graniczy z nieświadomym - odbyłam jednak tylko raz. Dotyczyła ona moich relacji z matką, widzianych przez pryzmat jej sieroctwa, i była moim własnym, podpowiedzianym mi przez intuicję pomysłem. Ta podróż w głąb oznaczała pierwsze prawdziwe spotkanie z „podziemnym dzieckiem" - twarzą w twarz
Prawdziwe spotkanie z własnym dzieciństwem to trudna, pełna gwałtownych zakrętów i karkołomnych spadków podróż w głąb siebie, samotna, ale i niezwykła. Jej celem nie jest sentymentalne spotkanie z sobą sprzed lat, lecz emocjonalna i duchowa konfrontacja, katharsis, pojmowane tak, jak je prawdopodobnie pojmował Arystoteles, czyli jako klaryfikacja - oczyszczenie z przeszkód1. Chodzi zatem o rozumienie jasne, bez przeszkód, a właśnie takie rozumienie jest, moim zdaniem, głównym celem owej podróży w głąb, którą nazywam odkrywaniem dzieciństwa. W gruncie rzeczy wybieramy się tam po prawdę o sobie, o naszym dzieciństwie, o wpływie tego fenomenu na kształtowanie się naszej osobowości, nastawienia do życia, podstawowego systemu wartości, naszych relacji z innymi ludźmi i stosunku do samego siebie. Nie jest to zatem jakaś, taka sobie, prawda, lecz prawda, która stawia przed nami bardzo konkretne i zarazem trudne do spełnienia wymagania. Przede wszystkim musimy zaakceptować pewne fakty: po pierwsze, że nie jest to prawda w pełni osiągalna i do końca rozpoznawalna; po drugie, że jest to prawda, która ma nas uleczyć z pewnych złudzeń i wyobrażeń na swój własny temat, a prawda, która leczy, zawsze najpierw boli.
Być może „podziemne dziecko" nigdy by we mnie nie powstało, gdyby nie dwie największe tajemnice mojego dzieciństwa. Początki obu tych dziecięcych sekretów moja pamięć lokuje gdzieś między 5. a 6. rokiem życia (pomiędzy jednym a drugim mógł być najwyżej rok różnicy), czyli ok. 1953,1954 r. Jednym z nich była „sierota Regi", drugim - Bóg, moja dziecięca wiara, przez kilka lat przeżywana w wielkiej tajemnicy, poza miejscami kultu, bez kapłanów, w ogóle poza jakąkolwiek, choćby najmniejszą wspólnotą i w absolutnej samotności. Byłam wierzącym dzieckiem niewierzących rodziców, w tamtym czasie zagorzałych ateistów, działaczy i pracowników aparatu partyjnego małego miasteczka na Pomorzu. Gdy miałam nie więcej niż 5 lat, odkryłam zupełnie przypadkiem, że jako jedyna spośród mojego rodzeństwa zostałam ochrzczona. Fakt ten próbowano przede mną zataić. Ta wielka dziecięca tajemnica, od samego początku spychana na jakieś emocjonalne głębie - zapewne te same, z których potem wyłonił się cały mój „podziemny świat" - miała swoje psychologiczne konsekwencje. Przede wszystkim oddalała mnie od reszty rodzeństwa: zawsze kiedy, będąc razem z nimi, nagle przypominałam sobie o „swoim" Bogu, czułam się nie tylko oszustem, ale wręcz kimś z innego świata. Czułam się nie tylko inna, ale i obca, i w jakim sensie „odrzucona". Jeszcze większe emocjonalne i duchowe katusze przeżywałam, gdy pomyślałam o swoim ojcu. Bardzo go kochałam i podziwiałam, ale bałam się go, jego nieugiętej, bezkompromisowej, ateistycznej postawy. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jego zdziwienia, rozpaczy i gniewu, a tym bardziej kary, jaka na mnie spadnie, kiedy dowie się o „moim" Bogu… Musiało być jednak we mnie - posłusznym raczej dziecku - coś, co nakazywało mi przekraczać własny strach, jakaś intuicja, która mi podpowiadała, co jest dla mnie dobre, nawet gdy wszyscy dokoła twierdzili inaczej. Nie wiem, jak była możliwa, i to przez kilka lat, niezwykła wewnętrzna współpraca obu istot - „opozycjonisty" i dziecka jawnego. Dzięki temu mogłam żyć w obu światach: wierzących i niewierzących, nie popadając w jakąś paranoję czy „chorobę duszy". Jedyne, co mogę dzisiaj na ten temat powiedzieć, to tylko to, że to porozumienie odbywało się na tak głębokim poziomie emocjonalnym, i zapewne także duchowym, że przekraczał on i nadal przekracza możliwość czysto racjonalnego wyjaśnienia, nie zostawiając przy tym miejsca na wątpienie.
Gdy skończyłam 9 lat, w moim życiu zaczął się nowy ważny etap: odkrywanie systemu wartości etyczno-moralnych. Ten, który mi zaproponowano, zderzył się z moim „podziemnym światem". Stało się to przyczyną niezwykle dramatycznego rozdarcia i powstałych na tym tle zaburzeń emocjonalnych, których nie waham się nazwać traumą. Stanęłam bowiem wobec konieczności wyboru pomiędzy pewnymi istotnymi wartościami, a wybór ten, w jakąkolwiek stronę bym się nie zwróciła, wydawał mi się wyborem tragicznym…
Opowiedzenie o tym wszystkim nie jest w tej chwili możliwe, ponieważ żeby taka opowieść w ogóle powstała i żeby była to opowieść prawdziwa i uzdrawiająca, muszę najpierw odbyć kolejną podróż w głąb siebie; po raz kolejny odnaleźć w sobie „podziemne dziecko", które wciąż gdzieś tam we mnie chlipie z poczucia winy i zdrady wobec taty i nie tylko wobec niego. Muszę też odbyć ją po to, by odnaleźć w sobie jeszcze jednego Ojca mojego dzieciństwa i obu ich ze sobą w sobie pogodzić…
Mama we wszystkich swych wspomnieniach mocno idealizowała swoją matkę, a jej przedśmiertny czyn uważała za dowód wielkiej macierzyńskiej miłości, zwłaszcza do swojej starszej córeczki. Ja jednak zupełnie nie mogłam tego przyjąć i zaakceptować. Zachowanie babki było dla mnie szokujące, obalało moje wyobrażenie na temat miłości matki do dziecka. Burzyło mój porządek świata i zabierało mi podstawową gwarancję bezpieczeństwa. Przerażał mnie czyn babki, ale także to, że mama nie widziała w nim niczego złego. Był to początek mojego silnego wewnętrznego konfliktu z matką, który podkopywał moje zaufanie do niej i wpędzał mnie w poczucie winy (winę budziło przeciwstawienie się matce). Dzisiaj mogę już powiedzieć, że narodziny w moim wewnętrznym świecie sieroty Regi - potężnego emocjonalnego symbolu mojego dzieciństwa - oznaczały dla mnie jednocześnie utratę matki takiej, do jakiej przywykłam. Osobowość mamy niejako rozpadła się w moich oczach na dwie. Jedną z nich, tę, którą w moim dziecięcym odczuciu zrodził moment śmierci jej matki, a potem ukształtowało jej „straszne" sieroctwo, z czasem nazwałam sierotą Regi.
Za ten rozpad osobowości matki, w znacznej mierze odpowiedzialna była także opowieść o powtórnym ślubie mojego dziadka, ojca Reginki i Baśki. Ten zagubiony młody mężczyzna, nie mogąc po śmierci żony dojść do siebie, zaledwie minął szósty tydzień żałoby pod naciskami rodziny, dla „dobra dzieci", ożenił się z przyjaciółką zmarłej żony. Dla małej Reginki dzień ślubu ojca był dniem faktycznej jego utraty - nawet ja, słuchając opowieści mamy, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Reginka bowiem nie tylko nie pogodziła się ze stratą matki, ale w głębi duszy w ogóle nie uwierzyła w jej śmierć. Nic nie pomogły opowieści o aniołkach i dobrej Bozi - dziewczynka w skrytości ducha ciągle czekała na cud. Kiedy więc kazano jej, pięknie wystrojonej, w dzień ślubu ojca podawać nowożeńcom obrączki, z wściekłością rzuciła im je pod nogi. Ojciec, który raczej nie bił dzieci, tym razem zbił ją rózgą. Dziewczynka odebrała to jako zdradę i odrzucenie nie tylko jej ukochanej matki, ale i jej samej. W odpowiedzi uciekła z domu, na grób matki, dokonując w ten sposób - w sensie symbolicznym, chociaż jako małe dziecko odbierała to pewnie jako fakt realny - najbardziej w swoim życiu tragicznego wyboru: był to gest lojalności, wierności i pełnego podporządkowania się, wręcz poddania się zmarłej matce…
Ta scena stała się jakby kulminacyjnym punktem rozwijającego się we mnie mitu o sierocie Regi. Co więcej, wyobrażałam sobie, że zmarła matka przyjęła ten dar nieszczęsnego dziecka i w zamian dała mu „coś" od siebie, i że Regi od tej pory wypełniała tu, na ziemi, jakąś jej wolę. Podtrzymywały mnie w tym mniemaniu opowieści samej mamy, a także ciotki Barbary, np. o tym, jak to Regi straszyła swoją młodszą siostrę zmarłą matką i jak jej przypominała, że to właśnie ją, Baśkę, matka odrzuciła na łożu śmierci.
- fragment
„podziemne dziecko"
Mówiąc o swoim odkrywaniu dzieciństwa w ramach psychoterapii, mam na myśli jego odkrywanie świadome - byłam wtedy kobietą w wieku dojrzałym i miałam dorosłe dzieci. Tymczasem przez całe życie towarzyszyło mi poznanie intuicyjne: silne przeczucie ukrytej we mnie jakiejś istotnej prawdy o dzieciństwie (nie tylko moim), wyczuwanej już w czasach, gdy sama byłam dzieckiem. Odkrywałam w sobie „podziemny świat" - pewien obszar mojego dziecięcego świata wewnętrznego, który z paru ważnych powodów musiał pozostać głęboko we mnie ukryty. Razem z nim musiało się ukrywać pewne dziecko, ważna część mnie samej, paradoksalnie właśnie ta, w której dziś odkrywam najbardziej zdrowe, naturalne i pierwotne korzenie swojej osobowości. Wtedy jednak „podziemne dziecko" było dla mnie wielkim psychicznym ciężarem, niewyczerpanym źródłem lęków, poczucia winy i dręczącego mnie bez przerwy poczucia zdrady. „Podziemne dziecko" - tak jak je widzę dzisiaj - było uosobieniem tych wszystkich moich uczuć, myśli i poglądów, co do których czułam, że pod żadnym pozorem nie wolno mi ich ujawnić. Przede wszystkim, chociaż nie tylko, uosabiało ono niektóre aspekty moich relacji z ojcem i matką, powstałe na bazie dziecięcych „wielkich sekretów" i tajemnic.Być może „podziemne dziecko" nigdy by we mnie nie powstało, gdyby nie dwie największe tajemnice mojego dzieciństwa. Początki obu tych dziecięcych sekretów moja pamięć lokuje gdzieś między 5. a 6. rokiem życia (pomiędzy jednym a drugim mógł być najwyżej rok różnicy), czyli ok. 1953,1954 r. Jednym z nich była „sierota Regi", drugim - Bóg, moja dziecięca wiara, przez kilka lat przeżywana w wielkiej tajemnicy, poza miejscami kultu, bez kapłanów, w ogóle poza jakąkolwiek, choćby najmniejszą wspólnotą i w absolutnej samotności. Byłam wierzącym dzieckiem niewierzących rodziców, w tamtym czasie zagorzałych ateistów, działaczy i pracowników aparatu partyjnego małego miasteczka na Pomorzu. Gdy miałam nie więcej niż 5 lat, odkryłam zupełnie przypadkiem, że jako jedyna spośród mojego rodzeństwa zostałam ochrzczona. Fakt ten próbowano przede mną zataić. Ta wielka dziecięca tajemnica, od samego początku spychana na jakieś emocjonalne głębie - zapewne te same, z których potem wyłonił się cały mój „podziemny świat" - miała swoje psychologiczne konsekwencje. Przede wszystkim oddalała mnie od reszty rodzeństwa: zawsze kiedy, będąc razem z nimi, nagle przypominałam sobie o „swoim" Bogu, czułam się nie tylko oszustem, ale wręcz kimś z innego świata. Czułam się nie tylko inna, ale i obca, i w jakim sensie „odrzucona". Jeszcze większe emocjonalne i duchowe katusze przeżywałam, gdy pomyślałam o swoim ojcu. Bardzo go kochałam i podziwiałam, ale bałam się go, jego nieugiętej, bezkompromisowej, ateistycznej postawy. Nie potrafiłam sobie wyobrazić jego zdziwienia, rozpaczy i gniewu, a tym bardziej kary, jaka na mnie spadnie, kiedy dowie się o „moim" Bogu… Musiało być jednak we mnie - posłusznym raczej dziecku - coś, co nakazywało mi przekraczać własny strach, jakaś intuicja, która mi podpowiadała, co jest dla mnie dobre, nawet gdy wszyscy dokoła twierdzili inaczej. Nie wiem, jak była możliwa, i to przez kilka lat, niezwykła wewnętrzna współpraca obu istot - „opozycjonisty" i dziecka jawnego. Dzięki temu mogłam żyć w obu światach: wierzących i niewierzących, nie popadając w jakąś paranoję czy „chorobę duszy". Jedyne, co mogę dzisiaj na ten temat powiedzieć, to tylko to, że to porozumienie odbywało się na tak głębokim poziomie emocjonalnym, i zapewne także duchowym, że przekraczał on i nadal przekracza możliwość czysto racjonalnego wyjaśnienia, nie zostawiając przy tym miejsca na wątpienie.
Gdy skończyłam 9 lat, w moim życiu zaczął się nowy ważny etap: odkrywanie systemu wartości etyczno-moralnych. Ten, który mi zaproponowano, zderzył się z moim „podziemnym światem". Stało się to przyczyną niezwykle dramatycznego rozdarcia i powstałych na tym tle zaburzeń emocjonalnych, których nie waham się nazwać traumą. Stanęłam bowiem wobec konieczności wyboru pomiędzy pewnymi istotnymi wartościami, a wybór ten, w jakąkolwiek stronę bym się nie zwróciła, wydawał mi się wyborem tragicznym…
Opowiedzenie o tym wszystkim nie jest w tej chwili możliwe, ponieważ żeby taka opowieść w ogóle powstała i żeby była to opowieść prawdziwa i uzdrawiająca, muszę najpierw odbyć kolejną podróż w głąb siebie; po raz kolejny odnaleźć w sobie „podziemne dziecko", które wciąż gdzieś tam we mnie chlipie z poczucia winy i zdrady wobec taty i nie tylko wobec niego. Muszę też odbyć ją po to, by odnaleźć w sobie jeszcze jednego Ojca mojego dzieciństwa i obu ich ze sobą w sobie pogodzić…
Regi
Drugą wielką tajemnicą „podziemnego dziecka" była sierota Regi. Mówiąc najogólniej, była to personifikacja pewnych cech osobowości mojej matki postrzeganych przez pryzmat jej sieroctwa; personifikacja, którą jednak przez wiele lat odbierałam jako postać realną i prawdziwą- „siedzącą" w mamie sierotę. Regi narodziła się w świecie moich emocji nagle (z początku nie miała imienia), na zasadzie emocjonalnego szoku, w chwili, gdy od mojej matki Reginy usłyszałam o niezwykle drastycznych okolicznościach, w jakich nagle przerwane zostało jej dzieciństwo. Opowieść dotyczyła ostatnich chwil życia mojej babki, matki mamy, młodej i zawsze dotąd zdrowej kobiety, którą zabiła pierwsza w jej życiu grypa. Nieprzygotowana na to zupełnie kobieta, matka dwóch małych dziewczynek: sześcioletniej Reginki i kilkumiesięcznej Baśki, nie umiała pogodzić się ze swoim losem. Przede wszystkim nie chciała zostawić dzieci i aby oszczędzić im ciężkiego i upokarzającego losu sierot, w malignie chciała je pozabijać i „zabrać" ze sobą. Najpierw próbowała udusić moją mamę, a konając, rzuciła szklanką w śpiącą w kołysce maleńką Basię i - co szczególnie zapamiętała moja mama - wypowiedziała słowa, które mała Reginka odebrała jak przepowiednię: kiedy Baśka dorośnie, ściągnie na starszą siostrę same nieszczęścia. Przerażona sześciolatka, nierozumiejąca nawet, co to znaczy, że jej mama umiera, najprawdopodobniej doznała wtedy silnego psychicznego urazu, który pozostawił w niej wiecznie jątrzącą się ranę. Przez całe swoje życie mama patrzyła na siostrę przez pryzmat tamtego doświadczenia. Kiedy usłyszałam po raz pierwszy tę historię - a miałam wówczas mniej więcej tyle samo lat, co ona w chwili śmierci swojej matki - potraktowałam ją niczym baśń. Wydawało mi się, że za pośrednictwem mojej konającej babki śmierć rzuciła na jej dzieci „zły czar", który zapadł w serce Reginki i utknął tam niczym okruch z rozbitego nad jej światem krzywego zwierciadła. Moja własna interpretacja stała się początkiem dziecięcego mitu o „strasznej" śmierci, która ukarała moją babkę i jej dzieci za to, że ta nie chciała uznać jej władzy i potęgi. Mit ten rozwijał się potem we mnie i sterował od wewnątrz moimi myślami i zachowaniami. Od początku był spychany, i to z wyraźnym udziałem świadomości, w obszary „świata podziemnego".Mama we wszystkich swych wspomnieniach mocno idealizowała swoją matkę, a jej przedśmiertny czyn uważała za dowód wielkiej macierzyńskiej miłości, zwłaszcza do swojej starszej córeczki. Ja jednak zupełnie nie mogłam tego przyjąć i zaakceptować. Zachowanie babki było dla mnie szokujące, obalało moje wyobrażenie na temat miłości matki do dziecka. Burzyło mój porządek świata i zabierało mi podstawową gwarancję bezpieczeństwa. Przerażał mnie czyn babki, ale także to, że mama nie widziała w nim niczego złego. Był to początek mojego silnego wewnętrznego konfliktu z matką, który podkopywał moje zaufanie do niej i wpędzał mnie w poczucie winy (winę budziło przeciwstawienie się matce). Dzisiaj mogę już powiedzieć, że narodziny w moim wewnętrznym świecie sieroty Regi - potężnego emocjonalnego symbolu mojego dzieciństwa - oznaczały dla mnie jednocześnie utratę matki takiej, do jakiej przywykłam. Osobowość mamy niejako rozpadła się w moich oczach na dwie. Jedną z nich, tę, którą w moim dziecięcym odczuciu zrodził moment śmierci jej matki, a potem ukształtowało jej „straszne" sieroctwo, z czasem nazwałam sierotą Regi.
Za ten rozpad osobowości matki, w znacznej mierze odpowiedzialna była także opowieść o powtórnym ślubie mojego dziadka, ojca Reginki i Baśki. Ten zagubiony młody mężczyzna, nie mogąc po śmierci żony dojść do siebie, zaledwie minął szósty tydzień żałoby pod naciskami rodziny, dla „dobra dzieci", ożenił się z przyjaciółką zmarłej żony. Dla małej Reginki dzień ślubu ojca był dniem faktycznej jego utraty - nawet ja, słuchając opowieści mamy, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości. Reginka bowiem nie tylko nie pogodziła się ze stratą matki, ale w głębi duszy w ogóle nie uwierzyła w jej śmierć. Nic nie pomogły opowieści o aniołkach i dobrej Bozi - dziewczynka w skrytości ducha ciągle czekała na cud. Kiedy więc kazano jej, pięknie wystrojonej, w dzień ślubu ojca podawać nowożeńcom obrączki, z wściekłością rzuciła im je pod nogi. Ojciec, który raczej nie bił dzieci, tym razem zbił ją rózgą. Dziewczynka odebrała to jako zdradę i odrzucenie nie tylko jej ukochanej matki, ale i jej samej. W odpowiedzi uciekła z domu, na grób matki, dokonując w ten sposób - w sensie symbolicznym, chociaż jako małe dziecko odbierała to pewnie jako fakt realny - najbardziej w swoim życiu tragicznego wyboru: był to gest lojalności, wierności i pełnego podporządkowania się, wręcz poddania się zmarłej matce…
Ta scena stała się jakby kulminacyjnym punktem rozwijającego się we mnie mitu o sierocie Regi. Co więcej, wyobrażałam sobie, że zmarła matka przyjęła ten dar nieszczęsnego dziecka i w zamian dała mu „coś" od siebie, i że Regi od tej pory wypełniała tu, na ziemi, jakąś jej wolę. Podtrzymywały mnie w tym mniemaniu opowieści samej mamy, a także ciotki Barbary, np. o tym, jak to Regi straszyła swoją młodszą siostrę zmarłą matką i jak jej przypominała, że to właśnie ją, Baśkę, matka odrzuciła na łożu śmierci.
- fragment



