

"niesakramentalni,
to jest ponad nasze siły, żebyśmy się rozstali"
Są takie tematy, które wydają się banalnie łatwe, oczywiste. Wszystko w nich dokładnie wiadomo, żadnych zakrętów. Wiadomo, co mówi Kościół, wiadomo, dlaczego tak mówi i tylko nie wiadomo, dlaczego wciąż uparcie nie chcemy tego przyjąć. W LIŚCIE nie lubimy takich tematów. Bliższe wydają nam się rozważania o naturze Chrystusa i relacjach w łonie Trójcy Świętej, niż np. nierozerwalność małżeństwa. Chętniej poświęcilibyśmy numer rozważaniu słówka homousios i trudnościom wewnętrznym, jakie przeżywa modlący się człowiek, niż aborcji, czy eutanazji. Poniekąd mamy rację. Poznawanie Bożych tajemnic, wgłębianie się w siebie, wcześniej czy później owocuje otwarciem na Boga, a wtedy wszelkie moralne wymagania Kościoła stają się oczywistością i niemal przestają istnieć
A jednak zdecydowaliśmy się podjąć jeden z takich „oczywistych" tematów. Nie po to, by przypomnieć zakazy i nakazy Kościoła, ale po to, by spojrzeć w serca ludzi, których problem dotyka. Niesakramentalni są wśród nas - i jest ich coraz więcej. Czasem nie wiemy, co o nich myśleć i jak się zachować. Już sama nazwa jest nieszczęśliwa, bo przecież sakramentów jest siedem, a ludzie żyjący w związkach niesakramentalnych, żyją rzeczywistością niektórych z nich, np. chrztu, czy bierzmowania. Nie są inni niż my. Pan Bóg słucha ich serc podobnie jak naszych. W szkole wiary dotykamy podobnie „oczywistego" tematu, czyli in vitro. Staramy się odejść od sztywnego języka, jakim często prawda na ten temat jest przekazywana. Nie jest to łatwe. Wszystkie „oczywiste" tematy takie jak aborcja, eutanazja, antykoncepcja, nierozerwalność małżeństwa czy in vitro domagają się nowego, niekonwencjonalnego języka opisu - inaczej wszyscy stracimy wrażliwość na te tematy i prawda o nich pozostanie tajemnicą polityków.
Wyrzucono nas z portalu Onet.pl. Pan Dyrektor wyjaśnił mi, że to dlatego, że LISTU nikt nie czyta i szkoda dla nas miejsca (mimo, że pod niektórymi naszymi artykułami można znaleźć ponad tysiąc wpisów internautów). A wszystko to było powiedziane okrągłymi, ładnymi, uprzejmymi zdaniami, ale w znaczeniu: „A po co komu takie katolickie piśmidło?".
Czytam Koheleta, żeby spojrzeć na wszystko z dystansu. Pokolenie odchodzi, pokolenie przychodzi. Szkoda, że na ogół gorsze.
ELA KONDERAK
redaktor naczelny



