nauczyć dzieci tańczyć
KRZYSZTOF POROSŁO
C.S. Lewis pisał o uczestnictwie w liturgii, używając bardzo ciekawego porównania. „Forma [sakramentu] pomaga nam w tym najbardziej - czy też po prostu najbardziej «działa» - kiedy znamy ją tak dobrze, że nie musimy o niej myśleć. Dopóki skupiasz się na krokach i musisz je liczyć, nie tańczysz naprawdę, ale dopiero uczysz się tańca. Dobry but to taki, którego w ogóle nie czujesz na stopie. (...) Nabożeństwo byłoby doskonałe, gdybyśmy byli prawie go nieświadomi; wtedy moglibyśmy skupić się jedynie na Bogu. (...) Myślenie o praktykach religijnych to nie to samo, co praktykowanie"
Ostatnimi czasy toczy się wiele burzliwych dyskusji na temat uczestnictwa dzieci w liturgii (chociażby na internetowych portalach liturgicznych). Pojawiają się pytania o to, kiedy należy zacząć przyprowadzać dzieci do kościoła: czy zabierać już niemowlęta, czy dopiero dzieci od 5. roku życia. Są też inne pytania: co dzieci rozumieją, a czego nie? czy powinny chodzić na Msze dla dzieci, czy na „normalne"? Czy pozwalać dzieciom biegać i rozmawiać w czasie Mszy, czy rygorystycznie trzymać je blisko siebie, aby nikomu nie przeszkadzały? Nie czuję się kompetentny, by na nie wszystkie wyczerpująco odpowiedzieć.
Nie mam w tej kwestii doświadczenia: ani nie wychowuję dzieci, ani nie miałem okazji pracować z nimi duszpastersko. Piszę jednak, przyjmując perspektywę chrześcijanina i teologa liturgii, czyli tego, kto próbuje wejść w głąb liturgicznej tajemnicy. Jedna z odpowiedzi, które mi się nasuwają, związana jest z porównaniem Lewisa. Jego myśl jest dla mnie kluczem do zrozumienia tego, jaki jest sens udziału dzieci w liturgii.
Do dzisiaj wspominam niezwykłe poświęcenie mojej mamy w okresie Adwentu, kiedy każdego dnia, mimo zmęczenia, wstawała o 5 (a kładła się spać bardzo późno), aby mnie i moją siostrę obudzić, przygotować nam ubrania i zaprowadzić rano do kościoła na roraty. Zawsze szliśmy z lampionami w ręku (najpiękniejszy był ten lampion, który robiłem wraz z tatą). Właśnie te proste zachowania i gesty zapamiętałem.
Najważniejsza w mojej liturgicznej formacji wieku dziecięcego była katecheza, jaką otrzymałem w domu. Rodzice pokazali mi Eucharystię jako centrum niedzieli. Do kościoła chodziliśmy zawsze przed południem, gdyż - jak mawiają moi rodzice - wtedy widać, że cały dzień jest przeżywany z Chrystusem. Cierpliwie odpowiadali na tysiące moich pytań, tłumaczyli mi gesty i słowa mszalnych modlitw. Do dzisiaj mam mszalik dla dzieci, który był w moim domu i z którego bardzo często korzystałem. Teraz stoi on obok Mszału Rzymskiego, lekcjonarzy i Liturgii Godzin. Rodzice nauczyli mnie klękać do modlitwy, składać ręce -nauczyli mnie rytualnego języka, którym mówi liturgia. I choć moja wielka pasja, fascynacja liturgią zrodziła się później, w okresie formacji w Ruchu Światło-Życie, dzisiaj widzę, że tak naprawdę zaczęło się to wszystko w rodzinnym domu.
Dzięki dzieciom uczę się też ofiarności. Ich spontaniczność wprost mnie zachwyca. To one potrafią się podzielić, przynieść do kościoła swoje słodycze, które otrzymały od św. Mikołaja i oddać je potrzebującym. To one są zdolne wstawać w czasie Adwentu każdego dnia, aby na roratach oczekiwać Bożego Narodzenia. A przecież to właśnie ofiarność jest czymś, co wprowadza w jedną z istotnych tajemnic Mszy św.
Kiedy Romano Guardini przedstawiał w książce „O duchu liturgii" swoją koncepcję liturgii jako gry, odwołał się do przykładu dziecka, którego zabawa nie ma żadnego konkretnego celu. Bawiące się dziecko wyraża siebie, swoje życie „wolnej od celowości formie ruchów i słów"2. Jest po prostu sobą, istnieje. W tym sensie zabawa jest czymś niezwykle poważnym w życiu dziecka. A czymże innym jest liturgia, jak nie ofiarowaniem w całej prawdzie o mnie swojego życia Bogu; po prostu istnieniem w Jego uświęcającej perspektywie?
- fragment
Nie mam w tej kwestii doświadczenia: ani nie wychowuję dzieci, ani nie miałem okazji pracować z nimi duszpastersko. Piszę jednak, przyjmując perspektywę chrześcijanina i teologa liturgii, czyli tego, kto próbuje wejść w głąb liturgicznej tajemnicy. Jedna z odpowiedzi, które mi się nasuwają, związana jest z porównaniem Lewisa. Jego myśl jest dla mnie kluczem do zrozumienia tego, jaki jest sens udziału dzieci w liturgii.
od wózka
W moim domu rodzinnym wspólna modlitwa, coniedzielna Eucharystia, udział w licznych nabożeństwach były czymś oczywistym. Rodzice pokazywali mi, że modlitwa i Eucharystia są absolutnym źródłem życia, równie potrzebnym jak woda i pożywienie. W niedzielnej Eucharystii uczestniczyłem „od wózka". Podobnie było z największymi uroczystościami, chociażby z Triduum Paschalnym. Od dziecka wiedziałem, że są to zupełnie wyjątkowe dni, różne od wszystkich innych. Rodzice tłumaczyli mi to swoim zachowaniem, pewnymi drobnymi gestami, a także zwyczajami domowymi, które do dzisiaj pamiętam. Od Wielkiego Piątku aż do Wigilii Paschalnej nigdy nie oglądaliśmy telewizji, nie można było włączyć komputera ani dotknąć świątecznego ciasta. Dość wcześnie rodzice wprowadzali różne formy postu, ukazywali mi jego znaczenie. Na uczestnictwo w liturgii w moim życiu nigdy nie było za wcześnie.Do dzisiaj wspominam niezwykłe poświęcenie mojej mamy w okresie Adwentu, kiedy każdego dnia, mimo zmęczenia, wstawała o 5 (a kładła się spać bardzo późno), aby mnie i moją siostrę obudzić, przygotować nam ubrania i zaprowadzić rano do kościoła na roraty. Zawsze szliśmy z lampionami w ręku (najpiękniejszy był ten lampion, który robiłem wraz z tatą). Właśnie te proste zachowania i gesty zapamiętałem.
Najważniejsza w mojej liturgicznej formacji wieku dziecięcego była katecheza, jaką otrzymałem w domu. Rodzice pokazali mi Eucharystię jako centrum niedzieli. Do kościoła chodziliśmy zawsze przed południem, gdyż - jak mawiają moi rodzice - wtedy widać, że cały dzień jest przeżywany z Chrystusem. Cierpliwie odpowiadali na tysiące moich pytań, tłumaczyli mi gesty i słowa mszalnych modlitw. Do dzisiaj mam mszalik dla dzieci, który był w moim domu i z którego bardzo często korzystałem. Teraz stoi on obok Mszału Rzymskiego, lekcjonarzy i Liturgii Godzin. Rodzice nauczyli mnie klękać do modlitwy, składać ręce -nauczyli mnie rytualnego języka, którym mówi liturgia. I choć moja wielka pasja, fascynacja liturgią zrodziła się później, w okresie formacji w Ruchu Światło-Życie, dzisiaj widzę, że tak naprawdę zaczęło się to wszystko w rodzinnym domu.
uczyć się od nich Mszy
Choć osobiście nie popieram organizowania specjalnych Mszy dla dzieci, to jednak uderzające w czasie kazań dla dzieci są ich aktywność i szczerość, z jaką odpowiadają na pytania księdza. Czasami ta szczerość potrafi być rozbrajająca - pokazuje najwłaściwszy sposób modlitwy. Wszystko jest wyrażone z absolutną prostotą. Pan Bóg z ust dziecka słyszy modlitwę, która naprawdę płynie z głębi serca. W tym świetle patrzę na moją, często przeintelektualizowaną modlitwę, w której nieraz zamiast nazwać pewne rzeczy po imieniu, gmatwam i ubarwiam, jakbym chciał stanąć przed Bogiem bardziej sprawiedliwy, czystszy. A skutek jest taki, że i w życiu, i na modlitwie zakładam maski, zamiast ukazać Bogu całą prawdę o moim życiu. Nawet jeśli miałoby się okazać, że prawdą o mnie jest mój grzech, a jedyne, co mogę Bogu ofiarować, to puste ręce. Właśnie w tej postawie szczerości dziecka moje serce otwiera się na przemieniającą obecność Ducha Świętego. Jean Corbon pisał, że „człowiek modli się tak, jak żyje"1. Może dlatego Jezus stawia nam za wzór modlitwy właśnie dzieci?Dzięki dzieciom uczę się też ofiarności. Ich spontaniczność wprost mnie zachwyca. To one potrafią się podzielić, przynieść do kościoła swoje słodycze, które otrzymały od św. Mikołaja i oddać je potrzebującym. To one są zdolne wstawać w czasie Adwentu każdego dnia, aby na roratach oczekiwać Bożego Narodzenia. A przecież to właśnie ofiarność jest czymś, co wprowadza w jedną z istotnych tajemnic Mszy św.
Kiedy Romano Guardini przedstawiał w książce „O duchu liturgii" swoją koncepcję liturgii jako gry, odwołał się do przykładu dziecka, którego zabawa nie ma żadnego konkretnego celu. Bawiące się dziecko wyraża siebie, swoje życie „wolnej od celowości formie ruchów i słów"2. Jest po prostu sobą, istnieje. W tym sensie zabawa jest czymś niezwykle poważnym w życiu dziecka. A czymże innym jest liturgia, jak nie ofiarowaniem w całej prawdzie o mnie swojego życia Bogu; po prostu istnieniem w Jego uświęcającej perspektywie?
kochać, a nie wypraszać
Wielu księży, ale także ludzi świeckich narzeka, że dzieci przeszkadzają im w uczestnictwie w liturgii. Rodzice często czują się zakłopotani, kiedy nie potrafią przez dłuższy czas uspokoić płaczącego dziecka. W takich chwilach niezwykle objawia się sens Eucharystii, w której Bóg swoją mocą przemienia nas wszystkich w jedno ciało w Chrystusie. Eucharystia nierozerwalnie nas łączy: nie liczę się ja, ale liczymy się my, bo wszyscy jesteśmy zjednoczeni z sobą w Chrystusie. Kiedy płaczące dziecko rozprasza Twoją uwagę w czasie czytań mszalnych, to pomódl się za nie, a przede wszystkim za rodziców tego dziecka, którzy pewnie od wielu nocy nie śpią spokojnie, gdyż na zmianę do niego wstają. Pokój w sercu, zjednoczenie z Chrystusem na modlitwie zrodzi się wtedy, kiedy bardziej pokochamy, a nie wtedy, kiedy wyprosimy wszystkie dzieci z kościoła, aby zająć się Bogiem. Rodzi się jednak pytanie, czy aby na pewno zajmiemy się Bogiem, czy też może swoim egoistycznym wyobrażeniem o Nim.- fragment



