Bóg lubi
ryzykantów?
o wolności i zawierzeniu
z o. Tomaszem Kwietniem, dominikaninem,
rozmawia Marcin Jakubionek
z o. Tomaszem Kwietniem, dominikaninem,
rozmawia Marcin Jakubionek
Ojcze, dlaczego Bóg pozwala nam grzeszyć?
Niedawno jeden z moich przyjaciół zadał mi bardzo podobne pytanie. Odpowiedziałem mu wówczas, że Bóg podjął ryzyko i dał ludziom wolność. Nie odbiera nam tego daru nawet za cenę tego, że będziemy błądzić, dokonywać głupich wyborów. Widać, zależy Mu tak bardzo na wolności człowieka, że ryzykuje jego „nieposłuszeństwo".
Niedawno jeden z moich przyjaciół zadał mi bardzo podobne pytanie. Odpowiedziałem mu wówczas, że Bóg podjął ryzyko i dał ludziom wolność. Nie odbiera nam tego daru nawet za cenę tego, że będziemy błądzić, dokonywać głupich wyborów. Widać, zależy Mu tak bardzo na wolności człowieka, że ryzykuje jego „nieposłuszeństwo".
To Bóg nie stawia nam żadnych wymagań?
Albert Camus napisał w swych dziennikach takie zdanie: „Gdybym miał napisać książkę o moralności, miałaby ona sto stron, dziewięćdziesiąt dziewięć z nich byłoby pustych, na ostatniej wypisałbym tylko jeden obowiązek: „kochać", co do reszty mówię „nie". „Nie" ze wszystkich moich sił". Nie wiem, czy Camus znał Augustyna, ale Augustyn mówił to samo: „Kochaj i rób co chcesz". Miłość jest najważniejszym przykazaniem, pozostałe sąjego dopełnieniem. Łatwiej jednak unikać błędów, żyć moralnie dobrze, aniżeli kochać.
Dlaczego? Przecież miłość to coś pięknego, a wypełnianie nakazów jest czymś męczącym i nudnym.
Miłość, chociaż jest jednym z warunków szczęścia, pociąga za sobą - o czym małżonkowie wiedzą najlepiej - wyrzeczenia, rezygnację z wielu innych rzeczy. Wymaga od nas także odwagi, bezwarunkowego zaufania drugiej osobie, otwarcia się na nią. To w pewnym stopniu naraża nas na niebezpieczeństwo. Zakochani najczęściej potrafią także najdotkliwiej się poranić. Ale to ryzyko wpisane jest w miłość, a także w naszą wiarę. Wolelibyśmy jednak, żeby religia składała się z samych zakazów i nakazów. Jest to dla nas wygodne uproszczenie. Wypełnienie nawet najbardziej rygorystycznych wymagań daje poczucie spełnienia, pewności, że jak wypłacę Bogu, co Mu się należy, będę mógł liczyć na rewanż w postaci błogosławieństwa, życia bez trosk i niepokojów. Jak wiele szkód może wyrządzić tego typu myślenie, pokazuje chociażby historia Jeftego. Ten wojownik przed wyruszeniem na zbrojną wyprawę złożył ślub, obiecał, że jeśli pokona wroga, złoży w ofierze cokolwiek wyjdzie mu na spotkanie, kiedy wróci w rodzinne strony. Kampania okazała się zwycięska, ale pierwszą osobą, jaką zobaczył po powrocie do domu, była jego ukochana córka. Jefte był przekonany, że taka jest wola Boża i dotrzymał bezbożnej obietnicy. Abraham także myślał, że Bóg żąda od niego ofiary z syna. W ostatniej chwili Anioł powstrzymuje go przed zabiciem Izaaka. Bardzo często usprawiedliwiamy Bogiem podjęte przez siebie decyzje, maskujemy wyrokami Bożymi swoją nieporadność i niepewność. Zrzucamy na Niego odpowiedzialność za swoje życie, w tym także za błędy. My przecież tylko wykonujemy polecenia - myślimy - a kiedy zrobimy swoje, chcemy mieć święty spokój. Lepimy Boga z własnych potrzeb i wymagań, dostosowujemy Go do własnych wyobrażeń. Nawet kiedy mówimy, że kochamy Boga, nie wyrażamy nic więcej jak miłość do samych siebie.
Skąd mogę wiedzieć, że wierzę w Boga, a nie w swoje wyobrażenie o Nim?
Nie pozostaje nam nic innego, jak ciągle i wciąż na nowo szukać odpowiedzi na pytania, które są dla nas ważne: Kim jest dla mnie Bóg? Co znaczy moje powołanie? To stwarza możliwość konfrontacji i oczyszczania naszej wiary. Czasami oczyszczanie może być bolesne, przybierać postać bardzo dramatycznych i trudnych rozmów, a nawet kłótni z Bogiem. To bardzo charakterystyczne, że żydzi i chrześcijanie mogą spierać się z Bogiem, muzułmanin, o ile mi wiadomo, musi się podporządkować. Żyd i chrześcijanin ma prawo do sporu, co zostało zapisane w Piśmie Świętym. Takich miejsc jest wiele, np. żale Hioba, agnostycyzm Koheleta, pretensje Jeremiasza, a w końcu modlitwa Jezusa w Ogrójcu. Między Bogiem, a człowiekiem może toczyć się dyskusja, pełna napięć rozmowa. Kiedy rozmawiamy to znaczy, że nam na czymś zależy, że chcemy zrozumieć rozmówcę i siebie.
Mamy wykłócać się z Bogiem, kto ma rację, czyja wola jest ważniejsza?
Przerabialiśmy już problem relacji woli Bożej do woli ludzkiej. Monoteletyzm został potępiony i Kościół do dziś nie zmienił na ten temat zdania.
Monoteletyzm?
W VII w. w chrześcijaństwie rozgorzała dyskusja, czy Chrystus ma jedną wolę, tzn. Boską, czy dwie, Boską i ludzką. Kiedyś myślałem, że to kolejny akademicki spór, bez znaczenia dla nas, szeregowych chrześcijan. Jeżeli jednak Chrystus jest miarą mojego człowieczeństwa, wówczas rozwiązanie tej kwestii staje się niezwykle ważne. Gdyby w Chrystusie obecna była tylko wola Boża, jak uważali zwolennicy monoteletyzmu, oznaczałoby to, że jesteśmy biernym narzędziem w ręku Boga, a nasze chęci zupełnie się nie liczą. Jeżeli Chrystus ma także wolę ludzką, doskonale zjednoczoną z wolą Bożą, ale jednak autonomiczną, wtedy każdy z nas może wybrać Boga i w wolności za Nim podążyć.
Albo udać się innym kierunku i robić, co nam się żywnie podoba.
Paradoksalnie, dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że nie muszę niczego robić wbrew sobie, dużo poważniej zacząłem traktować Ewangelię i przykazania. Tak działa nasza psychika, przeważnie robi wszystko na przekór. Myślę, że ta przewrotność jest niczym innym, jak umiłowaniem wolności, jedną z najbardziej istotnych cech człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże. Gdyby Bóg nie obdarzył nas wolnością, zapewne na tym świecie nie pojawiłby się grzech, ludzie nie błądziliby w drodze do Boga, nikt nie przeżywałby trudności w wierze. Ale czy wtedy miłość Boga do człowieka mogłaby zostać odwzajemniona? Niewolnicy są posłuszni i karni, ale kochać mogą tylko ludzie wolni. Pamiętam jeden z trudniejszych momentów mojego życia. Czułem się przygnębiony, pełen wątpliwości. Miałem już wszystkiego dość. Któregoś dnia odprawiałem w kaplicy Mszę św. Kiedy tak stałem z Eucharystią w dłoniach, nagle mnie oświeciło. Jakbym usłyszał Jezusa: „Nie ważne, co zrobisz, i tak będę cię kochał". Poczułem się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar, wreszcie byłem wolny, a im głębiej tego doświadczałem, tym bardziej chciałem odpowiedzieć na miłość Boga. Chrześcijaństwo wschodnie mówi tu o synergii, co Katechizm tłumaczy słowem „współdziałanie". Każde spotkanie Boga i człowieka jest synergią, czyli zetknięciem nieskończonej energii boskiej ze skończoną energią ludzką, ale ta skończona energia ludzka jest jak kropka nad „i" energii boskiej. Nawet gdyby wszystko zależało od Boga, cała moja przyszłość, moje zbawienie, muszę jeszcze do Niego wyciągnąć rękę, dołożyć moją energię - zawierzyć Bogu.
Zawierzyć, czyli...
Gdyby spytać ludzi na ulicy, co znaczy być chrześcijaninem, większość odpowiedziałaby: to żyć zgodnie z pewnymi wartościami. Jeśli mielibyśmy szansę podrążyć głębiej, okazałoby się, że wszystko sprowadza się do bycia dobrym człowiekiem. Chrześcijanin to taki ktoś, kto stara się wypełniać przykazania, sprzeciwia się eutanazji, aborcji, jak trzeba zaprotestuje w obronie świętości i nienaruszalności rodziny. Właściwie chrześcijaństwo w takim wydaniu jest receptą na życie, zestawem porad jak budować wspólnotę, doskonały świat, w którym czulibyśmy się bezpiecznie. Pytanie jednak brzmi: czy to jeszcze jest chrześcijaństwo?
Czy jest coś złego w byciu dobrym człowiekiem?
Nic, ale gdyby wyznacznikiem naszej wiary był ten wymóg, wtedy równie dobrze moglibyśmy przejść na islam. Wyznawcy tej religii także starają się być dobrymi ludźmi. Co więcej, religia nie byłaby w ogóle potrzebna. Znam kilku wspaniałych ludzi, którzy choć uważają się za niewierzących, bardziej rygorystycznie przestrzegają wymagań moralnych niż niejeden „zawodowy" chrześcijanin. W oświeceniu przedstawiciele różnych prądów intelektualnych zmierzali do tego, aby wyprać chrześcijaństwo z mistyki i skierować ku moralności. Według potępionego jansenistycznego Synodu w Pistoi (1786 r.) liturgia miała być katechezą, wykładem lub szkołą moralności, sposobem na uczynienie człowieka lepszym. Tyle że gdy będziemy skupiać się na etyce, stracimy z oczu cel, prawdziwy sens chrześcijaństwa - cała para pójdzie w gwizdek, a nie w koła. To tak, jakbyśmy zatrzymali się w połowie drogi, jakby w Piśmie Świętym nigdy nie było Nowego Testamentu.
Jednym z warunków spowiedzi jest postanowienie poprawy. Chęć stania się lepszym człowiekiem, walka ze swoimi słabościami jest chyba czymś ważnym w naszym życiu?
Powiem szczerze: gdybym tak myślał, już dawno przestałbym się spowiadać. Ile to już razy postanawiałem poprawę i co z tego wynikło? Obiecujemy sobie, że będziemy lepsi, że następnym razem nie ulegniemy pokusie. Ciągle jednak myślimy o sobie, o swoich grzechach. Nie bez powodu Tomasz More nazwał grzech pierworodny „wszechpanoszącym się ja". W spowiedzi nie ja i moje postanowienie poprawy jest najważniejsze, tym bardziej nie jest ważny mój grzech. Spowiedź jest przede wszystkim świętowaniem Zmartwychwstania, wspólną celebracją spowiednika i peni-tenta. Nawet grzech ciężki nie stanowi przeszkody w jej celebrowaniu. Człowiek składa wówczas ofiarę z siebie, oddaje Bogu wszystko, nie tylko to, co w nim najlepsze, ale i to, co najgorsze. Grzech przestaje być mój, bierze go na siebie Ten, który mi go odpuszcza. Na krzyżu Chrystus zgładził grzechy tego świata, w tym także moje. Idąc do spowiedzi, przychodzę, aby otrzymać owoce krzyża. Skupianie się w tym momencie na sobie jest szczytem egocentryzmu.
Chyba jednak każdy z nas chciałby, żeby ktoś bardziej doświadczony powiedział mu, co robić, żeby się nie pogubić.
Nikt, nawet najlepszy ksiądz czy spowiednik, nie da nam gwarancji, że jego rady okażą się pewne i skuteczne. Jeżeli ktoś przychodzi do mnie z problemem, mogę jedynie mu pomóc rozeznawać, towarzyszyć w dorastaniu do pewnych decyzji. Wybór jednak pozostawiam w jego rękach. Nigdy nie mówię ludziom, co mają robić, chociaż wiem, że takie jest oczekiwanie. Pamiętam jak mówiłem kiedyś kazanie o świeckiej formie klerykalizmu. O tym, że większość świeckich w Kościele zamiast podejmować samodzielne inicjatywy, woli czekać na dyspozycje, jakie wyda im ksiądz. Po Mszy św. podeszła do mnie, skądinąd sympatyczna osoba i zapytała: „Ojcze, to co mam teraz zrobić?". W powszechnym wyobrażeniu ksiądz to osoba, która z racji swego powołania zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, wątpliwości. Podpowie jak żyć, jaką podjąć decyzję, z kim się ożenić, za kogo wyjść za mąż, czym obsiać pole i jaka jutro będzie pogoda. Rola świeckich może jest niewdzięczna, ale bierność ma swoje zalety: nie trzeba za nic brać odpowiedzialności.
- fragment
Albert Camus napisał w swych dziennikach takie zdanie: „Gdybym miał napisać książkę o moralności, miałaby ona sto stron, dziewięćdziesiąt dziewięć z nich byłoby pustych, na ostatniej wypisałbym tylko jeden obowiązek: „kochać", co do reszty mówię „nie". „Nie" ze wszystkich moich sił". Nie wiem, czy Camus znał Augustyna, ale Augustyn mówił to samo: „Kochaj i rób co chcesz". Miłość jest najważniejszym przykazaniem, pozostałe sąjego dopełnieniem. Łatwiej jednak unikać błędów, żyć moralnie dobrze, aniżeli kochać.
Dlaczego? Przecież miłość to coś pięknego, a wypełnianie nakazów jest czymś męczącym i nudnym.
Miłość, chociaż jest jednym z warunków szczęścia, pociąga za sobą - o czym małżonkowie wiedzą najlepiej - wyrzeczenia, rezygnację z wielu innych rzeczy. Wymaga od nas także odwagi, bezwarunkowego zaufania drugiej osobie, otwarcia się na nią. To w pewnym stopniu naraża nas na niebezpieczeństwo. Zakochani najczęściej potrafią także najdotkliwiej się poranić. Ale to ryzyko wpisane jest w miłość, a także w naszą wiarę. Wolelibyśmy jednak, żeby religia składała się z samych zakazów i nakazów. Jest to dla nas wygodne uproszczenie. Wypełnienie nawet najbardziej rygorystycznych wymagań daje poczucie spełnienia, pewności, że jak wypłacę Bogu, co Mu się należy, będę mógł liczyć na rewanż w postaci błogosławieństwa, życia bez trosk i niepokojów. Jak wiele szkód może wyrządzić tego typu myślenie, pokazuje chociażby historia Jeftego. Ten wojownik przed wyruszeniem na zbrojną wyprawę złożył ślub, obiecał, że jeśli pokona wroga, złoży w ofierze cokolwiek wyjdzie mu na spotkanie, kiedy wróci w rodzinne strony. Kampania okazała się zwycięska, ale pierwszą osobą, jaką zobaczył po powrocie do domu, była jego ukochana córka. Jefte był przekonany, że taka jest wola Boża i dotrzymał bezbożnej obietnicy. Abraham także myślał, że Bóg żąda od niego ofiary z syna. W ostatniej chwili Anioł powstrzymuje go przed zabiciem Izaaka. Bardzo często usprawiedliwiamy Bogiem podjęte przez siebie decyzje, maskujemy wyrokami Bożymi swoją nieporadność i niepewność. Zrzucamy na Niego odpowiedzialność za swoje życie, w tym także za błędy. My przecież tylko wykonujemy polecenia - myślimy - a kiedy zrobimy swoje, chcemy mieć święty spokój. Lepimy Boga z własnych potrzeb i wymagań, dostosowujemy Go do własnych wyobrażeń. Nawet kiedy mówimy, że kochamy Boga, nie wyrażamy nic więcej jak miłość do samych siebie.
Skąd mogę wiedzieć, że wierzę w Boga, a nie w swoje wyobrażenie o Nim?
Nie pozostaje nam nic innego, jak ciągle i wciąż na nowo szukać odpowiedzi na pytania, które są dla nas ważne: Kim jest dla mnie Bóg? Co znaczy moje powołanie? To stwarza możliwość konfrontacji i oczyszczania naszej wiary. Czasami oczyszczanie może być bolesne, przybierać postać bardzo dramatycznych i trudnych rozmów, a nawet kłótni z Bogiem. To bardzo charakterystyczne, że żydzi i chrześcijanie mogą spierać się z Bogiem, muzułmanin, o ile mi wiadomo, musi się podporządkować. Żyd i chrześcijanin ma prawo do sporu, co zostało zapisane w Piśmie Świętym. Takich miejsc jest wiele, np. żale Hioba, agnostycyzm Koheleta, pretensje Jeremiasza, a w końcu modlitwa Jezusa w Ogrójcu. Między Bogiem, a człowiekiem może toczyć się dyskusja, pełna napięć rozmowa. Kiedy rozmawiamy to znaczy, że nam na czymś zależy, że chcemy zrozumieć rozmówcę i siebie.
Mamy wykłócać się z Bogiem, kto ma rację, czyja wola jest ważniejsza?
Przerabialiśmy już problem relacji woli Bożej do woli ludzkiej. Monoteletyzm został potępiony i Kościół do dziś nie zmienił na ten temat zdania.
Monoteletyzm?
W VII w. w chrześcijaństwie rozgorzała dyskusja, czy Chrystus ma jedną wolę, tzn. Boską, czy dwie, Boską i ludzką. Kiedyś myślałem, że to kolejny akademicki spór, bez znaczenia dla nas, szeregowych chrześcijan. Jeżeli jednak Chrystus jest miarą mojego człowieczeństwa, wówczas rozwiązanie tej kwestii staje się niezwykle ważne. Gdyby w Chrystusie obecna była tylko wola Boża, jak uważali zwolennicy monoteletyzmu, oznaczałoby to, że jesteśmy biernym narzędziem w ręku Boga, a nasze chęci zupełnie się nie liczą. Jeżeli Chrystus ma także wolę ludzką, doskonale zjednoczoną z wolą Bożą, ale jednak autonomiczną, wtedy każdy z nas może wybrać Boga i w wolności za Nim podążyć.
Albo udać się innym kierunku i robić, co nam się żywnie podoba.
Paradoksalnie, dopiero kiedy uświadomiłem sobie, że nie muszę niczego robić wbrew sobie, dużo poważniej zacząłem traktować Ewangelię i przykazania. Tak działa nasza psychika, przeważnie robi wszystko na przekór. Myślę, że ta przewrotność jest niczym innym, jak umiłowaniem wolności, jedną z najbardziej istotnych cech człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boże. Gdyby Bóg nie obdarzył nas wolnością, zapewne na tym świecie nie pojawiłby się grzech, ludzie nie błądziliby w drodze do Boga, nikt nie przeżywałby trudności w wierze. Ale czy wtedy miłość Boga do człowieka mogłaby zostać odwzajemniona? Niewolnicy są posłuszni i karni, ale kochać mogą tylko ludzie wolni. Pamiętam jeden z trudniejszych momentów mojego życia. Czułem się przygnębiony, pełen wątpliwości. Miałem już wszystkiego dość. Któregoś dnia odprawiałem w kaplicy Mszę św. Kiedy tak stałem z Eucharystią w dłoniach, nagle mnie oświeciło. Jakbym usłyszał Jezusa: „Nie ważne, co zrobisz, i tak będę cię kochał". Poczułem się tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wielki ciężar, wreszcie byłem wolny, a im głębiej tego doświadczałem, tym bardziej chciałem odpowiedzieć na miłość Boga. Chrześcijaństwo wschodnie mówi tu o synergii, co Katechizm tłumaczy słowem „współdziałanie". Każde spotkanie Boga i człowieka jest synergią, czyli zetknięciem nieskończonej energii boskiej ze skończoną energią ludzką, ale ta skończona energia ludzka jest jak kropka nad „i" energii boskiej. Nawet gdyby wszystko zależało od Boga, cała moja przyszłość, moje zbawienie, muszę jeszcze do Niego wyciągnąć rękę, dołożyć moją energię - zawierzyć Bogu.
Zawierzyć, czyli...
Gdyby spytać ludzi na ulicy, co znaczy być chrześcijaninem, większość odpowiedziałaby: to żyć zgodnie z pewnymi wartościami. Jeśli mielibyśmy szansę podrążyć głębiej, okazałoby się, że wszystko sprowadza się do bycia dobrym człowiekiem. Chrześcijanin to taki ktoś, kto stara się wypełniać przykazania, sprzeciwia się eutanazji, aborcji, jak trzeba zaprotestuje w obronie świętości i nienaruszalności rodziny. Właściwie chrześcijaństwo w takim wydaniu jest receptą na życie, zestawem porad jak budować wspólnotę, doskonały świat, w którym czulibyśmy się bezpiecznie. Pytanie jednak brzmi: czy to jeszcze jest chrześcijaństwo?
Czy jest coś złego w byciu dobrym człowiekiem?
Nic, ale gdyby wyznacznikiem naszej wiary był ten wymóg, wtedy równie dobrze moglibyśmy przejść na islam. Wyznawcy tej religii także starają się być dobrymi ludźmi. Co więcej, religia nie byłaby w ogóle potrzebna. Znam kilku wspaniałych ludzi, którzy choć uważają się za niewierzących, bardziej rygorystycznie przestrzegają wymagań moralnych niż niejeden „zawodowy" chrześcijanin. W oświeceniu przedstawiciele różnych prądów intelektualnych zmierzali do tego, aby wyprać chrześcijaństwo z mistyki i skierować ku moralności. Według potępionego jansenistycznego Synodu w Pistoi (1786 r.) liturgia miała być katechezą, wykładem lub szkołą moralności, sposobem na uczynienie człowieka lepszym. Tyle że gdy będziemy skupiać się na etyce, stracimy z oczu cel, prawdziwy sens chrześcijaństwa - cała para pójdzie w gwizdek, a nie w koła. To tak, jakbyśmy zatrzymali się w połowie drogi, jakby w Piśmie Świętym nigdy nie było Nowego Testamentu.
Jednym z warunków spowiedzi jest postanowienie poprawy. Chęć stania się lepszym człowiekiem, walka ze swoimi słabościami jest chyba czymś ważnym w naszym życiu?
Powiem szczerze: gdybym tak myślał, już dawno przestałbym się spowiadać. Ile to już razy postanawiałem poprawę i co z tego wynikło? Obiecujemy sobie, że będziemy lepsi, że następnym razem nie ulegniemy pokusie. Ciągle jednak myślimy o sobie, o swoich grzechach. Nie bez powodu Tomasz More nazwał grzech pierworodny „wszechpanoszącym się ja". W spowiedzi nie ja i moje postanowienie poprawy jest najważniejsze, tym bardziej nie jest ważny mój grzech. Spowiedź jest przede wszystkim świętowaniem Zmartwychwstania, wspólną celebracją spowiednika i peni-tenta. Nawet grzech ciężki nie stanowi przeszkody w jej celebrowaniu. Człowiek składa wówczas ofiarę z siebie, oddaje Bogu wszystko, nie tylko to, co w nim najlepsze, ale i to, co najgorsze. Grzech przestaje być mój, bierze go na siebie Ten, który mi go odpuszcza. Na krzyżu Chrystus zgładził grzechy tego świata, w tym także moje. Idąc do spowiedzi, przychodzę, aby otrzymać owoce krzyża. Skupianie się w tym momencie na sobie jest szczytem egocentryzmu.
Chyba jednak każdy z nas chciałby, żeby ktoś bardziej doświadczony powiedział mu, co robić, żeby się nie pogubić.
Nikt, nawet najlepszy ksiądz czy spowiednik, nie da nam gwarancji, że jego rady okażą się pewne i skuteczne. Jeżeli ktoś przychodzi do mnie z problemem, mogę jedynie mu pomóc rozeznawać, towarzyszyć w dorastaniu do pewnych decyzji. Wybór jednak pozostawiam w jego rękach. Nigdy nie mówię ludziom, co mają robić, chociaż wiem, że takie jest oczekiwanie. Pamiętam jak mówiłem kiedyś kazanie o świeckiej formie klerykalizmu. O tym, że większość świeckich w Kościele zamiast podejmować samodzielne inicjatywy, woli czekać na dyspozycje, jakie wyda im ksiądz. Po Mszy św. podeszła do mnie, skądinąd sympatyczna osoba i zapytała: „Ojcze, to co mam teraz zrobić?". W powszechnym wyobrażeniu ksiądz to osoba, która z racji swego powołania zna odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, wątpliwości. Podpowie jak żyć, jaką podjąć decyzję, z kim się ożenić, za kogo wyjść za mąż, czym obsiać pole i jaka jutro będzie pogoda. Rola świeckich może jest niewdzięczna, ale bierność ma swoje zalety: nie trzeba za nic brać odpowiedzialności.
- fragment



