
"spowiedź
kiedy życie boli"
Pamiętam scenę z pewnego filmu. Oto matka pochyla się nad córeczką, która przewróciła się jeżdżąc na lodzie i płacze z bólu. Matka jednak, zamiast ją pocieszyć, mówi: „Wstawaj natychmiast, życie to ból, przyzwyczaj się".
Niestety nie ma mocnych na ból. Człowiek nie jest w stanie się do niego przyzwyczaić, bo nawet jeśli nauczy się znosić jeden rodzaj bólu, to i tak wkrótce pojawi się w jego życiu coś nowego, mocniejszego. Można jednak ból uczynić swoim sprzymierzeńcem. Benedyktyn, o. Anselm Grün rozważając różne sposoby doprowadzania do prawdy, stosowane przez starców na pustyni wobec uczniów pytających o drogę, zwraca uwagę na dwie sprawy1. Najważniejsze to uświadomić sobie to, co nas boli. Ból należy opisać, by móc choć częściowo go zrozumieć. Na pustyni uczeń opisywał ból ojcu duchowemu. Ból niesie ze sobą ważną dla nas informację. Opisując go, możemy uświadomić sobie jego przyczynę. Czasem jest nią zwyczajny grzech, który nas trzyma i blokuje. Wówczas łatwo mu choć trochę zaradzić. Ale bywa i tak, że przyczyną bólu jest zło zupełnie od nas niezależne. To zło drąży naszą duszę, zatruwa serce, odbiera siły i nadzieję, że zaczniemy kiedyś żyć normalnie. Wtedy ojciec Anselm radzi „odwrócić się" od swojej rany. Pamiętać o niej, ale niejako „stanąć do niej plecami". On, który znany jest z tego, że chętnie radzi jak uzdrawiać zranienia mówi, że są takie rany, których na ziemi uzdrowić się nie da. Powstały one choćby w wyniku cierpień zadanych nam przez najbliższych. Jedyna szansa dla nas na „normalność" to całkowicie otworzyć się na przyszłość, powierzyć siebie Bogu w absolutnym zaufaniu w Jego miłość. Wtedy i tylko wtedy ból pozwoli nam żyć i tworzyć.
W tym numerze LISTU zachęcamy, żeby tego zawierzenia siebie dokonać w konfesjonale.
ELA KONDERAK
redaktor naczelny



