te straszne

myśli...

Nie wiem, kiedy „to" się zaczęło. Myślę, że w okresie dojrzewania, gdy wolałam przebywać w domu niż z rówieśnikami. Nie byłam odludkiem: chodziłam na imprezy, spotykałam się z gronem dobrych znajomych. W średniej szkole podpalałam papierosy, próbowałam, jak smakuje alkohol, i zaczęłam mówić, że małżeństwo moich rodziców nie jest idealne


Ojciec był surowy, despotyczny, stawiał wysokie wymagania. Pracował, często krzyczał. Mama raz ojca uspokajała, raz prowokowała. Często przyjmowała rolę cierpiętnicy, która zwierza się ze swoich problemów starszej córce, czyli mnie. Moja młodsza siostra starała się jak najwięcej przebywać poza domem. Miała koleżanki, dodatkowe zajęcia. Teraz wiem, że uciekała. Wyjechała za granicę. Po kilku latach wróciła - po rozwodzie rodziców zamieszkała na drugim końcu Polski, założyła rodzinę

czy to ja go zabiłam?

Ja byłam zawsze blisko: kiedy ojciec znalazł sobie kochankę, jedną, drugą, a mama wpadła w depresję, kiedy wzięłam sprawy mojej bezradnej i zagubionej mamy w swoje ręce, kiedy na sali sądowej rozwodziłam własnych rodziców, kiedy w obronie jednego rodzica walczyłam z drugim i kiedy mnie to wszystko przerosło! Walczyłam przeciwko ojcu, który targował się o każdy grosz z mamą, a na boku odkładał duże sumy. Myślałam wtedy, że walczę o sprawiedliwość. Rodzice się rozwiedli, dalej jednak ciągnęły się sprawy majątkowe - walka była ciężka. Mój ojciec rozwiódł się z mamą, ale wcześniej rozwiódł się z moją siostrą, ze mną i moją rodziną, ze swoim jedynym wnukiem. Bolało mnie to bardzo i mobilizowało do walki.

Pewnego ranka, gdy rodzice mieszkali już osobno, dowiedziałam się, że ojciec nie żyje. Umarł samotnie - miał wylew. Kiedy zadzwoniłam do jego siostry, żeby ją o tym poinformować, wykrzyczała mi w słuchawkę, że to ja i mama go „zabiłyśmy". Pomyślałam, że ma rację. Nie bardzo wiedziałam, co czuję w związku ze śmiercią ojca. Wraz z mamą i jej siostrą zorganizowałyśmy pogrzeb. Potem stałyśmy przy trumnie. Za nami kochanka ojca z rodziną. Nie uroniłam ani jednej łzy, nie wiedziałam, co czuję: wyrzuty sumienia, ulgę, że to koniec walki, jakiś dziwny lęk. Z pogrzebu pamiętam niewiele. Nie pozwoliłam, by przyszli moi znajomi z pracy - uznałam, że to hipokryzja, że tam w ogóle jestem. Zaczęłam sprzątać mieszkanie ojca. Znajdowałam różne rzeczy - książki, w których zaznaczał fragmenty o samotności, miłości, smutku, „pamiętnik" spotkań i wyjazdów z kochankami, jego zdjęcia z obcymi mi kobietami (z mamą wyjeżdżał rzadko i raczej niechętnie), notatki z dokładnymi danymi na temat tego, kiedy mama wyjeżdża, a kiedy wraca (głównie przebywała u mnie), wulgarne określenia mamy. Nigdy nikomu tego nie pokazałam. Znalazłam też polisę ubezpieczeniową na życie, założoną na moją mamę. Nie wierzyłam, że o tym pomyślał. Wraz z siostrą odziedziczyłyśmy po ojcu pieniądze, mieszkanie, działkę do podziału. Znowu wywołało to u mnie zamieszanie w uczuciach: wyrzuty sumienia, radość zagłuszaną przez lęk, jakieś dziwne uczucie niepokoju.

modliłam się i buntowałam

Przez całe moje dorosłe życie mam obok siebie cudownego, kochanego, mężczyznę - mojego męża. Gdy potrzebowałam wsparcia, on był, gdy potrzebowałam obrony - dyskretnie mi ją dawał, nie angażował się w rozgrywki moich rodziców, stał obok, czasem tonował nastroje. Czułam, że jestem kochana. W tamtym czasie dużo się modliłam, często chodziłam do kościoła, bywałam na Mszy św. w tygodniu. Po pewnym czasie zaczęłam zauważać, że moja wiara oparta jest na lęku, a nie na zaufaniu, na handlowaniu z Panem Bogiem, a nie na bezgranicznej miłości. Mój obraz Boga był dziwny - Pan Bóg wydawał mi się surowym sędzią, głównie się Go bałam. Bałam się, że za każde przewinienie zostanę ukarana, że coś złego może stać się moim bliskim. Składałam deklaracje, czyniłam postanowienia, zobowiązania - nie będę jeść słodyczy przez jakiś czas, bo syn chorował, nie będę pić alkoholu, by wróciło zdrowie w rodzinie, nie będę oglądać TV, by wyniki badań były dobre itd. Miałam wrażenie, że coś złego dzieje się z moimi emocjami, z moim zdrowiem psychicznym. Ciągle lękałam się o wszystkich bliskich i ważne sprawy. Żyłam w ciągłym napięciu, zaczynałam popadać w depresję. Myślałam o ojcu, jeździłam na cmentarz, modliłam się i byłam przerażona tym, że tak bardzo zaczęła mnie denerwować moja mama. Pojawiały mi się myśli o agresywnej treści dotyczące mojej mamy, innych ludzi. Myśli, których nie mogłam się pozbyć. Odwracałam od nich uwagę, ale one wracały z coraz większą intensywnością i częstotliwością. Zaczęłam mieć problemy ze snem, bywało, że zasypiałam o 21 .00, by o 23.00 obudzić się i nie spać do 4.00. Około 4.00 zasypiałam, by przed 6.00 wstać na dzwonek budzika. Czasem kładłam się o 23.00 i nie mogłam spać aż do 2.00 nad ranem. Pojawiły się bóle głowy, problemy z żołądkiem i coraz większy niepokój. W tym wszystkim wspierał mnie mój mąż, któremu nie byłam w stanie wytłumaczyć, co się ze mną dzieje. Wpadałam w złość, złorzeczyłam, krzyczałam i płakałam. Modliłam się i buntowałam. Traciłam cierpliwość do mojego syna, unikałam mamy, bo bałam się moich myśli. Ciągłe napięcie i kontrolowanie swoich myśli, zachowań i uczuć.

Weszłam do kościoła i nagle, bez uprzedzenia, pojawiła się w mojej głowie bluźniercza myśl! Stałam jak w transie, a po plecach lał mi się pot. Poszłam do spowiedzi. Kiedy wstawałam, by odejść od konfesjonału, myślą obraziłam Maryję. Nie wiedziałam, czy wracać, czy uciekać. Nie poszłam do Komunii. Tak bardzo bałam się, że znów pojawi się ta myśl, że chyba ją wywoływałam. Byłam przerażona, błagałam o miłosierdzie, bałam się, że Pan Bóg mnie ukarze.

Poszłam do psychiatry. Nie mówiłam o treści myśli, mówiłam całą resztę. Diagnoza - depresja z towarzyszącymi myślami natrętnymi. Leczenie zaczęłam od Flukosetyny (?) - dwa miesiące bez żadnego efektu (leki pomogły tylko na sen), potem Poxtin. Mój mąż powiedział mi, że zachowuję się jak dewotka (o natręctwach nie wie nikt z bliskich) - chodzę do kościoła, a w domu robię piekło, ciągle się czepiam, izoluję od rodziny, prowokuję. Mój ojciec jeździł na pielgrzymki, a równocześnie spotykał się z kochankami, wygłaszał moralne sądy, jego poglądy były sztywne, konserwatywne, w życiu jednak nie postępował z nimi w zgodzie. Kiedyś budziło to moją wściekłość, potem starałam się to zrozumieć. Miałam w głowie chaos.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl