zmagania

emigranta

MARCIN LISAK OP
Echo biblijnych słów nie jest dobrze, by mężczyzna był sam… rozlega się w irlandzkiej ziemi. Samotność, rozłąka, opuszczenie, poszukiwania nowego życia to codzienne doświadczenie nie tylko dla mężczyzn, ale i dla kobiet z Polski przybyłych na Zieloną Wyspę. Emigracja na kilka lat, by pracować i żyć spokojniej, wyjazd zarobkowy na pewien czas, szybka praca w wakacje wydają się łatwe do zaplanowania i do zniesienia. Przetrwam przecież ten krótki okres, dam radę. Będę dzwonić do żony, do chłopaka, do mamy, do tych, którzy zostali w Polsce


Odległość sprzyja jednak rozluźnieniu więzi. Łatwo wejść na drogę obojętności. Ta zaś prowadzi przez zapomnienie do rozgoryczenia, pretensji, bólu. Dobrze, kiedy o trudach rozłąki można z kimś porozmawiać tu, na miejscu. Tak czy inaczej, na pierwsze miejsce wśród duchowych chorób emigracji wysuwa się osamotnienie. Wychodzi wtedy na jaw rozbicie rodziny, ujawniają się nieprzepracowane napięcia i konflikty z rodzinnej przeszłości, kompleksy importowane z kontynentalnej Europy i dzieciństwa.

ucieczki przed samotnością

Kiedy nadchodzi wietrzna i deszczowa irlandzka zima, dla wielu osób szarość wyspy staje się trudna do zniesienia. W ostatnim roku nawet początek lata okazał się druzgoczący. Sami Irlandczycy skarżyli się, że trudno wytrzymać, kiedy na przełomie czerwca i lipca padało pod rząd przez blisko pięćdziesiąt dni niemal w każdym zakątku wyspy. Jednak nie tylko pogoda, ale i rozłąka rozbijają człowieka. Łatwo w takich warunkach wpaść w sidła przygodnych znajomości, pocieszającego pozornie i na krótko seksu. Można zatracić się w zabawach, których rodowici mieszkańcy wyspy sobie nie skąpią.

Nie tylko młodzi imprezowicze poznają smak lekkiego życia. Wiele innych osób staje na krawędzi zdrady. Niekiedy granicę tę przekraczają. Potrzebę znalezienia oparcia w drugiej osobie, potrzebę bliskości można przecież zaspokoić na miejscu nie tylko przez telefon do żony i dzieci. Skoro bliscy pozostali daleko, nie ma się czego doraźnie obawiać. Pokusa trafia w czułe miejsce. Nie chodzi tu jedynie o sferę cielesną, chodzi przede wszystkim o więzi i uczucia nadszarpnięte z powodu oddalenia. Tak powstaje kolejna głęboka rana. Gdy już raz się upadnie, trudno się potem podźwignąć, czasem jednak wystarczy jedna poważna decyzja odejścia od zła. Spowiedź może tylko umocnić i dopełnić nawrócenie.

Drugi poważny problem to narkotyki. Można się nimi „zarazić" od Irlandczyków, którzy mocno wciągnęli się w kokainowy tunel. Dostęp do miękkich i twardych narkotyków oraz środków psychoaktywnych jest dość łatwy. Media, politycy, lekarze mówią o poważnym społecznym problemie. Co prawda Polacy skoncentrowani są na oszczędzaniu zarobionych pieniędzy i niechętnie je trwonią, ale to tylko jedna strona medalu. Atrakcyjne towarzystwo nieraz prowadzi młodych do świata pozornej radości. Ślepa loteria kokainowa, igranie z ogniem, który „uzależnia jedynie małą część" - nie wiadomo jednak, w której grupie my będziemy. Drogę ku białej śmierci otwierają znajomi. Łatwo wejść w rolę drobnego dealera. Z badań wynika, że głównym kanałem bezpośredniej dystrybucji „towaru" są znajomi i krewni. To na rodzinnych i kameralnych domowych imprezach pierwszy raz próbuje się narkotyków.

Kiedy ktoś przyjdzie do nas, by o tym porozmawiać, powinien otrzymać jedną odpowiedź: jeżeli z tym przyszedłeś, to znaczy, że Bóg skłania cię do tego, byś zaczął szukać pomocy u psychologa, specjalisty od uzależnień.

Trzecia droga ucieczki to trochę więcej niż pinta piwa dziennie. Polską tradycją w Irlandii jest nie tyle przesiadywanie w pubach, co raczej opróżnienie kilku flaszek wódki bądź zgrzewek piwa w zaciszu mieszkania. Koledzy z pracy, współlokatorzy z zatłoczonych domów chętnie spędzą czas na prawdziwym polskim piciu. Polska telewizja satelitarna, zapasy trunków przywiezione przezornie samolotem, trochę irlandzkiego piwa i wieczór za wieczorem może spokojnie mijać. A tęskni się mniej, wszak alkohol znieczula, pozwala znieść smutek. Towarzystwo pijanych kumpli łagodzi dojmujące poczucie samotności. Kiedy jednak przychodzi otrzeźwienie, pojawia się żal.

Rozmowa na temat przepijania czasu i zapijania smutku czy po prostu spowiedź mobilizują do zmiany. Nie tyle zmiany ilości i rodzaju spożywanych trunków, co raczej zmiany środowiska, porzucenia polskiego getta, które potrafi degradować.

w kleszczach porażki

Samotnie trudniej znieść niepowodzenie. Nieraz powtarza się jeden z czarnych scenariuszy. On w mocno już średnim wieku, tatuś i mąż po pięćdziesiątce, jedzie do nowego świata, by wszystkim żyło się lepiej. W Polsce długi, w niemłodym wieku trudno znaleźć nową pracę po zwolnieniu, dzieci dumne z ojca nie są, nawet muszą się przed kolegami wstydzić.

Alternatywy właściwie brak. Należy jechać, przecież innym się udało. Oczywiście, pomysł wyjazdu może być całkiem słuszny i dla wielu okazuje się całkiem udany ekonomicznie. Jednak dramat pojawia się, kiedy coś nie wychodzi. Z jednej strony presja rodziny z Polski, która czeka na wsparcie, na poprawę sytuacji finansowej. Z drugiej - doświadczenie porażki, przekonanie, że jest się już niepotrzebnym. Słaby język angielski, nieuczciwi koledzy, poczucie wykorzystania przez agencję pośrednictwa pracy, a na dodatek samotność sprawiają, że dojmujące uczucie przegranej jest nie do zniesienia. Nierzadko pojawiają się myśli samobójcze. Załamanie potęguje brak możliwości szczerej rozmowy i otrzymania wsparcia. Kiedy dodamy do tego czynnik pogodowy oraz wpływ środowiska - świadomość, że ktoś ze znajomych targnął się na swoje życie, depresja prowadząca do myśli i działań autodestrukcyjnych staje się poważnym problemem. Dotyka to zwłaszcza mężczyzn, którzy w Irlandii trzykrotnie częściej niż kobiety popełniają samobójstwo.

Jeśli ktoś pogrążony w czarnych myślach jest w stanie wyciągnąć rękę po pomoc, już właściwie wygrał. Często wystarczy z nim porozmawiać, dodać sił, aby nie bał się przyznać do porażki. Trzeba go przekonać, że jeśli nie ma szans na poprawę sytuacji w Irlandii, powinien pakować manatki i wracać. To nie wstyd, że się nie udało. Ucieczka w depresję, myśli samobójcze to słabość, wyrazem odwagi jest powrót do Polski, do rodziny, i szukanie akceptacji. Z mojego doświadczenia wynika, że ważne są także proste słowa: „Jesteś cenny, wartościowy dla Boga", „Przecież o godności człowieka nie decyduje opinia innych ani status majątkowy". Zadaniem duszpasterza bywa także zdecydowana podpowiedź: „Nie bój się wrócić".

Gorzej, kiedy nie ma z kim rozmawiać albo na głębszy kontakt nie ma siły. Poważnym zadaniem dla innych jest więc dostrzeżenie osób, które przeżywają problemy. Dobre słowo, zainteresowanie, wsparcie są nieodzowne. Nie powierzchowna pobożność, ale odpowiedzialność za los drugiej, czasami obcej osoby, jest realizacją chrześcijańskiej miłości. Rozmowa ze współlokatorem albo koleżanką z pracy jest zadaniem duchowym.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl