„mieszkam sama,
grzechów nie mam"
z o. prof. Janem Andrzejem Kłoczowskim,
dominikaninem, filozofem religii,
rozmawiają Beata Kolek i Anna Dąbrowska
dominikaninem, filozofem religii,
rozmawiają Beata Kolek i Anna Dąbrowska
Ojcze, pierwszą rzeczą, która kojarzy się nam ze spowiedzią, jest konfesjonał. Niekoniecznie jest to skojarzenie miłe...
Od razu zaczynamy się bać. Bardzo wielu z nas ma duże opory przed przystąpieniem do tego sakramentu właśnie ze względu na ów dziwnie wyglądający mebel. Lęk, nierzadko jeszcze większy, wzbudza również osobnik, który w nim siedzi. Dla niektórych jest to wystarczającym powodem, by w ogóle zrezygnować ze spowiedzi, a przecież chodzi w niej o pojednanie. To jest w spowiedzi najważniejsze. Nie jednamy się z konfesjonałem ani z siedzącym w nim księdzem, ale z Panem Bogiem. Ten proces wewnętrznej przemiany, zarówno postępowania, jak i myślenia nazywamy metanoją (z gr. metanoia - zmiana myślenia).
Od razu zaczynamy się bać. Bardzo wielu z nas ma duże opory przed przystąpieniem do tego sakramentu właśnie ze względu na ów dziwnie wyglądający mebel. Lęk, nierzadko jeszcze większy, wzbudza również osobnik, który w nim siedzi. Dla niektórych jest to wystarczającym powodem, by w ogóle zrezygnować ze spowiedzi, a przecież chodzi w niej o pojednanie. To jest w spowiedzi najważniejsze. Nie jednamy się z konfesjonałem ani z siedzącym w nim księdzem, ale z Panem Bogiem. Ten proces wewnętrznej przemiany, zarówno postępowania, jak i myślenia nazywamy metanoją (z gr. metanoia - zmiana myślenia).
Kiedy ten proces się zaczyna?
W momencie, gdy człowiek uświadamia sobie, że coś jest nie tak, i to „nie tak" nie oznacza niepowodzenia w miłości czy w interesach, ale w tym, co w życiu najistotniejsze - w relacji z Panem Bogiem. Moment uświadomienia sobie tego i wewnętrznego rozliczenia się ze sobą przed Bogiem katechizmowo nazywamy rachunkiem sumienia.
Często już na tym etapie napotykamy problemy.
Tak. Myślę, że ludziom zdarza się mylić głos sumienia z poczuciem winy, które rodzi się w nich, gdy nie spełniają czyichś oczekiwań. Mogą być one nawet bardzo słuszne i dobre: rodzice pragną, bym się dobrze sprawował; bliscy chcą, bym wypełnił daną im obietnicę. Zdarzają się też jednak inne: ktoś oczekuje, że wręczę mu łapówkę. Co prawda nie robię tego, ale jestem przekonany, że w ten sposób go rozczarowuję. Dlatego spowiadam się później: „zrobiłem przykrość jednemu człowiekowi". A przecież grzechem byłoby dać tę łapówkę. Poczucie winy może być zatem słuszne albo niesłuszne, ale nie można go mylić z sumieniem.
Czym jest sumienie?
Bardzo bliska jest mi definicja św. Tomasza z Akwinu. Jego zdaniem, sumienie to nie żaden wewnętrzny głos, ale osąd rozumu praktycznego. Myśląc o moim postępowaniu, stwierdzam niegodziwość takiego czy innego czynu, gdyż jest on sprzeczny z tym, czego oczekuje ode mnie Pan Bóg.
Można powiedzieć, że sumienie to trybunał osądzający, który w sobie mamy. Jego godność jest tak wielka, że ten „głos” – jak mówi jasno Magisterium – jest dla nas zobowiązujący.
Nawet wtedy, gdy nie zgadza się z nauczaniem Kościoła?
Nawet wtedy, ale sumienie należy kształtować. Odbywa się to m.in. przez posłuszeństwo autorytetowi. Jest to zasada, która obowiązuje we wszystkich tradycjach religijnych. W buddyzmie uczeń jest zobowiązany do posłuszeństwa swojemu mistrzowi, bo inaczej nie będzie miał szansy na duchowy rozwój. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w katolicyzmie, ten aspekt również bardzo się podkreśla.
Innym problemem, który pojawia się przy rachunku sumienia, jest odróżnianie pokusy od grzechu.
Gdy ktoś mówi, że jego myśli krążyły wokół tematów seksualnych, zawsze podkreślam, że grzechem jest „świadome i dobrowolne przekroczenie Bożego przykazania", a w wypadku grzechu ciężkiego - w ważnej materii. W głowie pojawiają „się" jakieś myśli - to krótkie słówko „się" wskazuje na to, że to nie jest świadomy akt. Gorzej, jeśli pod wpływem tych myśli ułożyłeś sobie bardzo chytry plan uwiedzenia cudzej żony. Nawet jeżeli, mimo twoich usilnych starań, plan się nie powiódł, bo dostałeś od kobiety po pysku, to grzech jest. Nie jej - bo słusznie ci dała po gębie, ale twój - bo byłeś gotów popełnić zły czyn. Za to, że się nie udało, chwała wiernej małżonce.
Kiedy idziesz ulicą, zobaczysz dziewczynę i pomyślisz: „Ładna!", to podziękuj Panu Bogu, że stworzył nie tylko tak brzydkie dla nas zwierzęta jak ropuchy, ale i piękne kobiety. Skądinąd jest to dowód Jego dużego poczucia humoru.
Czy rachunek sumienia należy robić tylko przed spowiedzią?
Warto przyglądać się swojemu postępowaniu codziennie, np. pod koniec dnia. Dobrze jest zacząć taką modlitwę od podziękowania, potem dopiero „rachować się”. Często zapominamy, że dobro jest Bożym darem; uważamy, że wszystko się nam należy. Modlitwa dziękczynna sprawia, że zyskujemy odpowiednią perspektywę. Dopiero
wtedy należy postawić sobie pytanie, co złego zrobiłem w minionym dniu. Myślę, że taki wgląd w siebie – nie histeryczne analizowanie swojego poczucia winy, ale stanięcie w prawdzie przed Bogiem – jest bardzo dobry i ułatwia to, co jest istotnym elementem procesu nawrócenia i pojednania, czyli pracę nad sobą.
W każdej księgarni katolickiej jest półeczka z różnymi wersjami „pomocy" w rachunku sumienia. Czy należy z nich korzystać?
Jeżeli dla kogoś takie poradniki są pomocą w kształtowaniu sumienia, proszę bardzo. Ja jestem wobec nich raczej nieufny. Szczególną ostrożność zalecam skrupulantom – jeśli dorwą tego typu książeczkę, to przy spowiedzi będą wymieniać wszystko, co w niej przeczytali, punkt po punkcie. Zdarza mi się takich spowiadać, więc wiem, co mówię. Wszelkie „katalogi grzechów” będą mieć na nich negatywny wpływ. Nie zabraniam zatem, ale zalecałbym ostrożność.
Po rachunku sumienia pora na żal za grzechy.
A z tym bieda. Bo co to znaczy „żałować"? Żal nie jest tylko i wyłącznie kwestią emocji. Zwracam na to uwagę, ponieważ żal emocjonalny jest często wyrazem żalu do samego siebie: „Jak mogłem coś takiego zrobić? Postąpiłem głupio...". Postawa taka nie jest właściwa, gdyż żal za grzechy ma być przeżywany w odniesieniu do Boga.
Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że wielu ludzi nosi w sobie wyłącznie obraz Boga Stworzyciela, siedzącego na tronie w całej swojej transcendencji - dalekiego i niedostępnego. Dlatego często żałujemy ze strachu, że podpadliśmy jakiemuś wielkiemu sędziemu, który wie o nas wszystko. Wyobrażamy sobie, że gdy wyznajemy grzechy, odhacza je w swojej pamięci elektronicznej: „No tak… to, to i to, ale wciąż czekam, bo jeszcze parę rzeczy masz na sumieniu". Takiego Boga nikt nigdy nie widział. My znamy Syna Jednorodzonego, który stał się jednym z nas. To przed Nim trzeba stanąć i uświadomić sobie, że zraniłem Miłość - to jest prawdziwy żal.
Wielcy święci spowiadali się z rzeczy, z których my się nie spowiadamy, co więcej, nigdy nie przyszłoby nam do głowy, by się z nich spowiadać. Mieli świadomość, że dopuścili się niegodziwości wobec bezbronnej, ale i - paradoksalnie - wszechmocnej miłości Boga.
Można zatem mówić o dwóch rodzajach żalu.
Tak. Żal ze strachu nazywamy niedoskonałym, żal z miłości – doskonałym. Pan Bóg jest miłosierny, dlatego wystarczy żal niedoskonały. Chociaż wyrasta on często z miernoty duchowej, jest wyrazem dobrej woli człowieka. Myślę, że w niebie znajdą się nie tylko heroiczni święci.
Kościół głosi, że żal doskonały sam z siebie gładzi grzechy. Równocześnie zaleca się przy najbliższej okazji przedstawić je na spowiedzi, by również w sposób widzialny nastąpiło pojednanie.
A jeśli nie potrafię żałować?
W książce angielskiego pisarza Bruce'a Marshalla „Cud ojca Malachiasza" zamieszczona jest bardzo ładna opowieść. Otóż pewnego razu ojciec Malachiasz, doświadczony duszpasterz, został wezwany do domu publicznego, w którym umierał stary marynarz. Nie było czasu na długą spowiedź, więc kapłan zapytał: „Czy żałujesz?". „No jak mam żałować - odpowiedział ów marynarz -jak te dziewczyny takie piękne?". Doświadczony kapłan nie obraził się, nie groził piekłem, tylko kontynuował: „A żałujesz, że nie żałujesz?". „No tak, żałuję". Na to spowiednik uniósł rękę: „Ja ciebie rozgrzeszam….".
Ta opowieść nie jest zachętą do ułatwiania sobie czegokolwiek, ale pokazuje pewną prawdę. Diabeł, kusząc nas, musi nam podsuwać dobro - na coś innego człowiek nie da się złapać. Kobiety z opowieści skłaniają do grzechu, ale mimo to nie przestają być piękne. Tylko mało rozgarnięty diabeł podsunąłby mężczyźnie jakieś kocmołuchy. Ważne, żeby nie dać się nabrać na jego sztuczki. Jeżeli masz poczucie, że nie żałujesz, to tego właśnie możesz żałować.
I postanowić poprawę…
To kolejny warunek dobrej spowiedzi. Słyszy się czasem, że któryś z polityków mówi: „to decyzja polityczna”. Długo, długo ględził, ale w końcu zdecydował się na jakiś konkret, np. zadeklarował, że na wiosnę odbędą się wybory. Postanowienie poprawy ma być taką decyzją polityczną. Ogólne poczucie, że „chciałbym być lepszy”, nie jest jeszcze postanowieniem poprawy – w gruncie rzeczy każdy z nas w jakiejś mierze jest z siebie niezadowolony. Mocne postanowienie poprawy to decyzja, że w moim życiu zajdzie konkretna zmiana. Trzeba liczyć się z jej konsekwencjami, np. zrobić wszystko, by obiecane wybory się odbyły.
Nie należy zatem „poprawiać się ze wszystkiego".
Poprawa powinna dotyczyć konkretnych rzeczy. Spowiednik może nam pomóc rozpoznać, co jest naszą główną słabością, czego mamy unikać. W rachunku sumienia można postawić sobie pytanie, co postanawiam poprawić, i co dzień rozliczać się z wypełniania tego zobowiązania.
Weźmy taki przykład: wiesz, że przynosisz z pracy do domu wszystkie swoje frustracje i wylewasz je na domowników. Możesz nad tym zapanować. Wobec szefa jesteś uprzejmy, bo się boisz, dlaczego więc nie boisz się domowników, których ranisz swoim postępowaniem?
Dopiero po spełnieniu tych trzech warunków następuje „szczera spowiedź".
Tak. Warto mieć świadomość, że w dzisiejszych czasach jest nam o wiele łatwiej. W pierwszych wiekach spowiedź z tzw. grzechów publicznych była jawna. Najpierw delikwent wyznawał grzech biskupowi, ten nakładał pokutę, którą biedak musiał odprawiać czasem przez wiele lat. W tym czasie nie mógł uczestniczyć w Eucharystii, podczas Liturgii Słowa stał w przedsionku kościoła; wszyscy wiedzieli, że jest grzesznikiem. Gdy zakończył pokutę, wyznawał (niekiedy nawet publicznie) ów grzech i otrzymywał rozgrzeszenie. Teraz grzechy również wyznajemy wobec wspólnoty, ale jej przedstawicielem jest upoważniony do tego kapłan, przyjmujący nasze wyznanie w imię Chrystusa.
- fragment
W momencie, gdy człowiek uświadamia sobie, że coś jest nie tak, i to „nie tak" nie oznacza niepowodzenia w miłości czy w interesach, ale w tym, co w życiu najistotniejsze - w relacji z Panem Bogiem. Moment uświadomienia sobie tego i wewnętrznego rozliczenia się ze sobą przed Bogiem katechizmowo nazywamy rachunkiem sumienia.
Często już na tym etapie napotykamy problemy.
Tak. Myślę, że ludziom zdarza się mylić głos sumienia z poczuciem winy, które rodzi się w nich, gdy nie spełniają czyichś oczekiwań. Mogą być one nawet bardzo słuszne i dobre: rodzice pragną, bym się dobrze sprawował; bliscy chcą, bym wypełnił daną im obietnicę. Zdarzają się też jednak inne: ktoś oczekuje, że wręczę mu łapówkę. Co prawda nie robię tego, ale jestem przekonany, że w ten sposób go rozczarowuję. Dlatego spowiadam się później: „zrobiłem przykrość jednemu człowiekowi". A przecież grzechem byłoby dać tę łapówkę. Poczucie winy może być zatem słuszne albo niesłuszne, ale nie można go mylić z sumieniem.
Czym jest sumienie?
Bardzo bliska jest mi definicja św. Tomasza z Akwinu. Jego zdaniem, sumienie to nie żaden wewnętrzny głos, ale osąd rozumu praktycznego. Myśląc o moim postępowaniu, stwierdzam niegodziwość takiego czy innego czynu, gdyż jest on sprzeczny z tym, czego oczekuje ode mnie Pan Bóg.
Można powiedzieć, że sumienie to trybunał osądzający, który w sobie mamy. Jego godność jest tak wielka, że ten „głos” – jak mówi jasno Magisterium – jest dla nas zobowiązujący.
Nawet wtedy, gdy nie zgadza się z nauczaniem Kościoła?
Nawet wtedy, ale sumienie należy kształtować. Odbywa się to m.in. przez posłuszeństwo autorytetowi. Jest to zasada, która obowiązuje we wszystkich tradycjach religijnych. W buddyzmie uczeń jest zobowiązany do posłuszeństwa swojemu mistrzowi, bo inaczej nie będzie miał szansy na duchowy rozwój. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w katolicyzmie, ten aspekt również bardzo się podkreśla.
Innym problemem, który pojawia się przy rachunku sumienia, jest odróżnianie pokusy od grzechu.
Gdy ktoś mówi, że jego myśli krążyły wokół tematów seksualnych, zawsze podkreślam, że grzechem jest „świadome i dobrowolne przekroczenie Bożego przykazania", a w wypadku grzechu ciężkiego - w ważnej materii. W głowie pojawiają „się" jakieś myśli - to krótkie słówko „się" wskazuje na to, że to nie jest świadomy akt. Gorzej, jeśli pod wpływem tych myśli ułożyłeś sobie bardzo chytry plan uwiedzenia cudzej żony. Nawet jeżeli, mimo twoich usilnych starań, plan się nie powiódł, bo dostałeś od kobiety po pysku, to grzech jest. Nie jej - bo słusznie ci dała po gębie, ale twój - bo byłeś gotów popełnić zły czyn. Za to, że się nie udało, chwała wiernej małżonce.
Kiedy idziesz ulicą, zobaczysz dziewczynę i pomyślisz: „Ładna!", to podziękuj Panu Bogu, że stworzył nie tylko tak brzydkie dla nas zwierzęta jak ropuchy, ale i piękne kobiety. Skądinąd jest to dowód Jego dużego poczucia humoru.
Czy rachunek sumienia należy robić tylko przed spowiedzią?
Warto przyglądać się swojemu postępowaniu codziennie, np. pod koniec dnia. Dobrze jest zacząć taką modlitwę od podziękowania, potem dopiero „rachować się”. Często zapominamy, że dobro jest Bożym darem; uważamy, że wszystko się nam należy. Modlitwa dziękczynna sprawia, że zyskujemy odpowiednią perspektywę. Dopiero
wtedy należy postawić sobie pytanie, co złego zrobiłem w minionym dniu. Myślę, że taki wgląd w siebie – nie histeryczne analizowanie swojego poczucia winy, ale stanięcie w prawdzie przed Bogiem – jest bardzo dobry i ułatwia to, co jest istotnym elementem procesu nawrócenia i pojednania, czyli pracę nad sobą.
W każdej księgarni katolickiej jest półeczka z różnymi wersjami „pomocy" w rachunku sumienia. Czy należy z nich korzystać?
Jeżeli dla kogoś takie poradniki są pomocą w kształtowaniu sumienia, proszę bardzo. Ja jestem wobec nich raczej nieufny. Szczególną ostrożność zalecam skrupulantom – jeśli dorwą tego typu książeczkę, to przy spowiedzi będą wymieniać wszystko, co w niej przeczytali, punkt po punkcie. Zdarza mi się takich spowiadać, więc wiem, co mówię. Wszelkie „katalogi grzechów” będą mieć na nich negatywny wpływ. Nie zabraniam zatem, ale zalecałbym ostrożność.
Po rachunku sumienia pora na żal za grzechy.
A z tym bieda. Bo co to znaczy „żałować"? Żal nie jest tylko i wyłącznie kwestią emocji. Zwracam na to uwagę, ponieważ żal emocjonalny jest często wyrazem żalu do samego siebie: „Jak mogłem coś takiego zrobić? Postąpiłem głupio...". Postawa taka nie jest właściwa, gdyż żal za grzechy ma być przeżywany w odniesieniu do Boga.
Jakiś czas temu uświadomiłem sobie, że wielu ludzi nosi w sobie wyłącznie obraz Boga Stworzyciela, siedzącego na tronie w całej swojej transcendencji - dalekiego i niedostępnego. Dlatego często żałujemy ze strachu, że podpadliśmy jakiemuś wielkiemu sędziemu, który wie o nas wszystko. Wyobrażamy sobie, że gdy wyznajemy grzechy, odhacza je w swojej pamięci elektronicznej: „No tak… to, to i to, ale wciąż czekam, bo jeszcze parę rzeczy masz na sumieniu". Takiego Boga nikt nigdy nie widział. My znamy Syna Jednorodzonego, który stał się jednym z nas. To przed Nim trzeba stanąć i uświadomić sobie, że zraniłem Miłość - to jest prawdziwy żal.
Wielcy święci spowiadali się z rzeczy, z których my się nie spowiadamy, co więcej, nigdy nie przyszłoby nam do głowy, by się z nich spowiadać. Mieli świadomość, że dopuścili się niegodziwości wobec bezbronnej, ale i - paradoksalnie - wszechmocnej miłości Boga.
Można zatem mówić o dwóch rodzajach żalu.
Tak. Żal ze strachu nazywamy niedoskonałym, żal z miłości – doskonałym. Pan Bóg jest miłosierny, dlatego wystarczy żal niedoskonały. Chociaż wyrasta on często z miernoty duchowej, jest wyrazem dobrej woli człowieka. Myślę, że w niebie znajdą się nie tylko heroiczni święci.
Kościół głosi, że żal doskonały sam z siebie gładzi grzechy. Równocześnie zaleca się przy najbliższej okazji przedstawić je na spowiedzi, by również w sposób widzialny nastąpiło pojednanie.
A jeśli nie potrafię żałować?
W książce angielskiego pisarza Bruce'a Marshalla „Cud ojca Malachiasza" zamieszczona jest bardzo ładna opowieść. Otóż pewnego razu ojciec Malachiasz, doświadczony duszpasterz, został wezwany do domu publicznego, w którym umierał stary marynarz. Nie było czasu na długą spowiedź, więc kapłan zapytał: „Czy żałujesz?". „No jak mam żałować - odpowiedział ów marynarz -jak te dziewczyny takie piękne?". Doświadczony kapłan nie obraził się, nie groził piekłem, tylko kontynuował: „A żałujesz, że nie żałujesz?". „No tak, żałuję". Na to spowiednik uniósł rękę: „Ja ciebie rozgrzeszam….".
Ta opowieść nie jest zachętą do ułatwiania sobie czegokolwiek, ale pokazuje pewną prawdę. Diabeł, kusząc nas, musi nam podsuwać dobro - na coś innego człowiek nie da się złapać. Kobiety z opowieści skłaniają do grzechu, ale mimo to nie przestają być piękne. Tylko mało rozgarnięty diabeł podsunąłby mężczyźnie jakieś kocmołuchy. Ważne, żeby nie dać się nabrać na jego sztuczki. Jeżeli masz poczucie, że nie żałujesz, to tego właśnie możesz żałować.
I postanowić poprawę…
To kolejny warunek dobrej spowiedzi. Słyszy się czasem, że któryś z polityków mówi: „to decyzja polityczna”. Długo, długo ględził, ale w końcu zdecydował się na jakiś konkret, np. zadeklarował, że na wiosnę odbędą się wybory. Postanowienie poprawy ma być taką decyzją polityczną. Ogólne poczucie, że „chciałbym być lepszy”, nie jest jeszcze postanowieniem poprawy – w gruncie rzeczy każdy z nas w jakiejś mierze jest z siebie niezadowolony. Mocne postanowienie poprawy to decyzja, że w moim życiu zajdzie konkretna zmiana. Trzeba liczyć się z jej konsekwencjami, np. zrobić wszystko, by obiecane wybory się odbyły.
Nie należy zatem „poprawiać się ze wszystkiego".
Poprawa powinna dotyczyć konkretnych rzeczy. Spowiednik może nam pomóc rozpoznać, co jest naszą główną słabością, czego mamy unikać. W rachunku sumienia można postawić sobie pytanie, co postanawiam poprawić, i co dzień rozliczać się z wypełniania tego zobowiązania.
Weźmy taki przykład: wiesz, że przynosisz z pracy do domu wszystkie swoje frustracje i wylewasz je na domowników. Możesz nad tym zapanować. Wobec szefa jesteś uprzejmy, bo się boisz, dlaczego więc nie boisz się domowników, których ranisz swoim postępowaniem?
Dopiero po spełnieniu tych trzech warunków następuje „szczera spowiedź".
Tak. Warto mieć świadomość, że w dzisiejszych czasach jest nam o wiele łatwiej. W pierwszych wiekach spowiedź z tzw. grzechów publicznych była jawna. Najpierw delikwent wyznawał grzech biskupowi, ten nakładał pokutę, którą biedak musiał odprawiać czasem przez wiele lat. W tym czasie nie mógł uczestniczyć w Eucharystii, podczas Liturgii Słowa stał w przedsionku kościoła; wszyscy wiedzieli, że jest grzesznikiem. Gdy zakończył pokutę, wyznawał (niekiedy nawet publicznie) ów grzech i otrzymywał rozgrzeszenie. Teraz grzechy również wyznajemy wobec wspólnoty, ale jej przedstawicielem jest upoważniony do tego kapłan, przyjmujący nasze wyznanie w imię Chrystusa.
- fragment



