petent

czy penitent?

Od kilku lat niechętnie przystępuję do sakramentu spowiedzi. Z własnego doświadczenia i od znajomych wiem też, że często, chcąc wypełnić wpajane od dzieciństwa przykazanie o konieczności spowiadania się przynajmniej raz w roku lub niejako przymuszeni okolicznościami życiowymi (ślub, chrzest itp.), potulnie wędrujemy (nierzadko z karteczką w ręku) do kratek konfesjonału. Czasami na przeszkodzie stoi czysto ludzkie poczucie krzywdy, jaka nas tam spotkała


Kiedy pytałam znajomych, dlaczego mają kłopoty ze spowiedzią, często słyszałam, że denerwuje ich wzbudzane przez głoszących kazania duszpasterzy poczucie winy. Zamiast słów o Bogu ratującym człowieka, czekającym z otwartymi ramionami, zbyt często jest jedynie połajanka w stylu: jesteś grzeszny i zły, aby nie wpaść w pychę, powinieneś zawsze o tym pamiętać. Kiedy słyszę podobne słowa, w moim sercu rodzi się bunt. Przecież świat, w którym żyjemy, wcale nas nie rozpieszcza, a o tym, że jesteśmy niekompetentni, nieodpowiedzialni, że jesteśmy nieudacznikami, zbyt często możemy usłyszeć od szefa. Na Mszy oczekujemy raczej słów pokrzepienia i nadziei.

Można by pomyśleć, że istotą życia chrześcijanina jest przestrzeganie zakazów i nakazów: chodzić na Mszę w niedzielę, modlić się codziennie, nie przeklinać, nie kłamać, być dobrym, itd. Jeśli ich nie wypełniamy, to znaczy, że nie kochamy Pana Boga, nie szanujemy Jego nauczania, nie dbamy o to, żeby wypełniać Jego wolę. Bóg, niestety, przestaje być wtedy Ojcem, a staje się księgowym, który skrupulatnie odnotowuje każde przewinienie i słabość człowieka. Aja - człowiek -powinienem nieustannie pamiętać, że generalnie jestem zły, a tylko chwilami dobry. Nie mam zbyt wielu dobrych cech, a nawet jeśli jakieś mam, to ciągle muszę walczyć o to, żeby zło nie opanowało mojego wnętrza, bo jeśli choć na chwilę je opanuje - nastąpi niechybnie katastrofa.

Wertuję kolejne modlitewniki z rachunkami sumienia, zamieniam się w detektywa tropiącego najmniejszy przejaw występku we własnej duszy, w świecie, w najbliższych. Nie ma miejsca na zaufanie, dobro i miłość, jest natomiast miejsce na strach, lęk i zniechęcenie. Idąc do konfesjonału, wielokrotnie musiałam walczyć z takim demonicznym obrazem Boga w sobie. Starałam się uwierzyć, że On chce mnie - człowieka - wysłuchać.

Część moich znajomych otwarcie przyznaje, że nie chodzi do spowiedzi z lenistwa. Po co bowiem zadawać sobie trud otwarcia głębi swojej duszy przed kimś zupełnie obcym, często obcesowym, poganiającym („bo jeszcze taka kolejka") czy po prostu zmęczonym („bo tyle już ludzi wyspowiadałem"). Niestety wiele razy doświadczyłam w konfesjonale niezrozumienia i braku szacunku. Bardzo trudno było mi zachować w sercu wiarę w sens takiej spowiedzi. Czy nie powinna ona pomagać w pracy nad sobą? Spowiadanie się u przypadkowych księży (a tak najczęściej bywa w praktyce) traci wtedy jednak sens, ponieważ brakuje ciągłości. Najlepiej byłoby mieć stałego spowiednika, kogoś, kto będzie nam towarzyszył w zmaganiach ze sobą i komu po prostu będziemy ufać. Niełatwo jednak znaleźć kogoś takiego.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl