„religia
wyzwala czy uzależnia"
z o. Jackiem Prusakiem SJ,
teologiem i psychoterapeutą,
rozmawiają Sławomir Rusin i Marcin Jakubionek
teologiem i psychoterapeutą,
rozmawiają Sławomir Rusin i Marcin Jakubionek
Ojcze, Anselm Grün OSB powiedział kiedyś, że uzależnić można się nie tylko od alkoholu, gier czy seksu, ale także od religii. Czy to prawda?
Prawie od wszystkiego można się uzależnić. Dlaczego nie od religii?
Jak to możliwe?
Wiele zależy od tego, do czego człowiekowi religia będzie potrzebna. Jeżeli będzie ją traktował instrumentalnie, to niebezpieczeństwo uzależnienia istnieje; niekoniecznie rozumianego jako jednostka chorobowa, ale jako forma wewnętrznego zniewolenia.
Prawie od wszystkiego można się uzależnić. Dlaczego nie od religii?
Jak to możliwe?
Wiele zależy od tego, do czego człowiekowi religia będzie potrzebna. Jeżeli będzie ją traktował instrumentalnie, to niebezpieczeństwo uzależnienia istnieje; niekoniecznie rozumianego jako jednostka chorobowa, ale jako forma wewnętrznego zniewolenia.
Należy jednak uściślić: nie ma czegoś takiego jak religia w sensie samodzielnego bytu zewnętrznego. Religia to nie to samo, co alkohol, narkotyki czy inne substancje uzależniające. Ona jest bardzo złożonym fenomenem społeczno-kulturowym. Dlatego można się uzależnić nie tyle od niej samej, co od jej wykorzystywania do radzenia sobie z różnymi problemami w życiu, także z sobą samym. Za przykład takiego uzależnienia od religii, a raczej od grupy religijnej bądź jej lidera, mogą służyć sekty bądź pewne destruktywne wspólnoty czy też toksyczne kierownictwo duchowe.
Dlaczego ludzie uciekają w religię, uzależniają się od niej?
W grę tu wchodzą zarówno dyspozycje indywidualne jak i specyficzne sposoby funkcjonowania takich grup i ich liderów.
Wiele osób poszukuje życia wypełnionego sensem oraz interesuje się nadzwyczajnymi doświadczeniami duchowymi; może także odczuwać niezadowolenie z materialistycznego społeczeństwa i/bądź konformistycznych rodziców; chce zaangażować się w „wielką sprawę"; próbuje poradzić sobie z bolesnymi doświadczeniami czy nierozwiązanymi konfliktami. Może temu towarzyszyć brak wsparcia społecznego lub kryzys wieku średniego. Religie potrafią zaspokoić te potrzeby, dać swoim wyznawcom poczucie sensu, bezpieczeństwa i właściwie wybranego kierunku życia.
To źle?
To samo w sobie nie jest złe. Niemniej osoby, które nie tolerują w życiu żadnej ambiwalencji, szukają często w religii potwierdzenia swojej postawy. Religia służy im do usprawiedliwienia biało-czarnego obrazu rzeczywistości, daje jasne odpowiedzi na wszystkie złożone problemy, jakie niesie ze sobą życie. Tacy ludzie łatwo ulegają pokusie dogmatyzmu i fundamentalizmu, są zaślepieni, myląc formację duchową z religijną indoktrynacją, zostają ubezwłasnowolnieni przez „wspólnotę" i zatracają własne poczucie tożsamości. Uzależnieniem od religii, choć mniej niebezpiecznym w skutki emocjonalne, jest tradycjonalizm. „Wiara" postrzegana jest w nim jako antidotum na niemożność pogodzenia się z tym, że życie nie jest takie jednoznaczne, że jest w nim niepewność, ryzyko, poczucie zagubienia itd. Wielu tradycjonalistom religia służy właśnie do usprawiedliwienia ich postaw wobec świata. Świat ciągle się zmienia, a im bardziej się zmienia, tym bardziej, ich zdaniem, nie może zmieniać się religia. Dlatego obsesyjnie trzymają się tego, co „stare" i panicznie boją się wszelkich zmian.
Bo religia jest ostoją...
Tak, daje stabilizację, ale równocześnie zatrzymuje w miejscu, w ostateczności prowadząc do skostnienia osobowości zamiast jej rozwoju.
Nie prowadzi do przeżycia duchowego...
Może prowadzić, tyle że od przeżycia duchowego też można się uzależnić. Jest to uzależnienie od pewnych emocji wyzwalanych przez ryty, obrzędy, wspólnotowość. Takie emocje zmieniają samopoczucie, a ponieważ rodzą się w aurze religijnego „natchnienia", to nadaje się im specjalny status, a sobie przypisuje specjalną rolę. Można wtedy usłyszeć: „zostałem wysłuchany", „jestem powołany do czegoś wyjątkowego", „jestem blisko Boga" itp.
Z tego, co Ojciec mówi, można wywnioskować, że te doświadczenia są tylko naszą projekcją, nie mogą być prawdziwe. Nie można realnie doświadczyć bliskości Boga? A co to znaczy „realnie?". Wprowadził Pan słowo, które należy do języka filozofów i teologów.
Jest takie powiedzenie psychologów, że „mówienie do Boga to modlitwa, ale słyszenie Boga to psychoza". Nie chcę przez to powiedzieć, że Bóg nie przemawia do człowieka, a człowiek nie może Go usłyszeć. Boga nie można jednak zamknąć w słowach czy wyobrażeniach. Naszym zwyczajnym środkiem komunikacji z Nim jest wiara i Słowo, jakie wypowiedział do nas. Wiara, dzięki łasce, czyni z tej komunikacji doświadczenie realne - bycia w obecności Boga. Owa Obecność to Tajemnica.
Prawdziwa, głęboka wiara wymaga stanięcia przed Tajemnicą, ale nie daje mi gwarancji, że określone praktyki i postawa przyniosą mi odpowiedź na wszystkie pytania i pewność, że jestem na właściwej drodze. Czy wiara nie powinna dawać nam pewności, że nasze religijne doświadczenia są prawdziwe? Wiara nie polega tylko na pokonywaniu i usuwaniu wątpliwości, ale również na zdolności ich znoszenia i wytrzymywania.
Dlaczego wątpliwości mają być czymś pozytywnym?
Dlatego, że bez nich uzależniamy się od idola, bożka, myśląc, że to Bóg, mylimy Prawdę z poczuciem pewności. To jest inna strona uzależnienia od religii. Przedmiotem uzależnienia jest tu nie tyle kult, obrzędowość, zasady, co specyficzna koncepcja Boga, którą się w tej religii odnajduje. Ale to nie jest Bóg. Od Boga nie można się uzależnić, bo On na to nie pozwoli. Od idola tak, bo on jest naszą kreacją.
Prawdziwa wiara jest zatem wątpieniem, tak?
Nie. Jest „wiarą z wątpliwościami". Przywołuję tu określenie ks. Tomáša Halika, bo jest mi ono bardzo bliskie i wskazuje na to, że istnieje ogromna przepaść między niepojętością Boga a wszelkimi ludzkimi środkami wyrażania tej tajemnicy w konkretnym religijnym języku, wyobrażeniach i pojęciach. Po drugie, w życiu niełatwo jest jasno rozróżnić w wielu konkretnych przypadkach ludzkiej woli a Bożej, chyba że jest się uzależnionym od werdyktów „guru".
Prawdziwa wiara jest zgodą na to, że prócz pocieszenia religia może przynieść nam także strapienie. Biblia stawia nam Abrahama za wzór wierzącego, by pokazać, że wiara jest zaufaniem, które oznacza pozostawienie wolności Panu Bogu. On będzie nas wzywał do rzeczy, które mogą burzyć nasze poczucie bezpieczeństwa, nasz komfort, które mogą odbiegać od naszego wyobrażenia na temat tego, co powinniśmy robić. Nie oznacza to jednak, że na tej drodze nie będzie chwil wytchnienia, szczęścia, poczucia spełnienia. Nie będzie to jednak stan, towarzyszący nam przez całe życie i na naszych warunkach.
Ludzie, którzy doświadczyli cierpienia, wielu traum właśnie w religii szukają wsparcia. Czy to dobrze?
A dlaczego miałoby to być złe? Gdzieś muszą go szukać. Nie jest też źle, że znajdują. Do rozstrzygnięcia pozostaje tylko kwestia, jak to robią. Jeśli nieustannie będę modlił się o uzdrowienie jakiejś traumy, nie pytając nigdy Boga o to, czy On przypadkiem nie chce, abym jakoś inaczej zmierzył się z moim problemem, to modlitwę zaczynam traktować jak magię, a jakąś jej formę jak talizman. Może Pan Bóg pragnie, abym właśnie w tym bolesnym doświadczeniu budował z Nim relację i w ten sposób - przez oczyszczanie siebie, swoich motywacji - był stopniowo uzdrawiany i uwalniany od tego ciężaru. Bieganie od jednej grupy uzdrowienia do drugiej nie pomoże mi się przemienić. To jest poszukiwanie zapomnienia, a nie uzdrowienia, i w jakimś sensie droga do uzależnienia. Osoba, której brakuje wspomnianej dojrzałości, nie będzie brała pod uwagę innych możliwości pomocy sobie oprócz tych, które łączą się z jej wyobrażeniem o doświadczeniu ulgi. Inni znów wychodzą z założenia, że każde cierpienie trzeba przyjąć, bo „kogo Pan Bóg miłuje, tego krzyżuje". To masochistyczne przekonanie, że w samym cierpieniu ukryta jest jakaś wyzwalająca moc, a „znoszenie krzyża" oznacza akceptację ran jakie zadaje nam Bóg.
- fragment
Dlaczego ludzie uciekają w religię, uzależniają się od niej?
W grę tu wchodzą zarówno dyspozycje indywidualne jak i specyficzne sposoby funkcjonowania takich grup i ich liderów.
Wiele osób poszukuje życia wypełnionego sensem oraz interesuje się nadzwyczajnymi doświadczeniami duchowymi; może także odczuwać niezadowolenie z materialistycznego społeczeństwa i/bądź konformistycznych rodziców; chce zaangażować się w „wielką sprawę"; próbuje poradzić sobie z bolesnymi doświadczeniami czy nierozwiązanymi konfliktami. Może temu towarzyszyć brak wsparcia społecznego lub kryzys wieku średniego. Religie potrafią zaspokoić te potrzeby, dać swoim wyznawcom poczucie sensu, bezpieczeństwa i właściwie wybranego kierunku życia.
To źle?
To samo w sobie nie jest złe. Niemniej osoby, które nie tolerują w życiu żadnej ambiwalencji, szukają często w religii potwierdzenia swojej postawy. Religia służy im do usprawiedliwienia biało-czarnego obrazu rzeczywistości, daje jasne odpowiedzi na wszystkie złożone problemy, jakie niesie ze sobą życie. Tacy ludzie łatwo ulegają pokusie dogmatyzmu i fundamentalizmu, są zaślepieni, myląc formację duchową z religijną indoktrynacją, zostają ubezwłasnowolnieni przez „wspólnotę" i zatracają własne poczucie tożsamości. Uzależnieniem od religii, choć mniej niebezpiecznym w skutki emocjonalne, jest tradycjonalizm. „Wiara" postrzegana jest w nim jako antidotum na niemożność pogodzenia się z tym, że życie nie jest takie jednoznaczne, że jest w nim niepewność, ryzyko, poczucie zagubienia itd. Wielu tradycjonalistom religia służy właśnie do usprawiedliwienia ich postaw wobec świata. Świat ciągle się zmienia, a im bardziej się zmienia, tym bardziej, ich zdaniem, nie może zmieniać się religia. Dlatego obsesyjnie trzymają się tego, co „stare" i panicznie boją się wszelkich zmian.
Bo religia jest ostoją...
Tak, daje stabilizację, ale równocześnie zatrzymuje w miejscu, w ostateczności prowadząc do skostnienia osobowości zamiast jej rozwoju.
Nie prowadzi do przeżycia duchowego...
Może prowadzić, tyle że od przeżycia duchowego też można się uzależnić. Jest to uzależnienie od pewnych emocji wyzwalanych przez ryty, obrzędy, wspólnotowość. Takie emocje zmieniają samopoczucie, a ponieważ rodzą się w aurze religijnego „natchnienia", to nadaje się im specjalny status, a sobie przypisuje specjalną rolę. Można wtedy usłyszeć: „zostałem wysłuchany", „jestem powołany do czegoś wyjątkowego", „jestem blisko Boga" itp.
Z tego, co Ojciec mówi, można wywnioskować, że te doświadczenia są tylko naszą projekcją, nie mogą być prawdziwe. Nie można realnie doświadczyć bliskości Boga? A co to znaczy „realnie?". Wprowadził Pan słowo, które należy do języka filozofów i teologów.
Jest takie powiedzenie psychologów, że „mówienie do Boga to modlitwa, ale słyszenie Boga to psychoza". Nie chcę przez to powiedzieć, że Bóg nie przemawia do człowieka, a człowiek nie może Go usłyszeć. Boga nie można jednak zamknąć w słowach czy wyobrażeniach. Naszym zwyczajnym środkiem komunikacji z Nim jest wiara i Słowo, jakie wypowiedział do nas. Wiara, dzięki łasce, czyni z tej komunikacji doświadczenie realne - bycia w obecności Boga. Owa Obecność to Tajemnica.
Prawdziwa, głęboka wiara wymaga stanięcia przed Tajemnicą, ale nie daje mi gwarancji, że określone praktyki i postawa przyniosą mi odpowiedź na wszystkie pytania i pewność, że jestem na właściwej drodze. Czy wiara nie powinna dawać nam pewności, że nasze religijne doświadczenia są prawdziwe? Wiara nie polega tylko na pokonywaniu i usuwaniu wątpliwości, ale również na zdolności ich znoszenia i wytrzymywania.
Dlaczego wątpliwości mają być czymś pozytywnym?
Dlatego, że bez nich uzależniamy się od idola, bożka, myśląc, że to Bóg, mylimy Prawdę z poczuciem pewności. To jest inna strona uzależnienia od religii. Przedmiotem uzależnienia jest tu nie tyle kult, obrzędowość, zasady, co specyficzna koncepcja Boga, którą się w tej religii odnajduje. Ale to nie jest Bóg. Od Boga nie można się uzależnić, bo On na to nie pozwoli. Od idola tak, bo on jest naszą kreacją.
Prawdziwa wiara jest zatem wątpieniem, tak?
Nie. Jest „wiarą z wątpliwościami". Przywołuję tu określenie ks. Tomáša Halika, bo jest mi ono bardzo bliskie i wskazuje na to, że istnieje ogromna przepaść między niepojętością Boga a wszelkimi ludzkimi środkami wyrażania tej tajemnicy w konkretnym religijnym języku, wyobrażeniach i pojęciach. Po drugie, w życiu niełatwo jest jasno rozróżnić w wielu konkretnych przypadkach ludzkiej woli a Bożej, chyba że jest się uzależnionym od werdyktów „guru".
Prawdziwa wiara jest zgodą na to, że prócz pocieszenia religia może przynieść nam także strapienie. Biblia stawia nam Abrahama za wzór wierzącego, by pokazać, że wiara jest zaufaniem, które oznacza pozostawienie wolności Panu Bogu. On będzie nas wzywał do rzeczy, które mogą burzyć nasze poczucie bezpieczeństwa, nasz komfort, które mogą odbiegać od naszego wyobrażenia na temat tego, co powinniśmy robić. Nie oznacza to jednak, że na tej drodze nie będzie chwil wytchnienia, szczęścia, poczucia spełnienia. Nie będzie to jednak stan, towarzyszący nam przez całe życie i na naszych warunkach.
Ludzie, którzy doświadczyli cierpienia, wielu traum właśnie w religii szukają wsparcia. Czy to dobrze?
A dlaczego miałoby to być złe? Gdzieś muszą go szukać. Nie jest też źle, że znajdują. Do rozstrzygnięcia pozostaje tylko kwestia, jak to robią. Jeśli nieustannie będę modlił się o uzdrowienie jakiejś traumy, nie pytając nigdy Boga o to, czy On przypadkiem nie chce, abym jakoś inaczej zmierzył się z moim problemem, to modlitwę zaczynam traktować jak magię, a jakąś jej formę jak talizman. Może Pan Bóg pragnie, abym właśnie w tym bolesnym doświadczeniu budował z Nim relację i w ten sposób - przez oczyszczanie siebie, swoich motywacji - był stopniowo uzdrawiany i uwalniany od tego ciężaru. Bieganie od jednej grupy uzdrowienia do drugiej nie pomoże mi się przemienić. To jest poszukiwanie zapomnienia, a nie uzdrowienia, i w jakimś sensie droga do uzależnienia. Osoba, której brakuje wspomnianej dojrzałości, nie będzie brała pod uwagę innych możliwości pomocy sobie oprócz tych, które łączą się z jej wyobrażeniem o doświadczeniu ulgi. Inni znów wychodzą z założenia, że każde cierpienie trzeba przyjąć, bo „kogo Pan Bóg miłuje, tego krzyżuje". To masochistyczne przekonanie, że w samym cierpieniu ukryta jest jakaś wyzwalająca moc, a „znoszenie krzyża" oznacza akceptację ran jakie zadaje nam Bóg.
- fragment



