Znaleźć swoją wyspę

ELA KONDERAK
Rosyjski film pt. „Wyspa" w reżyserii Pawła Łungina powstał w 2006 r. Szybko zdobył uznanie widzów i wiele nagród na różnych festiwalach. Trudno się temu dziwić, jest to bowiem film niezwykły. Przede wszystkim jest odważny. W czasach, gdy mówienie o duchowości chrześcijańskiej jest raczej źle wdziane (o sprawach duchowych i religijnych kino opowiada używając zazwyczaj fantastyki), „Wyspa" ma odwagę pokazywać modlitwę psalmami i roztrząsać subtelności ludzkich sumień otwartych na Boga


Akcja filmu rozpoczyna się w 1942 r. na Morzu Białym. Niemiecki okręt wojenny napada na radziecki holownik z węglem. Młody przerażony marynarz z holownika zdradza, gdzie ukrył się jego dowódca Tichon i na żądanie Niemców, w nadziei na uratowanie własnego życia, strzela do niego. Niemcy odpływają zostawiając przy życiu marynarza. Wcześniej jednak podłożyli na statku materiał wybuchowy. Eksplozja następuje w chwili, kiedy bohater cieszy się z tego, że jednak darowano mu życie. Rannego ratują mnisi z pobliskiego klasztoru. Następnie akcja przenosi się w lata siedemdziesiąte. Jest zima, na małej wysepce w niewielkim klasztorze mieszka kilku mnichów. Powoli odkrywamy, że jeden z nich, Anatol, jest tym marynarzem, który strzelał do swego przyjaciela dowódcy. To powolne odkrywanie tożsamości bohatera łączy się z odkrywaniem roli, jaką pełni on w klasztorze. Jest palaczem, jak kiedyś na statku, ale jednocześnie człowiekiem, do którego ściągają ludzie z daleka, prosząc o pomoc duchową, uzdrowienie i modlitwę. A on rzeczywiście uzdrawia i modli się za nich. Modli się również nieustannie za siebie, wiedząc, że jest wielkim grzesznikiem. Słowa modlitwy Jezusowej: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem"1 niemal nie schodzą z jego ust. Scena, w której płynie łodzią i odmawia tę modlitwę wmontowana została już w napisy początkowe filmu. Anatol często udaje się na odludne miejsce na sąsiedniej wysepce. Tam pokutuje i woła do Boga, i do Tichona prosząc o przebaczenie i uwolnienie od brzemienia, które dźwiga. Aż pewnego dnia spotyka Tichona na swojej wyspie…

Fabuła wydaje się trochę wydumana, bliższa studenckiej etiudzie, niż wielkiemu dziełu filmowemu. Ciekawe, że brak tu nieśmiertelnego schematu, właściwego większości powieści i filmów, który można opisać zdaniem: „on i ona kochają się". A jednak powstał film wybitny. Stało się tak ponieważ twórcy zaufali temu, w co już niemal nikt w branży filmowej nie wierzy, zaufali chrześcijaństwu, które w nas jest. Można to prześledzić analizując sposób pokazania modlitwy. Na ogół unika się ukazywania scen modlitwy wprost. Jeśli już ktoś ją w kinie pokazuje, to robi to najczęściej dyskretnie, z dystansu, jakby to było coś wstydliwego, niestosownego, czy nieprawdziwego. Można to zrobić ustawieniem kamery, lub montażem. W tym filmie główny bohater modli się niemal bez przerwy, czasem bardzo żarliwie. Kamera wcale go jednak wtedy nie unika. Przeciwnie, staje naprzeciw niego prawie nieruchomo i „gapi się", pokazując modlitwę od początku do końca. Ma to miejsce np. w scenie uzdrawiania chłopca. Dzięki temu obserwujemy coś, co znamy z własnego doświadczenia, ale rzadko analizujemy, więc również rzadko zdajemy sobie z tego sprawę. Otóż modlitwa nie jest czymś jednostajnym, ona się w nas rozwija. Anatol na początku jest nieporadny, jakby szukał właściwego miejsca do modlitwy (wewnętrznego i zewnętrznego), zaczyna od znanych formuł modlitewnych, które są bardzo piękne i niosą ze sobą ciężar wieków ale i pewną sztywność. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Więc Anatol zaczyna od pochwalenia Boga, powitania Go. Po chwili jego serce staje się gorące i taka też staje się jego modlitwa. Można odnieść wrażenie, że jest to jakiś dokument, że nie widzimy modlącego się aktora, ale człowieka, który rzeczywiście walczy przed Bogiem o zdrowie chłopca. W końcu modlitwa zanika, wtedy Anatol odwraca się do chłopca i dość nieporadnie chce mu przekazać to, że już nie potrzebuje kul, żeby chodzić. Podobnie jest wtedy, kiedy przybywa na odludzie. Przy- pływa tam, żeby się modlić i znowu zaczyna nieporadnie (jakby to był błąd w scenariuszu, coś niedopracowanego), znowu na początku formuły i znowu po chwili jego serce wypełnia żar, kiedy błaga o przebaczenie.

„Wyspa" to film, w którym nikomu się nie spieszy, choć napięcie przez cały czas nie słabnie. Nie spieszy się scenarzyście i reżyserowi, więc powoli odkrywamy niuanse zdarzeń i powiązań między ludźmi, nie spieszy się montażyście, więc możemy nacieszyć oczy niezwykłym surowym pustkowiem, a długie sekwencje pozwalaja wybrzmieć duchowym doświadczeniom bohaterów. Nie spieszy się aktorom, więc nie graja szaleńczo, „od kulisy do kulisy". Każda, nawet drobna czynność jest ważna, każda opowiedziana filmowo do końca. Jest tak, jak ucza wszyscy mistrzowie życia duchowego: to, co robisz teraz rób tak, jakby to miała być ostatnia rzecz, jaka robisz w życiu. Dla mnie osobiście jest to też film o tym, że każdy z nas ma taka ukryta przed wszystkimi wyspę, na której czyni pokutę i zdobywa prawdę o sobie.


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl