jablko

"spowiedź,

czyli wyznanie tego, co jest w nas bez sensu"



Obejrzeliśmy „Wyspę" Pawła Łungina i w redakcji rozgorzała dyskusja. Bo film rzeczywiście przejmujący i niezwykły, ale jednocześnie jest w nim jakieś zafałszowanie. Nie chodzi o zafałszowanie doświadczenia duchowego, o którym opowiada, ale o lekceważenie realiów czasów, w których rozgrywa się akcja. Tak, jakby rzecz zdarzyła się w całkiem innym kraju. Pisze o tym Piotr Dylik w swoim tekście. Nie chodzi już tylko o to, że w Związku Radzieckim, w latach siedemdziesiątych istnienie takiego klasztoru, jaki widzimy w filmie, byłoby raczej niemożliwe. Dziwne wydaje się przede wszystkim umieszczenie akcji w pobliżu miejsca największych łagrów sowieckich i nie napomknięcie o tym ani słowem. Dziwne i niestosowne. Wyobrażam sobie, co by się działo, gdyby jakiemuś polskiemu reżyserowi przyszło do głowy umieszczenie akcji filmu, nawet głęboko duchowego, podczas II wojny światowej obok KL Auschwitz i udawanie, że tam nie ma żadnego obozu.



Doświadczenie duchowe człowieka, jeśli jest prawdziwe, zawsze jest mocno związane z tym, co się obok niego dzieje, z życiem społeczeństwa i narodu. Wygląda na to, że kiedy my spieramy się niemal o każdego agenta działającego w PRL, Rosjanie, póki co, nie widzą niczego niestosownego w swojej historii. O. Andrzej Kamiński OP, który na co dzień pracuje w Czortkowie na Ukrainie opowiedział nam przy okazji rozmowy o filmie i pokucie pewną niezwykłą i pouczającą historię z tamtych terenów. W jednej z miejscowości w okolicach Czortkowa, w Jagielnicy, gdzie zawsze w niedzielę odprawia Mszę św., stoi pięknie odnowiony kościół. Ale ten kościół nie zawsze był taki. W czasach Związku Radzieckiego przerobiono go na salę gimnastyczną. Przeróbka dokonywała się dość brutalnie. Zachęcano a nawet zmuszano dzieci ze szkoły podstawowej, do jego dewastacji. Rozbijały więc figury świętych i niszczyły co się dało. Z czasem pokończyły szkoły, założyły rodziny, rozjechały się po sąsiednich miejscowościach i prowadziły przykładne życie. Aż pewnej niedzieli, całkiem niedawno, już jako dorosłe osoby, niespodziewanie zjawiły się sporą gromadką w kościele w Jagielnicy. Przekroczyły sześćdziesiątkę i całe życie niosły na swoich barkach jarzmo tamtego czynu. Zarówno tego, że dewastowały kościół, jak i tego, że przez lata grały tam w piłkę i uprawiały inne sporty. Cały czas doświadczały tego jako świętokradztwa. Ich grekokatolicki batiuszka poradził im w końcu jako pokutę i zadośćuczynienie powrót do tego kościoła, spowiedź w nim i Komunię św. Tak właśnie zrobiły, zamykając w ten sposób wieloletnią udrękę..

ELA KONDERAK
redaktor naczelny


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl