Jezus

tańczący

TOMASZ KWIECIEŃ OP
W Muzeum Narodowym w Berlinie przechowywana jest szkatuła z kości słoniowej z 1100 r., na której wyrzeźbiono Wniebowstąpienie Pańskie. Na samym dole widać dwanaście małych postaci, patrzących w górę, które nie do końca wiedzą, co się dzieje - to Apostołowie. Na górze - skierowana w dół, błogosławiąca ręka Boga Ojca. Centralną część płaskorzeźby zajmują natomiast czterej aniołowie podtrzymujący mandorlę (wielką aureolę w kształcie migdała) otaczającą całą postać Chrystusa. W tradycji ikonografii chrześcijańskiej w mandorli przedstawiano zazwyczaj Chrystusa Pantokratora, siedzącego na tronie. Ale na tej szkatule, w środku mandorli Chrystus... tańczy

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę płaskorzeźbę, pomyślałem sobie, jak bardzo ten człowiek - Chrystus, musiał kochać swojego niebieskiego Ojca, że wstępował do Niego w tak radosnym, nawet ekstatycznym ruchu. A z drugiej strony jak bardzo ten Bóg-Chrystus musiał kochać nas, ludzi, że zgodził się opuścić Ojca i wziąć udział w naszej egzystencji? W tańcu Jezusa jest radość i tęsknota. Cały zapatrzony jest w Ojca, nie tylko wyciąga do Niego ręce, ale całym swoim ciałem kieruje się ku Niemu. Przyszło mi na myśl, że my wszyscy - Kościół, który jest ciałem Chrystusa -jednocząc się z Nim, też bierzemy udział w tym tańcu wstępowania do Ojca. Jesteśmy Jego tańczącym ciałem.

Dwunastowieczny rzeźbiarz nie miał wątpliwości, że ciałem można wyrażać najgłębsze pragnienia i tęsknoty swojej duszy. Cielesność nie jest bowiem obciążeniem człowieka, ale jego doskonałością. Kiedy czytamy w Księdze Rodzaju drugi opis stworzenia człowieka, możemy nabrać przekonania, że ludzkie ciało jest pamiątką Bożej czułości. On nie stworzył człowieka jedynie słowem - ulepił go z gliny. Ciało człowieka powstało z dotyku Boga. Skoro więc Bóg przemawia do człowieka przez zmysły, używa języka ciała, aby przekonać go o swojej miłości (o czym dobitnie przekonuje święty erotyk, Pieśń nad Pieśniami), to człowiek też w ciele powinien dać Mu odpowiedź. Tylko przez ciało jesteśmy w stanie cokolwiek zrozumieć i przyjąć. Nie mamy anielskiej zdolności przekazywania sobie nawzajem czystych pojęć. Boga też poznajemy poniekąd zmysłowo. Dokonuje się to przez symbole, które łączą to, co materialne i poznawalne zmysłowo z tym, co duchowe i zmysłom niedostępne. Dlatego tak ważne jest zaangażowanie w swoją modlitwę ciała przez gesty i ruch.

święty wśród aktorów

W hagiografii znajdujemy legendę o św. Genezjuszu. Rzecz działa się za czasów cesarza Dioklecjana, który prześladował chrześcijan. Genezjusz był aktorem tzw. teatru niskiego, zajmującego się komediami. W prezentowanych wówczas sztukach wyśmiewano m.in. chrześcijan, ich obrzędy i sposób życia. Podczas jednego z takich przedstawień Genezjusz grał rolę chrześcijańskiego neofity. Na scenie odbył się jego prześmiewczy chrzest, podczas którego parodiowano gesty i słowa chrześcijan. Scenariusz przewidywał także szyderczą scenę skazania i śmierci nowo ochrzczonego. Tymczasem, zaraz po owym prześmiewczym chrzcie, spłynęła na Genezjusza łaska: uwierzył w to, z czego przed chwilą szydził. Ponieważ na przedstawieniu był obecny cesarz, Genezjusz stanął przed nimi i wyznał: „Wszystko do tej pory było tylko grą, teraz jednak stało się to prawdą, jestem chrześcijaninem". Chwilę potem z woli cesarza zginął śmiercią męczeńską, co miało być grą aktorską, stało się sakramentalną i męczeńską rzeczywistością.

Specjaliści mają wątpliwości co do autentyczności tych wydarzeń. Legenda ta była w średniowieczu jednak tak popularna, że doczekała się nawet kilku opracowań dramatycznych. Co sprawiło, że tak chętnie wracano do opowieści o aktorze, który zaczynał przedstawienie jako szyderca, odgrywający chrzest, a kończył je jako człowiek nawrócony i gotowy na męczeńską śmierć? Popularyzatorzy legendy musieli być przekonani, że samo fizyczne wykonanie pewnej czynności pociąga za sobą skutek wewnętrzny. To, że uczyniłem coś z moim ciałem, przy sprzyjających okolicznościach może spowodować poruszenie serca, które mnie przemieni - dokładnie tak, jak aktorska gra zmieniła Genezjusza.

Ten sposób myślenia jest współcześnie chyba zupełnie nieobecny. Akceptujemy punkt widzenia, który mówi, że ciało może wyrażać to, co jest w głębi duszy. Dusza może pobudzać ciało, aby wykonało jakiś gest. Dużo trudniej nam zrozumieć, że jest również odwrotnie: gesty ciała zmieniają coś w naszym wnętrzu. Ciało nie tylko wyraża, ona także pobudza. Dam trywialny przykład: jeśli ktoś mówi pacierz wieczorny na leżąco, to wie doskonale, że zazwyczaj kończy go następnego dnia rano. To, co robimy naszym ciałem, ma wpływ na to, co się dzieje w naszej duszy. Dlatego modlitwa ciała jest tak ważna, ona scala człowieka.

ciało w teorii i w praktyce

Problemem naszych czasów jest odcieleśnienie modlitwy. Idea czynnego uczestnictwa w liturgii w potocznym rozumieniu większości chrześcijan na Zachodzie oznacza: słyszeć wszystko, co się mówi, rozumieć język i odpowiadać to, co trzeba -przy czym zupełnie zapomina się o całej sferze gestu. Wielu krytyków współczesnego rytuału zwraca uwagę, że jest on przegadany, że mało w nim ruchu. Człowiek jest bowiem istotą symboliczną i z natury potrzebuje gestu, ruchu i znaków, żeby w pełni wyrazić siebie i przyjąć rzeczywistość, w której uczestniczy. Wydaje mi się, że nadal święci tryumfy XVII-wieczny prąd duchowy, zwany kwietyzmem, potępiony zresztą przez Kościół. Głosił on wyzwolenie duszy spod władzy ciała przez kontemplację. Jeśli więc ktoś przychodzi pomodlić się do kaplicy, może to robić tylko na klęczkach i w bezruchu. Bardziej „liberalni" mówią, że może też usiąść, ale broń Boże ruszać się. Jeśli ktoś się rusza podczas modlitwy, oznacza to, że dzieje się z nim coś niedobrego. Tymczasem w średniowieczu na takiego modlitewnego katatonika spojrzano by jak na kogoś, kto nie umie zwracać się do Boga. Wtedy uznawano za oczywiste, że człowiek, który się modli, musi się poruszać, ponieważ swoim ciałem wyraża modlitwę. My - ludzie współcześni - zapomnieliśmy, że modlitwa ma angażować całe nasze człowieczeństwo i chyba to jest jednym z powodów, dla których tak chętnie sięgamy do różnych pozachrześcijańskich „duchowości". Być może odkrywamy, że nasza modlitwa staje się sucha, że bezruch nam nie wystarcza. Powiedzmy sobie szczerze: bardzo często nie wiemy, co ze sobą zrobić na modlitwie, bywamy wręcz znudzeni, do głowy nie przychodzi żadna pobożna myśl. Musimy siedzieć i wymyślać. Bywa że taka modlitwa staje się nie do zniesienia. Ludzie biegną i śpiewają „Hare Kriszna", uderzają w bębenki albo kłaniają się tysiąc razy w rytm najróżniejszych religii świata. Tam szukają swojej duchowej ojczyzny, bo nie spotkali jej w Kościele. Ale nie w kościelnej doktrynie, tylko w kościelnej praktyce. Niewierność wezwaniu Chrystusa nie polega w tym wypadku na tym, że Kościół zacznie nagle głosić herezję, ale na tym, że jego doktryna

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl