to przeklęte ciało

z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem
rozmawia Marcin Jakubionek

Dlaczego dziś, kiedy dbałość o zdrowie stała się niemal obowiązkiem, coraz więcej ludzi cierpi na otyłość z powodu obżarstwa lub, co gorsza, doprowadza się do śmierci drakońskimi głodówkami?
Trudno znaleźć jedno wyczerpujące wyjaśnienie tak skrajnych zachowań, bowiem zazwyczaj są one uwarunkowane przez wiele różnych czynników: genetycznych, psychologicznych, społecznych. W wielkim skrócie można by jednak powiedzieć, że takie autodestrukcyjne zachowania w jakiś sposób odzwierciedlają szaleństwo świata, w którym przyszło nam żyć...


Każde szaleństwo ma jednak swoją przyczynę...
Według psychologów u podłoża anoreksji czy bulimii leży skrywana nienawiść do ciała, które nie chce spełniać morderczych wymagań doskonałości. Leczenie, choć możliwe, nierzadko okazuje się nieskuteczne. Destrukcyjne zachowania powracają, ponieważ żyjemy w kulturze, która jest skrajnie antycielesna i była taka od zawsze.

Twierdzi Pan, że żyjemy w świecie, który od początku miał skłonność do szaleństwa?
Właśnie. Już starożytni Grecy czy Rzymianie nie mieli zbyt wysokiego mniemania o ciele, choć pozornie mogłoby się wydawać, że antyk ubóstwił wszystko, co cielesne. Podziwiano piękno ludzkiego ciała, harmonię i symetrię jego budowy, nawet bogów wyobrażano sobie na podobieństwo człowieka. Niemniej traktowano je jako coś gorszego od duszy. Platon, którego filozofia kształtowała światopogląd zarówno wykształconych warstw, jak i zwykłych obywateli, uważał, że świat materialny przypomina kolonię karną a ciało celę, w której uwięziono duszę. Dusza będzie cierpieć dopóki nie zrzuci z siebie jarzma ciała, przez które traci z oczu swe wzniosłe przeznaczenie. W „Timajosie" możemy przeczytać, że każdy człowiek: „Nie przestanie cierpieć w swych wcieleniach, dopóki nie powróci do pierwszego i lepszego usposobienia [...] i nie odrzuci rozumem wszelkiej masy, która się kolejno czepiała jego jestestwa - masy złożonej z ognia, wody, powietrza i ziemi, masy hałaśliwej i nierozumnej, którą można opanować tylko rozumem - i nie powróci do pierwszego i najlepszego stanu".

Chrześcijaństwo w średniowieczu zasymilowało dorobek filozoficzny starożytności, a wraz z nim przejęło negatywny obraz ludzkiej cielesności. Św. Augustyn, który podjął się chrystianizacji Platona, miał do ciała wrogi stosunek. Niektórzy twierdzą, że na jego poglądach zaważył nie tylko platonizm, ale także osobiste doświadczenia. Z jednej strony mówi się o jego przygodzie z manicheizmem, z drugiej o zmaganiach z własną seksualnością. Jakie by nie były powody, Augustyn, będąc jednym z największych Ojców Kościoła, odcisnął na chrześcijaństwie piętno swojej awersji do seksu. Ludzka seksualność była dla niego główną przeszkodą na drodze do Boga. Twierdził nawet, że grzech pierworodny, powód cierpienia i śmierci człowieka, przenosi się drogą płciową. Żadne słowo w Biblii nie potwierdza tego przypuszczenia. A jednak Augustyn doszukał się podpowiedzi w jednej ze scen Księgi Rodzaju. Wyczytał, że Adam i Ewa zakryli swoje intymne miejsca listkami figowymi, kiedy zobaczyli, że są nadzy. Musiał pomyśleć wtedy coś takiego: „Aha! To tutaj jest źródło grzechu pierworodnego". Augustyn widział w ciele powód i symbol przekleństwa, które spotkało pierwszych ludzi w Raju. To ono ich zgubiło, dlatego droga zbawienia mogła wieść jedynie przez poskromienie jego przyziemnych pragnień i poddanie ścisłej kontroli.

Podobne poglądy można odnaleźć wśród przedstawicieli ruchu ascetycznego. Ojcowie Pustyni uważali, że nie wystarczy zamieszkać z dala od cywilizacji, żeby swoje życie poświęcić Bogu. Nawet jeśli ktoś ucieknie na pustynię, pozostanie mu jeszcze jeden wróg do pokonania - własne ciało. Asceta - jak mówili - powinien odziewać się w łachmany, jeść jak najmniej i mało spać. Cel tych praktyk był jeden - złamać to, co było powodem grzechu. Jedynie człowiek niedożywiony, wyziębiony i niedospany mógł całe swe zaangażowanie skupić na Bogu. Niejeden doświadczony Ojciec, otoczony bisiorami, szkarłatami i wykwintnymi pokarmami, uległ pokusie. Nie brak mu było silnej woli, duch protestował, to ciało odmówiło posłuszeństwa.

Ale chrześcijaństwo nie zaczyna się od Ojców Pustyni.
Świadomie nie wspomniałem o Biblii. Co ciekawe, ani w Starym, ani w Nowym Testamencie nie znajdziemy tak skrajnego, jak w filozofii platońskiej, przeciwstawienia duszy i ciała. Dusza w wyobrażeniu Żydów była prawie tak samo cielesna, jak ciało. Nie widziano nic zdrożnego w przyjemnościach typowo cielesnych. Jezus, jak przekazują Ewangeliści, uczestniczył w zabawach i ucztach. Pieśń nad Pieśniami ukazuje także piękno miłości zmysłowej. Można oczywiście powiedzieć, że św. Paweł postrzegał kwestie związane z seksem bardzo powściągliwe, że prorocy Starego Testamentu potępiali prostytucję sakralną, ale - podsumowując - Biblia w porównaniu z tym, co mówił Platon czy Augustyn, wydaje się niezwykle przychylna ciału.

Dopiero w średniowieczu nabrano przekonania, że po ciele niczego dobrego nie można się spodziewać. Zaczęto je postrzegać jako źródło pokus i nieokiełznanych żądz. W następnych epokach było jeszcze gorzej. Pojawili się protestanci, którzy osiągnęli wyżyny w nieufności wobec wszystkiego, co kojarzyło się z ciałem. Zwłaszcza wyznawcy kalwinizmu mieli bardzo restrykcyjną etykę seksualną. Ci pionierzy kapitalizmu postrzegali seks jako potencjalne zagrożenie dobrobytu. Fizyczna bliskość kojarzyła im się ze zbędnym rozpraszaniem energii, równie bezcelowym, jak wyrzucanie pieniędzy w błoto. Chyba z tej przezorności wynikała ich niesłychana skrupulatność w zakrywaniu każdego centymetra ciała. Po co narażać się na niepotrzebne straty.

Podobną gorliwością wykazywali się protestanccy misjonarze. Można by - tylko nieco ironizując - powiedzieć, iż stałymi elementami ich zestawu misyjnego była Biblia, majtki i biustonosze. Każdy napotkany Papuas czy Indianin w Amazonii musiał najpierw zgrzebnie się odziać, zanim usłyszał Dobrą Nowinę. Ukrycie wstydliwych miejsc było pierwszym etapem ewangelizacji. Nieufność wobec ciała przetrwała do dziś - także i w naszej kulturze, szczególnie wśród ludzi starszych. Moja mama zaraz reaguje, gdy w jej ulubionym serialu pojawi się nazbyt wydekoltowana aktorka: „Jak ona może! - mówi - Przecież tak się nie ubiera cywilizowana kobieta".

Zatem wszystkiemu winni są Platon i św. Augustyn?
Wszystkie wielkie kultury, nie tylko Europejczycy, zawsze starały się jakoś odróżnić od natury: Majowie inkrustowali zęby, kobiety w Etiopii wkładają w przebitą dolną wargę drewniany krążek. Ale tylko w kulturze europejskiej te zapędy osiągnęły stopień graniczący z obłędem. Człowiek Zachodu przypomina chłopa ze słynnej piosenki Włodzimierza Grześkowiaka, tego, co „żywemu nie przepuści". Natura wzbudza w nim coś takiego, co natychmiast każe mu ją poprawiać: rzeki uregulować, drzewa przyciąć, trawę skosić, zwierzęta hodować i poddawać selekcji. Japończycy, Chińczycy, jak i inne kultury zostawiały naturze wolność, natomiast na Zachodzie wymyślono naukę, dziedzinę, która ma pozwolić podporządkować naturę aż do ostatniego atomu. Ciało, będąc częścią natury, musi być, w myśl tej filozofii, również poddane kontroli. Asceza, sport, manipulacje ludzkimi genami, klonowanie, a nawet anoreksja są w pewnej mierze przejawem tej samej chęci panowania.

Można zatem postawić znak równości między poszczącym ascetą i anorektykiem?
Mają odmienną motywację, ale metoda, która ma im pomóc osiągnąć cel, jest ta sama. Obaj chcą nauczyć swoje ciało uległości i aby tego dokonać, gotowi są na wszystko. Zmienił się kontekst kulturowy, ludzie mają dziś inne pragnienia, inne cele, ale nienawiść do ciała nadal pozostaje fundamentalną cechą zachodniego świata.

To, co Pan mówi, wydaje się przeczyć tezie, że żyjemy w czasach kultu ciała.
Czy ktoś, kto wyniszcza swój organizm rygorystyczną dietą, czyni to z troski o ciało? Z całą pewnością nie. Podobnie w przypadku wszelkich zabiegów kosmetycznych. Coś, co się wdzięcznie nazywa peelingiem, polega w rzeczywistości na zdzieraniu naskórka do krwi. Podczas operacji plastycznych rurą podobną do tych ze stacji benzynowych wysysa się nadmiar tłuszczu z brzucha, ud, bioder, a specjalnymi gwoździami naciąga skórę na twarzy niczym malarze płótno na blejtramie. I to miałby być jakiś przejaw kultu ciała? Absurdalne przypuszczenie. Jeżeli już trzymać się terminologii „kultowej", to powinniśmy raczej mówić o kulcie wyglądu. Dla współczesnego człowieka ważne jest, czy jego ciało odpowiada pewnym zewnętrznym standardom. Jeżeli od nich odstaje - a odstaje niemal zawsze - to „musi" poprawić co tylko się da: nadaje inny kształt podbródkowi, podnosi biust, idzie na siłownię, odwiedza gabinet kosmetyczny. Tak naprawdę w tej postawie ukryty jest gnostycki brak jakiegokolwiek poczucia związku, jedności z ciałem. Ono jest dodatkiem, materiałem, którym można i trzeba dowolnie manipulować.

Traktujemy ciało jak samochód: trzeba go konserwować, usuwać z niego zadrapania i wgniecenia, a niekiedy odświeżyć mu kolor.
Nie do końca. Samochód można zawsze wymienić na nowy model, ciała na razie nie.

To, co z tego wynika?
Dobra praca oraz szczęśliwe i dostatnie życie zaczynają być czymś nierealnym, przenoszą się do sfery niespełnionych marzeń... Jak mówi znany slogan: „przetrwają najpiękniejsi". Nie można mieć wielkiego brzucha, krzywych nóg i satysfakcjonującej pracy? Powiedziałbym, że taki scenariusz jest coraz rzadziej możliwy. Mówiąc nieco humorystycznie: jeżeli standard określa, że wszyscy muszą mieć trzydzieści dwa równe zęby, właściciel tylko trzech odpada na starcie. Nikt go nie zatrudni, ponieważ będzie odstraszał klientów. Mniej więcej w drugiej połowie XX w. zmieniły się w kulturze ideały i wzorce. Wcześniej liczyło się doświadczenie, jakie człowiek zdobył w ciągu swego życia, jeżeli zjadł przy tym wszystkie zęby, był tym bardziej ceniony. Wiek symbolizował dostojeństwo i wiedzę. Wraz z rewolucją technologiczną do głosu doszła młodość. Okazało się, że ludzie młodzi lepiej się adaptują do szybko zmieniających się warunków, łatwiej się uczą, bez trudu potrafią przyswoić sobie nowe umiejętności. To oni opanowali rynek pracy i do nich większość wielkich firm kieruje swoją ofertę. Cała kultura przeorientowała się na nastolatków i dwudziestolatków. Jeżeli chcesz pozostać graczem na rynku musisz się dostosować. Ci, którym się nie udaje niestety, często lądują na marginesie. Wystarczy jedna nieudana operacja plastyczna, aby dotychczasowa bohaterka mediów, która w telewizji gościła kilka razy w tygodniu i wypowiadała się autorytatywnie na wszystkie tematy towarzyskie -nagle, z dnia na dzień, przestała istnieć i poniosła coś w rodzaju „śmierci społecznej"...

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl