pozwól

mi błądzić

KRZYSZTOF BIELAWSKI
Codziennie, od najmłodszych lat, instynktownie pragniemy wolności, najpierw wolności od tego, czego z różnych racji „nie wolno", potem wolności od ciężaru szkolnych obowiązków, potem od podejrzliwego nadzoru wychowawców i rodziców, potem od społecznych konwenansów i gorsetu moralności, potem od nabytych nałogów, których skutki zaczynają nadszarpywać zdrowie i kieszeń; codziennie od czegoś innego chcemy się uwolnić


Najczęściej rozpoznajemy pragnienie wolności przez jej zaprzeczenie. Równie często bywa tak, że kiedy okowy tego, co naszym zdaniem nas zniewalało opadają, uzyskany stan nie jest już tak atrakcyjny, jak jego wcześniejsze pragnienie. W jego miejsce pojawia się nowe pragnienie nowej wolności od czegoś. Powoli uzmysławiamy sobie, że wszystkie te wolności nie są wolnością, są przechodzeniem do kolejnych etapów godzenia się z koniecznościami społecznych statusów i stanów.

Dojrzałość przychodzi z czasem i z czasem rozpoznajemy pragnienie wolności do czegoś. Zauważamy, że do poczucia wolności dochodzimy drogą pozytywnych wolnych wyborów, wyborów wysiłku, samoograniczenia, dyscypliny i posłuszeństwa w jego najróżniejszych przejawach. Wolność jednak zawsze jest jak horyzont - oddala się, im bardziej się do niego zbliżamy. Jesteśmy w drodze i na tej drodze dokonujemy wyborów dobrych i złych, używamy wolności dobrze lub źle. Takie jest ryzyko poszukiwania wolności, darowanej nam przez Boga, który sam na siebie wziął konsekwencje tego daru.

Nie wiem, gdzie jestem na drodze do mojej wolności. Wiem już, że w ocenie tego miejsca trzeba być ostrożnym, bo wystarczająco wiele razy już się pomyliłem. Można niewolę poczytywać sobie za wolność, a ucieczkę od niej - za jej poszukiwanie. Kiedy miałem 19 lat i zielono w głowie - jakże by inaczej - wydawało mi się, że znam odpowiedź na wszystkie pytania, wiodłem długi i nerwowy spór z moim śp. ojcem na temat wyboru drogi życiowej. Po długiej awanturze i z braku nadziei na jakikolwiek kompromis, powiedziałem: „Może się mylę, ale jestem młody i być może błądzę, pozwól mi błądzić". Zamyślił się, uspokoił i odpowiedział: „pozwalam". Zamurowało mnie i wtedy pierwszy raz zobaczyłem jego wielkość. Postawa ojca dała mi do myślenia i tak naprawdę daje mi do myślenia do dzisiaj. Powoli i długo dojrzewałem do zrozumienia jego racji i do szacunku, jakiego był godzien; i wiem dzisiaj, że wtedy błądziłem, a przynajmniej, że też błądziłem. Jeśli czegoś żałuję, to swojej arogancji, zbudowanej niestety na przekonaniach religijnych.

ucieczka od wolności

Zaproponowany przez Redakcję „Listu" problem ucieczki od wolności jest właściwie cytatem, a dokładniej - żartobliwie mówiąc - zamachem na prawa autorskie do tytułu słynnej, fundamentalnej książki niemieckiego filozofa i psychologa Ericha Fromma1. Szczerze mówiąc, uważna jej lektura prowadzi do wniosku, że trudno dodać cokolwiek do przejmujących dociekań autora, który pytanie o wolność postawił sobie i swojemu narodowi w roku 1941 - w samym środku faszystowskiej zawieruchy. Przemyślał wolność z perspektywy najbardziej biologicznych podstaw kondycji ludzkiej, biblijnej opowieści o grzechu pierwszych ludzi, głównych nurtów teologii chrześcijańskiej - zwłaszcza jej różnych protestanckich postaci, rozpatrywał „wolność od" i „wolność do", wreszcie postawił dramatyczną diagnozę swemu narodowi, który we własnej wolności masowo podążył za niewolą faszystowskiej ideologii. Fromm uznał, że wolność jest „darem dwuznacznym" oraz że „egzystencja ludzka i wolność są od początku nierozłączne". Z drugiej strony jednak równie przejmująca jest prawda o tym, że wszyscy nieustannie uświadamiamy sobie potrzebę ciągłego pytania o wolność i żadne naukowe traktaty nie potrafią tu przyjść z wystarczającą i ostateczną pomocą. Myślenie Fromma jest naznaczone poszukiwaniem, w którym rozpoznajemy samych siebie, w pełnej świadomości, że wolności nie da się raz zdefiniować i jej „używać", ale trzeba jej nieustannie dochodzić i ciągle szukać jej sensu.

W języku „wolność" funkcjonuje na różne sposoby. Najczęściej, potocznie, w sensach pozornie absolutnych: „jestem wolny", mówi więzień, który wyszedł lub uciekł z więzienia; „jestem wolny", woła przedsiębiorca po spłacie ostatniej raty ciążącego kredytu. Podobnie zakrzyknie uczeń w ostatni dzień szkoły po odbiorze świadectwa i w perspektywie długich wakacji. Mówimy o wolności rynku, wolności mediów. Słyszymy o wolności od ograniczeń i o wolności do dokonywania własnych wyborów.

W zależności od kontekstu można mówić o różnych typach wolności: potocznej, filozoficznej, religijnej, społecznej, gospodarczej, politycznej. W dziejach kultury europejskiej najsilniej zaznacza się ta ostatnia - od wielkich ruchów narodowowyzwoleńczych samego choćby XIX w. po dokonujące się na naszych oczach wysiłki narodów i mniejszości narodowych dążących do uznania ich suwerenności. Te polityczne, uzasadnione i oczywiste sensy wolności potrafią niebezpiecznie spleść się z religijnymi -jak to miało i ma miejsce w różnych mesjanizmach ufundowanych z jednej strony na doświadczeniu zniewolenia, którego nie można przezwyciężyć, a z drugiej na potrzebie przeniesienia tej niemożności na wyższy poziom, nadania mu sensu duchowego. Pragnienie wolności politycznej ewoluuje w stronę namysłu nad możliwością zachowania wolności duchowej, tym silniejszej, im większe zniewolenie.

Właśnie kontekst wolności politycznej stanowił punkt wyjścia dla rozważań ks. Józefa Tischnera, które zaowocowały książką „Nieszczęsny dar wolności"2. Wolność jest darem danym i zadanym. Okazuje się jednak, że bardzo często zupełnie nie wiemy, co z nim zrobić. A kiedy już wreszcie wszystko wskazuje na to, że jest w zasięgu ręki, to okazuje się, że jednak pewniej i spokojniej czujemy się w sytuacji, w której wolność nasza jest w jakiejś choćby mierze ograniczona zewnętrznym naciskiem.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl