zapomniane
kapłaństwo wszystkich wierzących
ELA KONDERAK
Bardzo trudno jest dziś mówić o kapłaństwie powszechnym. Jego idea zniknęła ze świadomości chrześcijan jeszcze w pierwszym tysiącleciu. Sobór Watykański II przypomniał ją wiernym w konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen Gentium, a nowy Katechizm Kościoła Katolickiego szeroko ją omawia. Również Jan Paweł II wracał do niej zarówno w swoich homiliach, jak i w dokumentach. Jednak, jak zauważa o. Tomasz Kwiecień OP, trudno w kilkadziesiąt lat przywrócić to, co było w zapomnieniu przez wiele wieków
Historyk Kościoła, ks. Jan Kracik, pisząc o kapłaństwie przywołuje następujący obraz: „Gdyby któryś z pierwszych chrześcijan mógł dziś zapytać przeciętnego katolika o jego odniesienie do Najwyższego Kapłana i kapłaństwa, byłby zapewne zdumiony, dlaczego odpowiedź dotyczy papieża i proboszcza, nie zaś Chrystusa i ogółu wiernych. Przecież - rzekłby - nikt z poszczególnych uczniów Jezusa ani tych, których oni ustanawiają po sobie, nie jest w Nowym Testamencie nazwany kapłanem. Miano to dawane jest tylko wszystkim razem: nowy Boży Lud to królewskie kapłaństwo (1 P 2,9)"2.
Niewiele pomagają teksty używane w liturgii. W Wielki Czwartek „na wejście" często śpiewa się pieśń, która ma taki refren: „Ludu Kapłański, Ludu Królewski, Zgromadzenie święte, Ludu Boży, śpiewaj swemu Panu", ale kto ze świeckich czuje się podmiotem tego refrenu? Kilku moich znajomych wróciło niedawno z zamkniętych rekolekcji zorganizowanych wokół rozważań na temat Mszy św. Opowiadali, że podczas jednego z wieczorów czytali fragment Pierwszej Modlitwy Eucharystycznej: „Pamiętaj Boże, o (…) wszystkich tu zgromadzonych, których wiara i oddanie są Ci znane. Za nich składamy Tobie tę Ofiarę uwielbienia, a także oni ją składają i wznoszą swoje modlitwy ku Tobie, Bogu wiecznemu, żywemu i prawdziwemu, za siebie oraz za wszystkich swoich bliskich, aby dostąpić odkupienia dusz swoich i osiągnąć zbawienie". Dla większości uczestników rekolekcji już sama myśl, że to oni składają ofiarę „za siebie i za wszystkich swoich bliskich" i że jest to tak dokładnie wyrażane podczas Mszy św., była odkryciem. Do tej pory nie zwracali uwagi na te słowa. Niektórzy przyznali, że uciekali od nich, zacierali je w swojej świadomości i pamięci, bo nie bardzo wiedzieli jak je interpretować.
Mimo, że prawda wiary o kapłaństwie powszechnym jest zawarta w Piśmie Świętym3, chyba nie jesteśmy jeszcze gotowi do jej ponownego przyjęcia. Być może dlatego, że język, którym się w Kościele mówi o kapłaństwie powszechnym jest nieco starożytny i sztywny, brakuje w nim odwołań do współczesności, brakuje swobody w opisach tej tajemnicy. Są sformułowania o Najwyższym Kapłanie, o chrzcie, o ofierze, ołtarzu i Duchu Świętym, wszystkie bardzo podniosłe i piękne, ale brzmiące obco dla wiernych. Mówi się, że teologia to nauka ścisła, ale nie może być aż tak „ścisła", by nie uwzględniać szybkich zmian w mentalności i języku, którym podlegają społeczeństwa.
Jest jednak w Kościele całkiem spora grupa świeckich, którzy wiedzą o co chodzi w kapłaństwie powszechnym, a jednak nie chcą żyć tą ideą. Czują się bezradni wobec wielkich wymagań jakie ona ze sobą niesie.
bezradność świeckiego
Jeśli nawet ktoś słyszał o powszechnym kapłaństwie to najczęściej traktuje tę ideę metaforycznie. To taka forma wzbudzania w wiernych większej gorliwości religijnej. W duchowości Kościoła jest wiele różnych metafor mających przybliżyć coś, czego nie rozumiemy (np. naukę o Trójcy Świętej) lub czego się boimy (np. spowiedź). Każdy pewnie pamięta z dzieciństwa obrazki do kolorowania otrzymywane na religii. Były tam często, oprócz postaci biblijnych, również metaforyczne wyobrażenia różnych prawd wiary. Chrześcijanin, który czyta Ewangelię przyzwyczajony jest do metafor i porównań. A ponieważ kapłaństwo to coś, czego już dzisiaj nie rozumiemy, szukamy więc metafor. Może się nam więc wydawać, że kapłaństwo powszechne to taki obrazek do kolorowania, metafora mająca za zadanie jedynie pomoc w zrozumieniu posługi księdza.Niewiele pomagają teksty używane w liturgii. W Wielki Czwartek „na wejście" często śpiewa się pieśń, która ma taki refren: „Ludu Kapłański, Ludu Królewski, Zgromadzenie święte, Ludu Boży, śpiewaj swemu Panu", ale kto ze świeckich czuje się podmiotem tego refrenu? Kilku moich znajomych wróciło niedawno z zamkniętych rekolekcji zorganizowanych wokół rozważań na temat Mszy św. Opowiadali, że podczas jednego z wieczorów czytali fragment Pierwszej Modlitwy Eucharystycznej: „Pamiętaj Boże, o (…) wszystkich tu zgromadzonych, których wiara i oddanie są Ci znane. Za nich składamy Tobie tę Ofiarę uwielbienia, a także oni ją składają i wznoszą swoje modlitwy ku Tobie, Bogu wiecznemu, żywemu i prawdziwemu, za siebie oraz za wszystkich swoich bliskich, aby dostąpić odkupienia dusz swoich i osiągnąć zbawienie". Dla większości uczestników rekolekcji już sama myśl, że to oni składają ofiarę „za siebie i za wszystkich swoich bliskich" i że jest to tak dokładnie wyrażane podczas Mszy św., była odkryciem. Do tej pory nie zwracali uwagi na te słowa. Niektórzy przyznali, że uciekali od nich, zacierali je w swojej świadomości i pamięci, bo nie bardzo wiedzieli jak je interpretować.
Mimo, że prawda wiary o kapłaństwie powszechnym jest zawarta w Piśmie Świętym3, chyba nie jesteśmy jeszcze gotowi do jej ponownego przyjęcia. Być może dlatego, że język, którym się w Kościele mówi o kapłaństwie powszechnym jest nieco starożytny i sztywny, brakuje w nim odwołań do współczesności, brakuje swobody w opisach tej tajemnicy. Są sformułowania o Najwyższym Kapłanie, o chrzcie, o ofierze, ołtarzu i Duchu Świętym, wszystkie bardzo podniosłe i piękne, ale brzmiące obco dla wiernych. Mówi się, że teologia to nauka ścisła, ale nie może być aż tak „ścisła", by nie uwzględniać szybkich zmian w mentalności i języku, którym podlegają społeczeństwa.
Jest jednak w Kościele całkiem spora grupa świeckich, którzy wiedzą o co chodzi w kapłaństwie powszechnym, a jednak nie chcą żyć tą ideą. Czują się bezradni wobec wielkich wymagań jakie ona ze sobą niesie.
nie ma posług ważniejszych i mniej ważnych
Chrześcijanie pierwszych wieków nie znali podziału na świeckich i nie świeckich. W ich świadomości jednym kapłanem był Chrystus, a wszyscy wierni na mocy chrztu uczestniczyli w Jego kapłaństwie. Wiedzieli, że są narodem świętym, ludem [Bogu] na własność przeznaczonym. Wiedzieli, że są plemieniem wybranym. Nie znaczy to, że nie było między nimi różnic. Różnice te były jednak tylko różnicami posług a nie stanów społecznych. Jednakowy status społeczny mieli w gminie chrześcijańskiej nauczyciele i prorocy, charyzmatycy i ci, którzy posługują ubogim, przychodzący na Eucharystię i ci, którzy jej przewodniczą. Określenia: prezbiter (czyli starszy) lub używane zamiennie biskup (czyli stróż, strzegący), oznaczały jedynie kogoś, kto przewodniczy gminie. Były to nazwy używane w języku potocznym, nie miały konotacji religijnych i nie były określeniami hierarchii w dzisiejszym znaczeniu. W gminach pochodzenia judeochrześcijańskiego używano określenia prezbiter, natomiast w gminach, których członkowie wywodzili się z pogan używano określenia biskup (gr. episkopos). Dopiero po edykcie mediolańskim, za czasów cesarza Konstantyna następujązmiany. Chrześcijaństwo staje się religią państwową i w Kościele zaczynają się tworzyć struktury podobne do państwowych. Biskupi otrzymują funkcje administracyjne i powoli powstaje przepaść między duchownymi i świeckimi. Z biegiem lat i wieków w świadomości społecznej biskupi i prezbiterzy stają się jakby bardziej kapłanami niż cały Lud Boży. Proces ten ze wszystkimi subtelnościami opisuje wielu teologów i historyków Kościoła.kapłan, prorok i król?
W adhortacji o powołaniu i misji świeckich czytamy: „Oto świeccy otrzymują w sobie właściwym wymiarze udział w potrójnym urzędzie Jezusa Chrystusa - kapłańskim, prorockim i królewskim. Świadomość tego faktu była zawsze obecna w żywej tradycji Kościoła5". O ile funkcja kapłańska, będąc nieustanną ofiarą jest zrozumiała, nawet jeśli trudna do przyjęcia, o tyle udział świeckich w prorockim i królewskim urzędzie Chrystusa staje się pewnym problemem. Oczywiście każdy z nas może głosić Ewangelię swoim znajomym, ale wiadomo, że należy to robić raczej przez czyny, a nie słowa, bo inaczej szybko przestaniemy mieć znajomych. Martwić może w tym kontekście stan mediów. Jeśli po dwudziestu latach istnienia w telewizji programów katolickich, najbardziej religijnym programem wydaje się być serial kryminalny pt. „Ojciec Mateusz" - nawiasem mówiąc niezły scenariuszowo i bardzo niedobry realizacyjnie - to z tą funkcją prorocką nietęgo w polskim Kościele. Chyba nie do końca wszystko się udało. Może to wina braku współpracy między duchowieństwem a laikatem, a może po prostu braku odpowiednich funduszy. Brak funduszy jest na pewno ogromną trudnością dla czasopism katolickich. Funkcja prorocka we współczesnym świecie wymaga sporych środków i nie da się tego ominąć. Podobno pewien ksiądz napisał na swoim blogu, że Chrystus gdyby dzisiaj żył pisałby bloga. Chyba jednak ten ksiądz się myli. Gdyby Chrystus żył dzisiaj, robiłby to samo, co wtedy, blogi zostawiłby uczniom.



