„po co są biedronki,
czyli Pan Bóg i zwierzęta "
Redakcja LISTU rozmawia
z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem, wykładowcą UJ
z Bartłomiejem Dobroczyńskim, psychologiem, wykładowcą UJ
Pewien oświeceniowy lekarz i filozof, Julien Offray de La Mettrie (1709-1751, kiedy zobaczył przebraną w garnitur małpkę kapucynkę, która ściąga na przywitanie kapelusik, stwierdził, że już wkrótce uda się całkowicie uczłowieczyć małpy. Inni filozofowie mówili z kolei o potrzebie ucieczki od cywilizacji, wzywali do powrotu do królestwa natury, chcieli z człowieka zrobić zwierzę. Choć marzenia ani jednych, ani drugich się nie spełniły, pytanie przez nich zadawane pozostało: czy zwierzę to niedoskonały człowiek, czy raczej człowiek to niedoskonałe zwierzę.
A może są to dwie nieprzystające do siebie rzeczywistości?
Ludzie wszystkich epok zastanawiali się, czy świat przyrody ma jakąś wartość, czy zwierzę to tylko chodzący posiłek i materiał na okrycie, czy może coś więcej. Rozstrzygnięcie tej kwestii decydowało o losie zwierząt.
A może są to dwie nieprzystające do siebie rzeczywistości?
Ludzie wszystkich epok zastanawiali się, czy świat przyrody ma jakąś wartość, czy zwierzę to tylko chodzący posiłek i materiał na okrycie, czy może coś więcej. Rozstrzygnięcie tej kwestii decydowało o losie zwierząt.
Jak traktowano zwierzęta, kiedy widziano w nich coś więcej...?
Akira Kurosawa nakręcił film pt. „Dersu Uzała", opowiadający o syberyjskim myśliwym. Kamera towarzyszyła mu w jego codziennym życiu, w wędrówkach po tajdze, w polowaniach. Każde napotkane przez siebie zwierzę określał mianem „człowiek" - „tygrys to dobry człowiek", koń, podobnie jak pies czy kot, to też „dobry człowiek". Nawet współcześnie spotkasz Indian, którzy używają personalistycznej formuły na określenie przedmiotów, zwierząt, roślin. Drzewo to standing person, czyli „osoba stojąca", ptak to „uskrzydlona osoba", pies to „osoba czworonożna". Kultury pierwotne podnosiły zwierzęta do poziomu człowieka, widziały w nich część tej samej rzeczywistości sakralnej, którą wraz z Bogiem zamieszkiwał człowiek. Więcej nawet, w totemizmie spotkanie ze zwierzęciem było szansą uzyskania wglądu w Ostateczną Rzeczywistość.
Poznając świat zwierząt, poznawało się Boga?
Gdybyśmy zapytali o to jakiegoś Siuksa, odpowiedziałby tak: „Bardzo dawno temu zwierzęta mogły się rozbierać. Gdybyś mógł podejrzeć, jak stoją bez skóry, piór i sierści, twoim oczom ukazałby się Bóg". Dla Indianina Bóg ma dwie postaci - pisał o tym Claude Lévi-Strauss w „Totemizmie" (Le totémisme aujourd'hui, 1962). Pierwsza postać Boga znajduje się w nieustannym ruchu, to Ostateczna Nieprzejawio-na Rzeczywistość; w naszej tradycji jest to Bóg, który mieszka w niedostępnej światłości. Druga postać to Bóg „w zatrzymaniu", który zatrzymuje się na miliony sposobów. Jednym ze sposobów zatrzymania się Boga jest sikorka, innym jest drzewo, rzeka i kamień, a jeszcze innym człowiek. Żadne z nich nie jest całym Bogiem, tylko jednym z Jego „przystanków", Jego postacią uchwyconą w stop-klatce. „Jeżeli spotkasz jelenia albo mrówkę, bacznie im się przyglądaj - powie Siuks - bo nawet najmniejsze stworzenie może cię nauczyć czegoś o Bogu". W każdym z nich Stwórca, w Swej niezmierzonej mądrości, ukrył określoną wiedzę o Sobie. Nie możesz zatem powiedzieć, że jedne rzeczy stworzone przez Boga są lepsze, a inne gorsze; kamień, człowiek, jaskółka, chmura są tak samo wartościowe. Gdybyś próbował przedkładać jedną postać Boga nad inną, byłbyś bałwochwalcą. Tak myślą Indianie, co nie znaczy, że w obliczu śmierci głodowej będą w nieskończoność zastanawiali się, czyje życie poświęcić: swoje czy jelenia. Indianin zabije jelenia, ale później „wytłumaczy" mu, dlaczego go uśmiercił.
Filozofowie, charakteryzując kultury pierwotne, używają - trochę ironicznie - określenia „dziecięca era myślenia". Według nich Indianie jak dzieci antropomorfizują zwierzęta. Mówią, że wszystko ma charakter duchowy, bo tylko duch, ich zdaniem, jest w stanie ożywić konia, sikorę, człowieka i dąb. Z punktu widzenia zwierząt nie były to zatem takie złe czasy.
Idea dowartościowania stworzenia, choć może już nie tak wyraźnie, pojawi się jeszcze w kulturze judeochrześcijańskiej, a także helleńsko-rzymskiej. Będą to ostatnie wieki „złotej ery" zwierząt.
Biblia jednak wyraźnie stawia człowieka ponad zwierzętami...
Bóg wyróżnił człowieka, ale to nie znaczy, że inne stworzenia są Mu obojętne. Być może w Biblii nie ma zbyt wielu fragmentów poświęconych zwierzętom, ale znajdziemy kilka pięknych, wypowiedzianych jakby mimochodem, uwag Jezusa podkreślających wartość stworzenia. Przypomnijmy takie zdanie: „Nawet wróbel nie spada na ziemię bez wiedzy Boga" (por. Mt 10, 31). Ten niepozorny ptak też jest częścią sfery sakralnej, w tym sensie, że nie jest pozostawiony sam sobie. Zarówno on, jak i inne zwierzęta, są częścią Bożego planu i człowiek nie może nimi zupełnie dowolnie rozporządzać. Jeśli ktoś będzie chciał zabić wróbla, powinien mieć w pamięci słowa z Księgi Koheleta: Zarówno sprawiedliwego, jak i bezbożnego będzie sądził Bóg; na każdą bowiem sprawę i każdy czyn jest czas wyznaczony (3,17).
Choć w kulturze greckiej, podobnie jak w Biblii, człowiek i zwierzęta zajmują różne miejsca w hierarchii bytów, to dla Greków, a przede wszystkim dla Platona, istniało coś, co łączy ich losy. Zdaniem tego filozofa, ciało - bez względu na to, czy należy do człowieka, czy do zwierzęcia - nie jest niczym więcej jak tylko więzieniem duszy. Jeśli dusza w ciele człowieka była dobra, ale płocha - pisze Platon w „Timajosie" - może być pewna, że po śmierci dostanie ciało, które tę płochość obrazuje, np. ptaka albo motyla. Dusza zaś przyciągana przez sprawy ziemskie albo zmysłowe, ciążąca ku materii, zasługuje na ciało z większą liczbą podpór, z czterema, sześcioma albo ośmioma kończynami, albo zmuszona będzie pełzać. Świat zwierząt został dowartościowany - ta sama dusza mogła być uwięziona w ciele tak ludzkim, jak i zwierzęcym. Widząc zwierzę, możesz się domyślać, że dusza w nim uległa zmysłowym uciechom, że za nic miała sobie kontemplowanie dobra, musi więc teraz odpokutować za swoje winy i w miarę możliwości doskonalić się w dobru. W ciele zwierzęcym ma na to jednak nikłe szanse. Jeśli ktoś zabija zwierzę, to uwalnia więźnia, który nie skończył odbywania kary. Nie wiadomo, co z nim dalej zrobić. Być może dlatego Platon i jego uczniowie byli wegetarianami. Platonizm jest w gruncie rzeczy - podobnie jak wierzenia Siuksów - animizmem, może trochę bardziej wypolerowanym, subtelniejszym, ale jednak animizmem. Platon zakłada, że w materii musi być jakiś duchowy czynnik, który ją ożywia, ponieważ ta sama w sobie jest martwa i bezwładna. Człowiek myśli, chodzi, bo ma duszę, pies biega i szczeka, drzewo rośnie i kwitnie, bo ma duszę, nawet planety poruszają się wprawiane w ruch przez swe dusze. Dopóki patrzono na zwierzęta przez pryzmat Biblii czy filozofii platońskiej, ich los nie był taki zły. Ich życie miało jakąś wartość, którą człowiek z tych czy innych względów, musiał respektować. Sytuacja zwierząt uległa pogorszeniu w XVII w., kiedy europejscy myśliciele zaczęli odchodzić od religijnej interpretacji rzeczywistości.
Mniej więcej w tym samym czasie narodziła się nowożytna nauka?
Tak, w XVII w. Europa zafascynowała się nową gałęzią wiedzy - mechanicyzmem. Dla uczonych świat był wielkim zegarem, który raz wprawiony w ruch przez Wielkiego Zegarmistrza, obywa się bez Jego obecności. Kiedy nauka opracowywała zręby deizmu, niejaki Jacques de Vaucanson (1709-1782), inżynier i wynalazca, tworzył na dworze francuskim podziwiane na całym świecie automaty: Flecistę, Gracza na tamburynie oraz Kaczkę. Samo tylko skrzydło Kaczki zbudowane było z czterystu części, przekładni, zębatek, sprężynek. Potrafiła chodzić, pływać, machać skrzydłami, a nawet „połykać" podawane jej jedzenie. Być może oglądając te cuda techniki, Kartezjusz wpadł na pomysł, że dusza wcale nie jest potrzebna ciału, bo ono, niczym automat Vaucansona, ożywia się samo. Według Platona dusza myśli i ożywia, według Kartezjusza tylko myśli, a skoro tak, to zwierzęta jej nie posiadają, bo jak sam dowiódł w „Rozprawie o metodzie", tylko człowiek myśli i jest samoświadomy. Konkluzja jest jasna: zwierzę to bezduszny automat. Dlatego właśnie Kartezjusz kroił żywcem koty i niczym się nie przejmował. Dźwięki, które wydawały wówczas zwierzęta, były dla niego odgłosami psującego się mechanizmu, niczym więcej. Do XIX w. zwierzę -jak mówił Jan Patočka, czeski fenomenolog - było traktowane jako pożywienie, kawałek skóry na odzienie, narzędzie pracy. Jego losem nikt się nie przejmował. Ktoś kto głodził krowę, mógł się spodziewać reprymendy tylko dlatego, że marnuje dobro człowieka, cierpienie zwierzęcia było nieistotne.
Czy pojawienie się Darwina i teorii ewolucji zmieniło stosunek człowieka do zwierząt?
Ewolucjonizm jest, jak na razie, kulminacyjnym punktem wspólnej historii ludzi i zwierząt. W kulturach pierwotnych zwierzęta były podnoszone do poziomu człowieka, były tak jak on częścią sfery sakralnej. W XVII w. cały świat uległ desakralizacji, w sferze sacrum pozostał tylko człowiek. Ewolucjonizm dokonał odwrotnej operacji: zwierzęta zostawił tam, gdzie były, a człowieka sprowadził na ich poziom. Czym szympans różni się od człowieka? Ewolucjoniści powiedzieliby, że prawie niczym. Dzięki ewolucjonizmowi, a przede wszystkim za sprawą Konrada Lorenza, austriackiego biologa i etologa, zaczęto ponownie odkrywać zwierzęta jako czujące i myślące istoty. Kartezjusz byłby zaskoczony nie tylko bardzo złożoną uczuciowością zwierząt, ich zdolnościami poznawczymi, ale przed wszystkim tym, co można by nazwać ich samoświadomością.
„Myślę, więc jestem" powiedziałby zatem nie tylko Kartezjusz, ale i szympans?
Naczelne nie mają na tyle rozwiniętych strun głosowych, żeby wyartykułować tak skomplikowaną frazę. Wymyślono jednak sposoby, żeby ominąć tę niedogodność. Przykładowo kilkanaście lat temu powstał tzw. test Gallupa, który pozwala ustalić, w jakim stopniu zwierzęta są samoświadome. Polega on na tym, że przedstawicielowi jakiegoś gatunku pokazuje się lustro i pozwala mu się z nim oswoić. Kiedy to nastąpi, lustro się zabiera. Gdy zwierzę zaśnie, opiekun nakleja mu na czole lub na policzku krzyżyk z czerwonej taśmy. Po przebudzeniu powtórnie stawia się przed zwierzęciem lustro. Jeśli będzie próbowało zedrzeć taśmę, coś z nią zrobić, oznacza to, że rozpoznaje w lustrze swoje odbicie, a zatem, podobnie jak człowiek, ma świadomość swej odrębności. Test Gallupa pozytywnie przechodzi szympans i delfin, niektórzy twierdzą- choć istnieją tu pewne wątpliwości - że również słoń.
Czy to znaczy, że samoświadomość jest cechą tylko gatunków stojących na szczycie drabiny ewolucyjnej?
Wszystko na to wskazuje. Choć czasami zwierzęta mniej zaawansowane ewolucyjnie są bardziej wyrafinowane niż te stojące wyżej. Żadna z małp nie może pochwalić się umiejętnością odczytywania intencji, ale kruki i psy jak najbardziej. Pies potrafi spełnić oczekiwania swojego pana, nawet jeśli ten nie wydał mu żadnego polecenia. Pamiętam taką sytuację sprzed dwudziestu lat, kiedy byłem na wakacjach u mego ojca w Bieszczadach. Któregoś dnia wyszedłem przed dom z moim psem, Anatolem. Patrzę, a Cywka, krowa ojca, biega samopas poza zagrodą, chociaż ta była, jak pamiętam, zamknięta na cztery spusty. Stałem pełen niepewności co zrobić dalej, bo jak przenieść nie tak małą przecież krowę przez kolczaste ogrodzenie metrowej wysokości? Spojrzałem na psa i powiedziałem, tak trochę bez przekonania: „Anatol, zrób coś, bo ja nie wiem co zrobić". A on, gdy tylko to usłyszał, ruszył biegiem do Cywki. Zaczął gryźć ją po pęcinach, obszczekiwać i w końcu zmusił ją, żeby przeskoczyła przez płot. Zwierzę, tak jak szachista, może przewidywać, układać strategię, myśleć etapami. Jeszcze dziś w cyrku można zobaczyć sztuczkę, w trakcie wykonywania której pies lub koń demonstrują swoje matematyczne uzdolnienia.
Mnożą i dodają?
Tak by się wydawało. Treser pyta psa: „Ile jest cztery razy cztery?". Aten odszczekuje: „hau, hau, hau…". Wszyscy biją brawo, choć tak naprawdę, to treser rachuje, a pies, co najwyżej, perfekcyjnie odczytuje z zachowania swojego pana, kiedy ma przestać szczekać.
Zdolności matematyczne pozostają więc poza zasięgiem zwierząt?
Tego nie powiedziałem. Aby to stwierdzić, trzeba byłoby przeprowadzić eksperyment, który wykluczyłby wpływ wszystkich umiejętności zwierząt mogących wprowadzić nas w błąd. O pierwszej z nich - intuicji - już wspomniałem. Drugą umiejętność posiada lirogon, australijski ptak, który potrafi powtórzyć niemal każdy dźwięk, nawet najbardziej złożoną sekwencję sygnałów, ludzki głos, dźwięk migawki aparatu, i to tak wiernie, jakby zostały nagrane na taśmę magnetofonową. A o liczeniu, z tego co wiem, nie ma zielonego pojęcia. Natomiast wszystko wskazuje na to, że kruki potrafią liczyć, czyli posiadają abstrakcyjne pojęcie liczby, jako czegoś niezależnego od wielkości obiektu ani innych zmysłowych jego cech. Przyjmuje się, że ptak umie liczyć, jeśli potrafi się nauczyć następującej procedury. Na kilku podstawkach rozkładasz, w losowym porządku, różnej wielkości kawałki pokarmu, powiedzmy sera, np. jeden mały i jeden duży kawałek sera na jednym talerzyku, następny talerzyk jest pusty, potem trzy kawałki na kolejnej podstawce, potem dwa puste talerzyki itd. Uważa się, że zwierzę umie liczyć, jeśli po zjedzeniu wszystkiego co jest na podstawkach - potrafi z pojemnika stojącego obok, w którym jest dużo kawałków sera różnej wielkości - wyjąć i zjeść dokładnie tyle samo kawałków, ile przed chwilą zjadło z talerzyków. Kruk jest w stanie nauczyć się takiej procedury. Nie można tego wyjaśnić inaczej, jak tylko w ten sposób, że ten ptak potrafi policzyć jedzone kawałki, a dodatkowo porównywać liczby i wiedzieć, co to znaczy „taka sama ilość" (wielkość nie ma tu znaczenia - może być pięć dużych kawałków sera i sześć małych - i on musi „wiedzieć", że trzeba zjeść szósty duży kawałek sera z pojemnika, żeby było ich w sumie tyle samo).
- fragment
Akira Kurosawa nakręcił film pt. „Dersu Uzała", opowiadający o syberyjskim myśliwym. Kamera towarzyszyła mu w jego codziennym życiu, w wędrówkach po tajdze, w polowaniach. Każde napotkane przez siebie zwierzę określał mianem „człowiek" - „tygrys to dobry człowiek", koń, podobnie jak pies czy kot, to też „dobry człowiek". Nawet współcześnie spotkasz Indian, którzy używają personalistycznej formuły na określenie przedmiotów, zwierząt, roślin. Drzewo to standing person, czyli „osoba stojąca", ptak to „uskrzydlona osoba", pies to „osoba czworonożna". Kultury pierwotne podnosiły zwierzęta do poziomu człowieka, widziały w nich część tej samej rzeczywistości sakralnej, którą wraz z Bogiem zamieszkiwał człowiek. Więcej nawet, w totemizmie spotkanie ze zwierzęciem było szansą uzyskania wglądu w Ostateczną Rzeczywistość.
Poznając świat zwierząt, poznawało się Boga?
Gdybyśmy zapytali o to jakiegoś Siuksa, odpowiedziałby tak: „Bardzo dawno temu zwierzęta mogły się rozbierać. Gdybyś mógł podejrzeć, jak stoją bez skóry, piór i sierści, twoim oczom ukazałby się Bóg". Dla Indianina Bóg ma dwie postaci - pisał o tym Claude Lévi-Strauss w „Totemizmie" (Le totémisme aujourd'hui, 1962). Pierwsza postać Boga znajduje się w nieustannym ruchu, to Ostateczna Nieprzejawio-na Rzeczywistość; w naszej tradycji jest to Bóg, który mieszka w niedostępnej światłości. Druga postać to Bóg „w zatrzymaniu", który zatrzymuje się na miliony sposobów. Jednym ze sposobów zatrzymania się Boga jest sikorka, innym jest drzewo, rzeka i kamień, a jeszcze innym człowiek. Żadne z nich nie jest całym Bogiem, tylko jednym z Jego „przystanków", Jego postacią uchwyconą w stop-klatce. „Jeżeli spotkasz jelenia albo mrówkę, bacznie im się przyglądaj - powie Siuks - bo nawet najmniejsze stworzenie może cię nauczyć czegoś o Bogu". W każdym z nich Stwórca, w Swej niezmierzonej mądrości, ukrył określoną wiedzę o Sobie. Nie możesz zatem powiedzieć, że jedne rzeczy stworzone przez Boga są lepsze, a inne gorsze; kamień, człowiek, jaskółka, chmura są tak samo wartościowe. Gdybyś próbował przedkładać jedną postać Boga nad inną, byłbyś bałwochwalcą. Tak myślą Indianie, co nie znaczy, że w obliczu śmierci głodowej będą w nieskończoność zastanawiali się, czyje życie poświęcić: swoje czy jelenia. Indianin zabije jelenia, ale później „wytłumaczy" mu, dlaczego go uśmiercił.
Filozofowie, charakteryzując kultury pierwotne, używają - trochę ironicznie - określenia „dziecięca era myślenia". Według nich Indianie jak dzieci antropomorfizują zwierzęta. Mówią, że wszystko ma charakter duchowy, bo tylko duch, ich zdaniem, jest w stanie ożywić konia, sikorę, człowieka i dąb. Z punktu widzenia zwierząt nie były to zatem takie złe czasy.
Idea dowartościowania stworzenia, choć może już nie tak wyraźnie, pojawi się jeszcze w kulturze judeochrześcijańskiej, a także helleńsko-rzymskiej. Będą to ostatnie wieki „złotej ery" zwierząt.
Biblia jednak wyraźnie stawia człowieka ponad zwierzętami...
Bóg wyróżnił człowieka, ale to nie znaczy, że inne stworzenia są Mu obojętne. Być może w Biblii nie ma zbyt wielu fragmentów poświęconych zwierzętom, ale znajdziemy kilka pięknych, wypowiedzianych jakby mimochodem, uwag Jezusa podkreślających wartość stworzenia. Przypomnijmy takie zdanie: „Nawet wróbel nie spada na ziemię bez wiedzy Boga" (por. Mt 10, 31). Ten niepozorny ptak też jest częścią sfery sakralnej, w tym sensie, że nie jest pozostawiony sam sobie. Zarówno on, jak i inne zwierzęta, są częścią Bożego planu i człowiek nie może nimi zupełnie dowolnie rozporządzać. Jeśli ktoś będzie chciał zabić wróbla, powinien mieć w pamięci słowa z Księgi Koheleta: Zarówno sprawiedliwego, jak i bezbożnego będzie sądził Bóg; na każdą bowiem sprawę i każdy czyn jest czas wyznaczony (3,17).
Choć w kulturze greckiej, podobnie jak w Biblii, człowiek i zwierzęta zajmują różne miejsca w hierarchii bytów, to dla Greków, a przede wszystkim dla Platona, istniało coś, co łączy ich losy. Zdaniem tego filozofa, ciało - bez względu na to, czy należy do człowieka, czy do zwierzęcia - nie jest niczym więcej jak tylko więzieniem duszy. Jeśli dusza w ciele człowieka była dobra, ale płocha - pisze Platon w „Timajosie" - może być pewna, że po śmierci dostanie ciało, które tę płochość obrazuje, np. ptaka albo motyla. Dusza zaś przyciągana przez sprawy ziemskie albo zmysłowe, ciążąca ku materii, zasługuje na ciało z większą liczbą podpór, z czterema, sześcioma albo ośmioma kończynami, albo zmuszona będzie pełzać. Świat zwierząt został dowartościowany - ta sama dusza mogła być uwięziona w ciele tak ludzkim, jak i zwierzęcym. Widząc zwierzę, możesz się domyślać, że dusza w nim uległa zmysłowym uciechom, że za nic miała sobie kontemplowanie dobra, musi więc teraz odpokutować za swoje winy i w miarę możliwości doskonalić się w dobru. W ciele zwierzęcym ma na to jednak nikłe szanse. Jeśli ktoś zabija zwierzę, to uwalnia więźnia, który nie skończył odbywania kary. Nie wiadomo, co z nim dalej zrobić. Być może dlatego Platon i jego uczniowie byli wegetarianami. Platonizm jest w gruncie rzeczy - podobnie jak wierzenia Siuksów - animizmem, może trochę bardziej wypolerowanym, subtelniejszym, ale jednak animizmem. Platon zakłada, że w materii musi być jakiś duchowy czynnik, który ją ożywia, ponieważ ta sama w sobie jest martwa i bezwładna. Człowiek myśli, chodzi, bo ma duszę, pies biega i szczeka, drzewo rośnie i kwitnie, bo ma duszę, nawet planety poruszają się wprawiane w ruch przez swe dusze. Dopóki patrzono na zwierzęta przez pryzmat Biblii czy filozofii platońskiej, ich los nie był taki zły. Ich życie miało jakąś wartość, którą człowiek z tych czy innych względów, musiał respektować. Sytuacja zwierząt uległa pogorszeniu w XVII w., kiedy europejscy myśliciele zaczęli odchodzić od religijnej interpretacji rzeczywistości.
Mniej więcej w tym samym czasie narodziła się nowożytna nauka?
Tak, w XVII w. Europa zafascynowała się nową gałęzią wiedzy - mechanicyzmem. Dla uczonych świat był wielkim zegarem, który raz wprawiony w ruch przez Wielkiego Zegarmistrza, obywa się bez Jego obecności. Kiedy nauka opracowywała zręby deizmu, niejaki Jacques de Vaucanson (1709-1782), inżynier i wynalazca, tworzył na dworze francuskim podziwiane na całym świecie automaty: Flecistę, Gracza na tamburynie oraz Kaczkę. Samo tylko skrzydło Kaczki zbudowane było z czterystu części, przekładni, zębatek, sprężynek. Potrafiła chodzić, pływać, machać skrzydłami, a nawet „połykać" podawane jej jedzenie. Być może oglądając te cuda techniki, Kartezjusz wpadł na pomysł, że dusza wcale nie jest potrzebna ciału, bo ono, niczym automat Vaucansona, ożywia się samo. Według Platona dusza myśli i ożywia, według Kartezjusza tylko myśli, a skoro tak, to zwierzęta jej nie posiadają, bo jak sam dowiódł w „Rozprawie o metodzie", tylko człowiek myśli i jest samoświadomy. Konkluzja jest jasna: zwierzę to bezduszny automat. Dlatego właśnie Kartezjusz kroił żywcem koty i niczym się nie przejmował. Dźwięki, które wydawały wówczas zwierzęta, były dla niego odgłosami psującego się mechanizmu, niczym więcej. Do XIX w. zwierzę -jak mówił Jan Patočka, czeski fenomenolog - było traktowane jako pożywienie, kawałek skóry na odzienie, narzędzie pracy. Jego losem nikt się nie przejmował. Ktoś kto głodził krowę, mógł się spodziewać reprymendy tylko dlatego, że marnuje dobro człowieka, cierpienie zwierzęcia było nieistotne.
Czy pojawienie się Darwina i teorii ewolucji zmieniło stosunek człowieka do zwierząt?
Ewolucjonizm jest, jak na razie, kulminacyjnym punktem wspólnej historii ludzi i zwierząt. W kulturach pierwotnych zwierzęta były podnoszone do poziomu człowieka, były tak jak on częścią sfery sakralnej. W XVII w. cały świat uległ desakralizacji, w sferze sacrum pozostał tylko człowiek. Ewolucjonizm dokonał odwrotnej operacji: zwierzęta zostawił tam, gdzie były, a człowieka sprowadził na ich poziom. Czym szympans różni się od człowieka? Ewolucjoniści powiedzieliby, że prawie niczym. Dzięki ewolucjonizmowi, a przede wszystkim za sprawą Konrada Lorenza, austriackiego biologa i etologa, zaczęto ponownie odkrywać zwierzęta jako czujące i myślące istoty. Kartezjusz byłby zaskoczony nie tylko bardzo złożoną uczuciowością zwierząt, ich zdolnościami poznawczymi, ale przed wszystkim tym, co można by nazwać ich samoświadomością.
„Myślę, więc jestem" powiedziałby zatem nie tylko Kartezjusz, ale i szympans?
Naczelne nie mają na tyle rozwiniętych strun głosowych, żeby wyartykułować tak skomplikowaną frazę. Wymyślono jednak sposoby, żeby ominąć tę niedogodność. Przykładowo kilkanaście lat temu powstał tzw. test Gallupa, który pozwala ustalić, w jakim stopniu zwierzęta są samoświadome. Polega on na tym, że przedstawicielowi jakiegoś gatunku pokazuje się lustro i pozwala mu się z nim oswoić. Kiedy to nastąpi, lustro się zabiera. Gdy zwierzę zaśnie, opiekun nakleja mu na czole lub na policzku krzyżyk z czerwonej taśmy. Po przebudzeniu powtórnie stawia się przed zwierzęciem lustro. Jeśli będzie próbowało zedrzeć taśmę, coś z nią zrobić, oznacza to, że rozpoznaje w lustrze swoje odbicie, a zatem, podobnie jak człowiek, ma świadomość swej odrębności. Test Gallupa pozytywnie przechodzi szympans i delfin, niektórzy twierdzą- choć istnieją tu pewne wątpliwości - że również słoń.
Czy to znaczy, że samoświadomość jest cechą tylko gatunków stojących na szczycie drabiny ewolucyjnej?
Wszystko na to wskazuje. Choć czasami zwierzęta mniej zaawansowane ewolucyjnie są bardziej wyrafinowane niż te stojące wyżej. Żadna z małp nie może pochwalić się umiejętnością odczytywania intencji, ale kruki i psy jak najbardziej. Pies potrafi spełnić oczekiwania swojego pana, nawet jeśli ten nie wydał mu żadnego polecenia. Pamiętam taką sytuację sprzed dwudziestu lat, kiedy byłem na wakacjach u mego ojca w Bieszczadach. Któregoś dnia wyszedłem przed dom z moim psem, Anatolem. Patrzę, a Cywka, krowa ojca, biega samopas poza zagrodą, chociaż ta była, jak pamiętam, zamknięta na cztery spusty. Stałem pełen niepewności co zrobić dalej, bo jak przenieść nie tak małą przecież krowę przez kolczaste ogrodzenie metrowej wysokości? Spojrzałem na psa i powiedziałem, tak trochę bez przekonania: „Anatol, zrób coś, bo ja nie wiem co zrobić". A on, gdy tylko to usłyszał, ruszył biegiem do Cywki. Zaczął gryźć ją po pęcinach, obszczekiwać i w końcu zmusił ją, żeby przeskoczyła przez płot. Zwierzę, tak jak szachista, może przewidywać, układać strategię, myśleć etapami. Jeszcze dziś w cyrku można zobaczyć sztuczkę, w trakcie wykonywania której pies lub koń demonstrują swoje matematyczne uzdolnienia.
Mnożą i dodają?
Tak by się wydawało. Treser pyta psa: „Ile jest cztery razy cztery?". Aten odszczekuje: „hau, hau, hau…". Wszyscy biją brawo, choć tak naprawdę, to treser rachuje, a pies, co najwyżej, perfekcyjnie odczytuje z zachowania swojego pana, kiedy ma przestać szczekać.
Zdolności matematyczne pozostają więc poza zasięgiem zwierząt?
Tego nie powiedziałem. Aby to stwierdzić, trzeba byłoby przeprowadzić eksperyment, który wykluczyłby wpływ wszystkich umiejętności zwierząt mogących wprowadzić nas w błąd. O pierwszej z nich - intuicji - już wspomniałem. Drugą umiejętność posiada lirogon, australijski ptak, który potrafi powtórzyć niemal każdy dźwięk, nawet najbardziej złożoną sekwencję sygnałów, ludzki głos, dźwięk migawki aparatu, i to tak wiernie, jakby zostały nagrane na taśmę magnetofonową. A o liczeniu, z tego co wiem, nie ma zielonego pojęcia. Natomiast wszystko wskazuje na to, że kruki potrafią liczyć, czyli posiadają abstrakcyjne pojęcie liczby, jako czegoś niezależnego od wielkości obiektu ani innych zmysłowych jego cech. Przyjmuje się, że ptak umie liczyć, jeśli potrafi się nauczyć następującej procedury. Na kilku podstawkach rozkładasz, w losowym porządku, różnej wielkości kawałki pokarmu, powiedzmy sera, np. jeden mały i jeden duży kawałek sera na jednym talerzyku, następny talerzyk jest pusty, potem trzy kawałki na kolejnej podstawce, potem dwa puste talerzyki itd. Uważa się, że zwierzę umie liczyć, jeśli po zjedzeniu wszystkiego co jest na podstawkach - potrafi z pojemnika stojącego obok, w którym jest dużo kawałków sera różnej wielkości - wyjąć i zjeść dokładnie tyle samo kawałków, ile przed chwilą zjadło z talerzyków. Kruk jest w stanie nauczyć się takiej procedury. Nie można tego wyjaśnić inaczej, jak tylko w ten sposób, że ten ptak potrafi policzyć jedzone kawałki, a dodatkowo porównywać liczby i wiedzieć, co to znaczy „taka sama ilość" (wielkość nie ma tu znaczenia - może być pięć dużych kawałków sera i sześć małych - i on musi „wiedzieć", że trzeba zjeść szósty duży kawałek sera z pojemnika, żeby było ich w sumie tyle samo).
- fragment



