ewangelizacja
na żebraka
MAŁGORZATA ŁAKOMIEC
Jeszcze rok temu wydawało mi się, że nie nadaję się do żadnego ewangelizowania. W lutym ubiegłego roku usłyszałam jednak o pomyśle letniej ewangelizacji wzdłuż wybrzeża. Grupa miała pójść tak, jak pierwsi apostołowie: bez jedzenia, pieniędzy, bez umówionych noclegów, bez transportu do kolejnych miejscowości. Nazwano tę wyprawę „ewangelizacją na żebraka". Z jednej strony bardzo chciałam się przyłączyć, z drugiej jednak miałam mnóstwo obaw
Ostatecznie postanowiłam, że w wakacje pójdę na jedną z tzw. ewangelizacji wioskowych, które już od kilku lat organizowane są w naszej diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. To było dla mnie takie bezpieczne wyjście. Kiedy jednak ks. Radek Siwiński, organizator akcji, przysłał mi ich terminy, okazało się, że odpowiada mi jedynie termin „ewangelizacji na żebraka". Jeszcze przez miesiąc walczyłam ze sobą, w końcu jednak zgłosiłam swój udział.
Dwa dni spędziliśmy w domu sióstr ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej na Roli. Był to czas poświęcony przede wszystkim na modlitwę, adorację, rozważanie Słowa Bożego, a także na to, by się lepiej poznać i zacząć funkcjonować jako wspólnota - to bardzo ważne. Grupa była bowiem bardzo różnorodna zarówno pod względem formacyjnym, jak i wiekowym. Było kilku licealistów z klas maturalnych, katechetka z Kołobrzegu, dwóch kleryków, kilka osób studiujących. Szedł z nami ks. Radek i dwie siostry ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej. Niektórzy byli z nami tylko przez kilka dni, inni dołączali w trakcie. Monika, polonistka ze Świdwina, miała tylko przywieźć jednego z kleryków, a w rezultacie poszła ewangelizować z nami. Trzy osoby przyjechały aż z Rzeszowa, bo usłyszały o tym, co robimy, i chciały się przyłączyć.
- fragment
wsiąść do pociągu...
Dopiero w pociągu, którym jechałam na rekolekcje przygotowujące grupę do wyjścia, tak naprawdę dotarło do mnie, na co się zdecydowałam. Jechałam bez pieniędzy - za jedyne, jakie miałam, kupiłam wcześniej bilet. Kiedy konduktorka przyszła sprawdzić bilety, uświadomiłam sobie, że nie zabrałam legitymacji studenckiej, a w dodatku nie mam nawet z czego zapłacić kary ani dopłacić do całego biletu. Pomyślałam sobie: „No, teraz, Jezu, zrób coś, skoro chciałeś mnie bez pieniędzy". Konduktorka - ku mojemu zdumieniu - stwierdziła, że legitymacja na pewno się znajdzie i poszła dalej sprawdzać bilety.Dwa dni spędziliśmy w domu sióstr ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej na Roli. Był to czas poświęcony przede wszystkim na modlitwę, adorację, rozważanie Słowa Bożego, a także na to, by się lepiej poznać i zacząć funkcjonować jako wspólnota - to bardzo ważne. Grupa była bowiem bardzo różnorodna zarówno pod względem formacyjnym, jak i wiekowym. Było kilku licealistów z klas maturalnych, katechetka z Kołobrzegu, dwóch kleryków, kilka osób studiujących. Szedł z nami ks. Radek i dwie siostry ze Wspólnoty Dzieci Łaski Bożej. Niektórzy byli z nami tylko przez kilka dni, inni dołączali w trakcie. Monika, polonistka ze Świdwina, miała tylko przywieźć jednego z kleryków, a w rezultacie poszła ewangelizować z nami. Trzy osoby przyjechały aż z Rzeszowa, bo usłyszały o tym, co robimy, i chciały się przyłączyć.
ewangelizacja na plaży
Zaczęliśmy od Ustki, potem wędrowaliśmy przez Jarosławiec, Darłówko, Dąbki, Unieście, Mielno, aż do Sarbinowa. W Ustce, Darłówku i Mielnie byliśmy po dwa dni, w pozostałych miejscowościach po jednym - było to więc łącznie dziesięć dni wędrowania i zawierzenia Bogu. Te dziesięć dni całkowicie mnie zmieniło. Zawsze o 9.00 rano wystawialiśmy w danej miejscowości w kościele Najświętszy Sakrament. Przez mniej więcej godzinę trwała adoracja dla grupy. Potem dwie osoby z ekipy zostawały na całodziennej adoracji, a reszta wyruszała na ewangelizację - do miasteczka, na deptak i na plażę. Kościół był przez cały dzień otwarty, napotkani przez nas ludzie mogli więc po rozmowie z nami przyjść do niego w każdej chwili. Pierwszego dnia mieliśmy opory, żeby iść na plażę, tam jednak było najwięcej ludzi. Potem wiele osób nam dziękowało, że przyszliśmy. Mówili, że są szczęśliwi, ponieważ w końcu zobaczyli, że Kościół katolicki wychodzi do ludzi, że nie tylko wyznawcy Kriszny chodzą po plaży w sezonie. Zdarzało nam się oczywiście spotykać też z głosami krytyki. Pewien mężczyzna zaczął nas nawet obrażać i chciał wyrzucić z plaży. Niesamowite, ale wstawili się za nami inni ludzie. Powiedzieli mu, żeby nie przeszkadzał, bo oni chcą posłuchać! Chodziliśmy zwykle grupą, graliśmy pantomimy, śpiewaliśmy, tańczyliśmy, bawiliśmy się z dziećmi, mówiliśmy świadectwa. Czasem zatrzymywaliśmy się w jakimś miejscu na dłużej, podchodziliśmy wtedy bezpośrednio do ludzi, żeby indywidualnie porozmawiać. Przede wszystkim jednak zapraszaliśmy na wieczorną Mszę św. i nabożeństwo po niej. Trudno w to uwierzyć, ale w miejscowościach nadmorskich, gdzie ludzie przyjeżdżają na odpoczynek, w tygodniu, każdego dnia naszej ewangelizacji miejscowy kościół był pełen ludzi. W Mielnie ksiądz proboszcz nie chciał otworzyć chóru, bo stwierdził, że na pewno nie będzie to potrzebne - nie przyjdzie tyle osób. W trakcie nabożeństwa musiał jednak go otworzyć, a mimo to ludzie nie mogli się pomieścić w kościele. Gdy jedni wychodzili, wchodzili następni, którzy czekali na zewnątrz. Modlitwy trwały do późnego wieczora. Zdarzało się, że zaczynaliśmy Mszą św. o 18.00, kończyliśmy po godzinie 23.00, a ludzie i tak jeszcze nie chcieli wychodzić.nie troszczcie się o to, co będziecie jeść
Jedzenia nigdy nam nie brakowało, zawsze też udawało nam się znaleźć jakieś noclegi czy załatwić transport. Pamiętam, że któregoś dnia zamarzył nam się ciepły posiłek, potrzebowaliśmy odmiany po jedzonych codziennie kanapkach. W drodze przyszła nam na myśl gorąca pizza. Wieczorem, kiedy wychodziliśmy z nabożeństwa, jakaś kobieta przyszła do zakrystii. Powiedziała, że nie wiedziała, co nam może dać, więc zamówiła dwie wielkie pizze. Były pyszne.- fragment



