mówić

nie tylko do rzeczy

KS. ANDRZEJ DRAGUŁA
Kościół w Polsce zmienia się na naszych oczach. Dosyć jednolity kolos, jakim był Kościół powojenny, ulega rozwarstwieniu. Ujawniają się różne tendencje w postrzeganiu jego roli wobec świata i wzajemnych relacji między nimi. Mówi się o Kościele otwartym i zamkniętym, tradycyjnym i progresywnym. Polacy przestają się „rodzić" katolikami, a religię odziedziczoną zastępuje (bądź nie) religia z wyboru. Młode pokolenie - przynajmniej częściowo - wzrasta w kulturze, w której coraz mniej jest odniesień do chrześcijaństwa. To socjologiczno-teologiczne rozwarstwienie objawia się także w zróżnicowanym języku, którym posługuje się Kościół nie tylko w opisie aktualnej rzeczywistości, ale także w głoszeniu Ewangelii wierzącym i niewierzącym

Nie ma dzisiaj jednego kościelnego języka w Polsce. Wszystko zależy od tego, kto i do kogo mówi. Inny jest język biskupów, inny młodzieży gimnazjalnej, a jeszcze inny katolickiego publicysty. Czy mamy więc do czynienia z pomieszaniem, czy rozmnożeniem kościelnych języków?

od banału do konkretu

Zacznijmy od mowy oficjalnej. Z tą - jak się zdaje - jest najgorzej. Styl urzędowo-uroczysty, który jest właściwy dla oficjalnych dokumentów czy komunikatów, przedostaje się także do żywego słowa. Na pytanie dziennikarza, czy księża biskupi różnią się w poglądach na temat kształtu lustracji duchownych, jeden z biskupów odpowiedział mniej więcej tak: „Biskupi z wielką troską pochylili się nad tą głęboką raną Kościoła". Uff! Na temat stylu listów pasterskich i wypowiedzi episkopalnych wylano już morze atramentu. Zarzucano im niezrozumiałość, hermetyczność i nieadekwatność do rzeczywistości. Krótko mówiąc, zwyczajni - by nie powiedzieć: normalni - ludzie tak nie mówią. Nie używają takich słów i takiego stylu. Mówią po ludzku, a nie po biskupiemu. Aby nie było niejasności i stronniczości, warto dodać, że wielu księży ten styl również uważa za własny.

Czy rzeczywiście nie można normalniej? Czy zawsze musi być: przybywać, pochylać się i miłować zamiast: miłować zamiast: przychodzić, zastanowić się i kochać? Posługiwanie się tak odrębnym, niecodziennym kodem językowym wzmacnia u ludzi przekonanie, że religia i Kościół to sfery wyizolowane z codzienności, a w związku z tym niedostępne. Nie chodzi tutaj nawet o teologiczny żargon, który z podręczników i traktatów przedostaje się na ambonę. Chodzi o coś, co staje się poświęconym banałem, teologiczno-językowym wytrychem, świętym sloganem, który – choć sam w sobie niby poprawny – ostatecznie staje się treściowo pusty. Przyznaję, że z niejakim drżeniem oczekuję zawsze kazań majowych moich młodszych adeptów kaznodziejstwa, którzy jak refren powtarzać będą, iż trzeba „całe swoje życie zawierzyć Maryi”. Niby prawda, ale co to tak konkretnie znaczy? Jak to w życiu zrealizować? Nie wiem. I nie wiem, czy wiedzą to ci, którzy do tego wzywają. Bezpieczniej jest bowiem uciec w święte hasło niż zagłębić się w życiowy konkret.

życie języka i język życia

Powodów takiego stanu rzeczy jest zapewne wiele. Wskażę jeden, często przywoływany przez Szymona Hołownię, który z takim zapałem próbuje konstruować nowy język religijnej komunikacji, czyli – mówiąc prościej – kościelnego gadania. Kościelny język nie oddycha, nie bierze udziału w żywym, językowym obiegu, a w związku z tym z trudem poddaje się ewolucji. Ale przecież nie jest to niemożliwe. Trzeba tylko trochę odwagi. Przykładem może być - nagrodzony zresztą - wywiad z ks. Jerzym Szymikiem, którego udzielił on „Rzeczypospolitej” po tragedii w kopalni Halemba. Ks. Szymik ma odwagę mówić tam nie o Bogu, który nas kocha czy miłuje, ale o Bogu który nas lubi. A dlaczego nas lubi? „Myśli zapewne: mój obraz, moje podobieństwo, moja krew. Bo wie, co to jest strata, czym jest śmierć własnego syna”. Oczywiście, można powiedzieć, że taka antropomorfizacja, bardzo ludzkie mówienie o Bogu, nie wyraża precyzyjnie dogmatycznej prawdy o Nim. Ludzie nie chcą jednak słuchać o Bogu ukrytym w dogmatach, ale o Bogu, który jest blisko człowieka, który „schodzi na dno bólu”.

Obawy przed naruszeniem świętości i dogmatu nie ma nowe pokolenie użytkowników języka religijnego. Eksperyment „Dobrej czytanki”, czyli slangowej wersji Ewangelii według św. Jana, choć powstały w środowisku Kościoła pentakostalnego, ma swoich licznych zwolenników także w Kościele katolickim. O tym i innych eksperymentach językowych jak na przykład: „Maryja, która wymięka na słowa Anioła”, zdania są – oczywiście – podzielone. Trzeba jednak pamiętać, że język religijny to także język osobistego przebywania z Bogiem, czyli modlitwy, a tam człowiek ma przecież prawo wyrażać siebie jak najlepiej, tzn. najuczciwiej. Trudno więc zżymać się na o. Wojciecha Jędrzejewskiego OP, podpowiadającego młodym ludziom modlitwy, w których pojawiają się wyrażenia typu: „gnić w miejscu”, „osadzać babcie w kościele”, „internetowy syf i szmerek po paru browarach”. Trzeba przyznać, że jest to język „mięsisty” i konkretny, tak jak konkretne jest życie młodego człowieka, które też przecież nadaje się, by je zawierzyć (sic!) Bogu.

dialog i połajanka

Wróćmy do bardziej oficjalnych wersji kościelnego gadania, zwłaszcza do tej najbardziej rozpowszechnionej, jaką jest język coniedzielnych kazań i homilii. Na ćwiczeniach z homiletyki studenci mieli dokończyć zdanie z hipotetycznej homilii pogrzebowej: „Śmierć N.N. jest dla nas…”. I tu padały różne dopowiedzenia: nauczką, pouczeniem, lekcją, przestrogą, przypomnieniem, pytaniem. Wspólna dyskusja doprowadziła do konkluzji, że od wyrażenia: „śmierć ta jest dla nas przestrogą” do pytania „czy śmierć ta nie mogłaby stać się dla nas pytaniem?” rozciąga się cały ocean znaczeń.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl