miał dobre
spojrzenie
ANDRZEJ KAMIŃSKI OP
Nie wiem, czy przeżywał mistyczne uniesienia. Nigdy mi o tym nie opowiadał. W jego sposobie bycia było jednak coś, co przekonywało, że gdzieś w zakątku jego serca stale trwa spotkanie z Panem Bogiem - w ciszy i bez egzaltacji. To głębokie zjednoczenie z Jezusem nie zamykało go jednak na ziemską rzeczywistość, wręcz przeciwnie - przeżywał ją intensywniej niż większość znanych mi ludzi. Wydawało się, że cały jest zanurzony w Bogu, a jednocześnie całym sobą uczestniczy w otaczającym go świecie
Wyjątkowość o. Kaliksta Suszyło OP dostrzegało się w tym, jaki był na co dzień: w prostych czynnościach, pozornie nieważnych słowach, drobnych - wydawałoby się mało znaczących - gestach. Ludzie byli nim urzeczeni. Są tacy, którzy twierdzą, że zawdzięczają mu swoje nawrócenie. Wszędzie, gdzie był, darzono go ogromnym szacunkiem. Na jego pogrzebie wraz z naszym zgromadzeniem modlili się duchowni grekokatoliccy. Dzień wcześniej odprawili w jego intencji swoje tradycyjne nabożeństwo żałobne - panichidę.
Po raz pierwszy zetknąłem się z nim, gdy byłem nowicjuszem w poznańskim klasztorze Dominikanów. Ojciec Kalikst uczył nas śpiewu. Pamiętam, że zanim rozpoczął próbę, zawsze w charakterystyczny - niemal pedantyczny - sposób podwijał rękawy habitu, a dyrygując, poruszał rękami bardzo miękko i delikatnie. Żartowaliśmy sobie z braćmi z tej gestykulacji, traktując ją jako przejaw nadwrażliwej artystycznej natury. Wiedzieliśmy, że jest nie tylko wielbicielem muzyki, ale także kompozytorem i poetą. To nasze wyobrażenie o nim, jako żyjącym we własnym świecie artysty, runęło, gdy w latach osiemdziesiątych przeor poznańskiego klasztoru powierzył mu wygłaszanie kazań na comiesięcznych Mszach św. za Ojczyznę. Ku zaskoczeniu wszystkich, o. Suszyło tak celnie punktował nadużycia komunistycznej władzy, że wkrótce sam zaczął doświadczać z jej strony wielu nieprzyjemności.
To, że wrażliwość artystyczna nie zamykała go na codzienność, wynikało chyba z tego, że była ona jednym z owoców jego głębokiej więzi z Panem Bogiem. Prawdziwa miłość, polegająca na zjednoczeniu, powoduje bowiem, że mamy „dobre spojrzenie" na świat. „Dobre" w dwóch znaczeniach: po pierwsze - wnikliwe i dokładne, po drugie - pozytywne, wyłapujące z tego świata to, co dobre. Na skutek różnych zranień większość z nas ma skłonność do tego, by widzieć więcej zła niż dobra. Człowiek, który żyje w bliskości z Bogiem, uwrażliwia się na dobro i piękno - we wszystkim.
W sierpniu ubiegłego roku o. Kalikst był przez tydzień w Krakowie - w przerwie między pobytem w szpitalu a powrotem do Czortkowa na Ukrainie, gdzie pracował. Trwały właśnie obchody 750-lecia śmierci św. Jacka, które uświetniono m.in. misteriami i śpiewem gregoriańskim w wykonaniu scholi Teatru Węgajty. Ta wersja odbiegała nieco od naszych tradycyjnych melodii, więc któryś z braci zapytał o. Kaliksta, jako znawcę, co o tym myśli. Spodziewaliśmy się krytyki, tymczasem on był zachwycony. Zawstydził nas. Tak bardzo skupiliśmy się na tym, że jest to inne wykonanie niż to, które znamy, że nie umieliśmy dostrzec w tym śpiewie piękna. On zaś był szczęśliwy, że mógł tego posłuchać. Nie był w stanie chodzić, więc codziennie zawoziłem go na wózku na uroczystości i przyglądałem się, jak całym sobą chłonął to, co się tam działo.
Mimo zaawansowanego wieku bardzo ciężko pracował. Doskonale jednak wiedział, na ile może sobie pozwolić, i nie przekraczał tej granicy. Będąc przełożonym dominikanów w Rosji i na Ukrainie, dostawałem od niego bardzo precyzyjne informacje na temat tego, czego jest w stanie się podjąć, a co jest już ponad jego siły. Na początku poprosiłem, aby - w klasztorze w Mukaczewie - został opiekunem braci przygotowujących się do wyjazdu do nowicjatu w Polsce. Zgodził się, ale kilka miesięcy później powiedział mi: „Ojcze, proszę na przyszły rok zaplanować kogoś innego, ponieważ ja już się do tego nie nadaję". Nie tłumaczył się, prosto i zwięźle zakomunikował mi, że muszę szukać następcy.
Jakiś czas później poprosiłem, aby pojechał na wakacje do klasztoru w Czortkowie pomóc o. Janowi Piątkowskiemu, który był tam sam. Planowałem, że po wakacjach o. Kalikst (już nie jako magister, ale spowiednik) pojedzie do Fastowa, gdzie miał być przeniesiony postulat. Chciałem, żeby nowi ojcowie mieli wsparcie kogoś z doświadczeniem. Po dwóch miesiącach przyjechałem do Czortkowa, aby umówić się z o. Kalikstem, kiedy zorganizować jego przeprowadzkę. Wysłuchał mnie spokojnie, po czym odparł: „Ojcze, myślę, że bardziej przydam się tutaj. W Fastowie jest już trzech księży, a tutaj o. Jan jest sam. Może zostanę?". Zdumiało mnie jego rozeznanie sytuacji - nie tylko swojej, ale też ludzi obok niego. Akceptował siebie i dzięki temu mógł wychodzić do innych ludzi. Przez to, że nie skupiał się na sobie, lepiej widział to, co działo się dookoła niego. Jego decyzja była mi wtedy na rękę, ale sam nie mogłem zaproponować mu tak ciężkiej pracy.
Przez pierwszych kilka lat, co niedzielę odprawiał Mszę św. w Jagielnicy koło Czortkowa. Można powiedzieć, że była to jego parafia. W ciągu tygodnia natomiast spotykał się z młodzieżą, był kimś w rodzaju duszpasterza szkół średnich. Poza tym prawie codziennie spowiadał. Z roku na rok coraz bardziej wycofywał się z poszczególnych działań. Na przykład kiedy dowiedział się, że do klasztoru przybędzie młody ojciec, przekazał mu młodzież. Tak po prostu: zobaczył, że ktoś inny może to zrobić lepiej. I tak, krok po kroku, oddawał teren. Ta umiejętność rezygnacji przekonywała mnie, że on naprawdę doświadczał Bożej miłości. Kiedy człowiek jej nie doświadcza, czuje się niepewny i szuka potwierdzenia swojej wartości w tym, co robi. Ojcu Kalikstowi nie było to potrzebne. Znał swoją wartość. Nie było w nim jednak pychy, tylko niesamowita prostota człowieka starzejącego się spokojnie, wycofującego się bez żalu z czynnego życia.
Szczególnie przejmujące było to pod koniec jego dni, kiedy nie mógł już chodzić, a nawet trudno było mu mówić. Potrafił cieszyć się nawet swoją niesprawnością, bo uważał, że dzięki niej ma więcej czasu na przebywanie z Bogiem i mniej okazji do grzechu. Słyszałem wcześniej podobne wyznania od innych ludzi i wiem, że czasem wypowiadają takie słowa bardziej jako życzenie niż opis tego, co rzeczywiście czują. W gruncie rzeczy bowiem jest w nich wiele żalu i tęsknota za tym, co utracili, wycofując się z aktywnego życia. Kiedy on o tym mówił, byłem przekonany, że jest to autentyczne.
Umiał się radować tym, co jest tu i teraz, a nie gdzieś w przyszłości. Był niezwykle ciekawy świata, jakby nienasycony. Miał takie wielkie pragnienie poznania, że tylko Pan Bóg mógł je wypełnić do końca. Wszystko go interesowało, zadawał wiele pytań, chciał wszystkiego dotknąć, doświadczyć. Miał niespożytą energię - zawsze był czymś zajęty, co owocowało na przykład niezwykłymi wynalazkami.
Skonstruował sobie teleskop i aparat fotograficzny. Samodzielnie wytwarzał też papier fotograficzny i płótno światłoczułe. Wymyślił i zbudował pralkę umywalkową napędzaną silnikiem od młynka do kawy. Był zupełnie samowystarczalny. Opowiadał mi, że gdy był kapelanem u sióstr klauzurowych w Świętej Annie, ułożył dla nich melodię, którą można było grać tylko na jego fisharmonii. Instrument znajdował się jednak poza klasztorem w jego kapelanii. Przez miesiąc konstruował więc specjalny wózek, jedynie po to, aby przewieźć instrument do sióstr i zaprezentować im swoją kompozycję.
O jednym z najbardziej zadziwiających wynalazków wspominał też o. Jan Góra OP na pogrzebie o. Kaliksta: „Zrobił prysznic pokojowy, który składał się z dużego plastikowego wora podłączonego od góry do kranu, a od dołu do zlewu. Wystarczyło stanąć na taborecie, wejść do worka podwieszonego do sufitu i upewniając się, że podłączenia są szczelne, zażywać kąpieli w zaciszu swojej własnej celi bez czekania w kolejce do pryszniców ogólnych. Do dziś nie wiadomo - kontynuował o. Jan Góra - dlaczego dla komunistów był osobą niezwykle podejrzaną. To najprawdopodobniej jego kąpiele wzbudzały podejrzenia, że przygotowuje się do lotów kosmicznych w wyprodukowanym przez siebie skafandrze i odbywa treningi. Mogli tak myśleć, ponieważ okno celi o. Kaliksta wychodziło wprost na strzeżoną siedzibę Dowództwa Wojsk Lotniczych" - żartował o. Jan.
- fragment
obrazek pierwszy: artysta
Mam sporo wspomnień związanych z o. Kalikstem, pamiętam wiele urwanych wypowiedzi, zachowań, które mnie zadziwiały... Można by o nich powiedzieć: momenty-obrazki, z których układa się moje wspomnienie o tym człowieku. Kilka z nich jest dla mnie szczególnie ważnych.Po raz pierwszy zetknąłem się z nim, gdy byłem nowicjuszem w poznańskim klasztorze Dominikanów. Ojciec Kalikst uczył nas śpiewu. Pamiętam, że zanim rozpoczął próbę, zawsze w charakterystyczny - niemal pedantyczny - sposób podwijał rękawy habitu, a dyrygując, poruszał rękami bardzo miękko i delikatnie. Żartowaliśmy sobie z braćmi z tej gestykulacji, traktując ją jako przejaw nadwrażliwej artystycznej natury. Wiedzieliśmy, że jest nie tylko wielbicielem muzyki, ale także kompozytorem i poetą. To nasze wyobrażenie o nim, jako żyjącym we własnym świecie artysty, runęło, gdy w latach osiemdziesiątych przeor poznańskiego klasztoru powierzył mu wygłaszanie kazań na comiesięcznych Mszach św. za Ojczyznę. Ku zaskoczeniu wszystkich, o. Suszyło tak celnie punktował nadużycia komunistycznej władzy, że wkrótce sam zaczął doświadczać z jej strony wielu nieprzyjemności.
To, że wrażliwość artystyczna nie zamykała go na codzienność, wynikało chyba z tego, że była ona jednym z owoców jego głębokiej więzi z Panem Bogiem. Prawdziwa miłość, polegająca na zjednoczeniu, powoduje bowiem, że mamy „dobre spojrzenie" na świat. „Dobre" w dwóch znaczeniach: po pierwsze - wnikliwe i dokładne, po drugie - pozytywne, wyłapujące z tego świata to, co dobre. Na skutek różnych zranień większość z nas ma skłonność do tego, by widzieć więcej zła niż dobra. Człowiek, który żyje w bliskości z Bogiem, uwrażliwia się na dobro i piękno - we wszystkim.
W sierpniu ubiegłego roku o. Kalikst był przez tydzień w Krakowie - w przerwie między pobytem w szpitalu a powrotem do Czortkowa na Ukrainie, gdzie pracował. Trwały właśnie obchody 750-lecia śmierci św. Jacka, które uświetniono m.in. misteriami i śpiewem gregoriańskim w wykonaniu scholi Teatru Węgajty. Ta wersja odbiegała nieco od naszych tradycyjnych melodii, więc któryś z braci zapytał o. Kaliksta, jako znawcę, co o tym myśli. Spodziewaliśmy się krytyki, tymczasem on był zachwycony. Zawstydził nas. Tak bardzo skupiliśmy się na tym, że jest to inne wykonanie niż to, które znamy, że nie umieliśmy dostrzec w tym śpiewie piękna. On zaś był szczęśliwy, że mógł tego posłuchać. Nie był w stanie chodzić, więc codziennie zawoziłem go na wózku na uroczystości i przyglądałem się, jak całym sobą chłonął to, co się tam działo.
obrazek drugi: misjonarz
Kiedy o. Kalikst poprosił o przeniesienie na Ukrainę, miał już 74 lata. Praca na Wschodzie była spełnieniem jego misjonarskich marzeń z lat młodzieńczych. Jako nowicjusz planował wyjazd do Chin. Przyznano mu nawet wizę, ale zaraz potem wybuchła tam tzw. rewolucja kulturalna. Wszystkich misjonarzy usunięto, a młodemu Kalikstowi cofnięto pozwolenie na przyjazd. Kiedy więc przyszedł czas na emeryturę, postanowił wreszcie zrealizować swoje misjonarskie pragnienia.Mimo zaawansowanego wieku bardzo ciężko pracował. Doskonale jednak wiedział, na ile może sobie pozwolić, i nie przekraczał tej granicy. Będąc przełożonym dominikanów w Rosji i na Ukrainie, dostawałem od niego bardzo precyzyjne informacje na temat tego, czego jest w stanie się podjąć, a co jest już ponad jego siły. Na początku poprosiłem, aby - w klasztorze w Mukaczewie - został opiekunem braci przygotowujących się do wyjazdu do nowicjatu w Polsce. Zgodził się, ale kilka miesięcy później powiedział mi: „Ojcze, proszę na przyszły rok zaplanować kogoś innego, ponieważ ja już się do tego nie nadaję". Nie tłumaczył się, prosto i zwięźle zakomunikował mi, że muszę szukać następcy.
Jakiś czas później poprosiłem, aby pojechał na wakacje do klasztoru w Czortkowie pomóc o. Janowi Piątkowskiemu, który był tam sam. Planowałem, że po wakacjach o. Kalikst (już nie jako magister, ale spowiednik) pojedzie do Fastowa, gdzie miał być przeniesiony postulat. Chciałem, żeby nowi ojcowie mieli wsparcie kogoś z doświadczeniem. Po dwóch miesiącach przyjechałem do Czortkowa, aby umówić się z o. Kalikstem, kiedy zorganizować jego przeprowadzkę. Wysłuchał mnie spokojnie, po czym odparł: „Ojcze, myślę, że bardziej przydam się tutaj. W Fastowie jest już trzech księży, a tutaj o. Jan jest sam. Może zostanę?". Zdumiało mnie jego rozeznanie sytuacji - nie tylko swojej, ale też ludzi obok niego. Akceptował siebie i dzięki temu mógł wychodzić do innych ludzi. Przez to, że nie skupiał się na sobie, lepiej widział to, co działo się dookoła niego. Jego decyzja była mi wtedy na rękę, ale sam nie mogłem zaproponować mu tak ciężkiej pracy.
Przez pierwszych kilka lat, co niedzielę odprawiał Mszę św. w Jagielnicy koło Czortkowa. Można powiedzieć, że była to jego parafia. W ciągu tygodnia natomiast spotykał się z młodzieżą, był kimś w rodzaju duszpasterza szkół średnich. Poza tym prawie codziennie spowiadał. Z roku na rok coraz bardziej wycofywał się z poszczególnych działań. Na przykład kiedy dowiedział się, że do klasztoru przybędzie młody ojciec, przekazał mu młodzież. Tak po prostu: zobaczył, że ktoś inny może to zrobić lepiej. I tak, krok po kroku, oddawał teren. Ta umiejętność rezygnacji przekonywała mnie, że on naprawdę doświadczał Bożej miłości. Kiedy człowiek jej nie doświadcza, czuje się niepewny i szuka potwierdzenia swojej wartości w tym, co robi. Ojcu Kalikstowi nie było to potrzebne. Znał swoją wartość. Nie było w nim jednak pychy, tylko niesamowita prostota człowieka starzejącego się spokojnie, wycofującego się bez żalu z czynnego życia.
Szczególnie przejmujące było to pod koniec jego dni, kiedy nie mógł już chodzić, a nawet trudno było mu mówić. Potrafił cieszyć się nawet swoją niesprawnością, bo uważał, że dzięki niej ma więcej czasu na przebywanie z Bogiem i mniej okazji do grzechu. Słyszałem wcześniej podobne wyznania od innych ludzi i wiem, że czasem wypowiadają takie słowa bardziej jako życzenie niż opis tego, co rzeczywiście czują. W gruncie rzeczy bowiem jest w nich wiele żalu i tęsknota za tym, co utracili, wycofując się z aktywnego życia. Kiedy on o tym mówił, byłem przekonany, że jest to autentyczne.
obrazek trzeci: majsterkowicz
Gdy odwiedziłem go jakiś czas temu w Czortkowie i zapytałem o zdrowie i samopoczucie, odpowiedział: „Ojcze, bardzo dobrze się czuję. Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, ale za to bracia wożą mnie wszędzie jak królewicza". Miał niezwykły dystans do siebie i do życia - nie trzymał się go kurczowo, ale też od niego nie uciekał. Napisał nawet kiedyś wiersz pt. „Prośba o przedłużenie życia", w którym prosi Boga, by mógł żyć tak długo, jak to konieczne, żeby nawrócić samego siebie. Cieszył się życiem i chciał czerpać z niego jak najwięcej. Gdziekolwiek zamieszkał, od razu urządzał sobie ogród albo chociaż jego namiastkę. Kochał słońce i kwiaty. Kiedy tylko przyjechał do Czortkowa, natychmiast powstał tam mały klomb. Na początku mieszkał na parterze, bo piętro domu było jeszcze w remoncie. Garaż przysłaniał nieco okno jego celi. Chociaż się nie skarżył, widać było, że trochę go to męczy. Brakowało mu światła słonecznego, ale chyba jeszcze bardziej widoku jego kwiatów. Jak tylko ukończono poddasze, poprosił, aby go przenieść. Zamieszkał tam, mimo że w zimie było zimno, a w lecie duszno. Był tam jednak balkon, na którym urządził sobie kwietnik. Wśród kwiatów był szczęśliwy.Umiał się radować tym, co jest tu i teraz, a nie gdzieś w przyszłości. Był niezwykle ciekawy świata, jakby nienasycony. Miał takie wielkie pragnienie poznania, że tylko Pan Bóg mógł je wypełnić do końca. Wszystko go interesowało, zadawał wiele pytań, chciał wszystkiego dotknąć, doświadczyć. Miał niespożytą energię - zawsze był czymś zajęty, co owocowało na przykład niezwykłymi wynalazkami.
Skonstruował sobie teleskop i aparat fotograficzny. Samodzielnie wytwarzał też papier fotograficzny i płótno światłoczułe. Wymyślił i zbudował pralkę umywalkową napędzaną silnikiem od młynka do kawy. Był zupełnie samowystarczalny. Opowiadał mi, że gdy był kapelanem u sióstr klauzurowych w Świętej Annie, ułożył dla nich melodię, którą można było grać tylko na jego fisharmonii. Instrument znajdował się jednak poza klasztorem w jego kapelanii. Przez miesiąc konstruował więc specjalny wózek, jedynie po to, aby przewieźć instrument do sióstr i zaprezentować im swoją kompozycję.
O jednym z najbardziej zadziwiających wynalazków wspominał też o. Jan Góra OP na pogrzebie o. Kaliksta: „Zrobił prysznic pokojowy, który składał się z dużego plastikowego wora podłączonego od góry do kranu, a od dołu do zlewu. Wystarczyło stanąć na taborecie, wejść do worka podwieszonego do sufitu i upewniając się, że podłączenia są szczelne, zażywać kąpieli w zaciszu swojej własnej celi bez czekania w kolejce do pryszniców ogólnych. Do dziś nie wiadomo - kontynuował o. Jan Góra - dlaczego dla komunistów był osobą niezwykle podejrzaną. To najprawdopodobniej jego kąpiele wzbudzały podejrzenia, że przygotowuje się do lotów kosmicznych w wyprodukowanym przez siebie skafandrze i odbywa treningi. Mogli tak myśleć, ponieważ okno celi o. Kaliksta wychodziło wprost na strzeżoną siedzibę Dowództwa Wojsk Lotniczych" - żartował o. Jan.
- fragment



