wyrwać się

z Matriksa

STANISŁAW MORGALLA SJ
Słowo „jezuici" kojarzy się różnie, nierzadko z przewrotnością i spiskową teorią dziejów. Tak było od początku. Samo określenie, choć użyte jako obraźliwy epitet wobec synów św. Ignacego z Loyoli, zostało przez nich przyjęte w przekornym duchu Kazania na Górze i stało się nazwą zakonu bardziej rozpoznawalną aniżeli oficjalna: „Towarzystwo Jezusowe". Gdybyśmy jednak mogli wpływać na ludzkie umysły, to każdy z nas -jezuitów, chciałby być kojarzony z „Ćwiczeniami duchownymi" św. Ignacego, dlatego że od nich wszystko się zaczęło i one zupełnie jawnie przedstawiają naszą wersję historii


Najpierw było osobiste doświadczenie religijne Ignacego, potem powstała niepozorna książeczka „Ćwiczeń", która następnie przez wieki służyła jako podręcznik do prowadzenia rekolekcji ignacjań-skich. Wszystko w duchu klasycznej elegancji: to, co było na początku - czyli osobiste religijne doświadczenie - pojawia się i na końcu. Kolejni ludzie na wzór Ignacego w sposób głęboki i bardzo intymny spotykają się z Bogiem i jednocześnie odkrywają własne miejsce w Kościele i w świecie. Rysem charakterystycznym i zarazem ambicją „Ćwiczeń" jest prowadzenie ludzi od tego, co osobiste, indywidualne, specyficzne, do tego, co wspólne, uniwersalne i ogólne. Logika ta sprawdza się od stuleci i na swój sposób jest wywrotowa. Gdy na lepsze udaje się zmienić choć jednego człowieka, lepszy staje się cały świat.

wielka cisza

Najważniejszy jest zatem człowiek i jego wewnętrzny świat. Jest to zarówno zbieżne, jak i rozbieżne z tendencjami współczesności. Dziś z jednej strony bardzo docenia się jednostkę i jej autonomię, z drugiej jednak poddaje się ją nieustannie bombardowaniu różnorakimi bodźcami. By zdać sobie sprawę z tego, w jakiej matni żyjemy, wystarczy pomyśleć o szumie medialnym, wszędobylskich reklamach czy natrętnych komunikatorach. Jeśli dołożymy do tego jeszcze sieć powiązań osobistych, zawodowych, politycznych i religijnych, to mamy po prostu „Matrix". Usłyszenie bicia własnego serca graniczy z cudem, a co dopiero mówić o subtelnych poruszeniach ludzkiego ducha. Czy w tym świecie jest jeszcze miejsce na roztrząsanie podstawowych ludzkich pytań w rodzaju: „Kim jestem?, Skąd przychodzę?, Dokąd zmierzam?". Czy też należy je złożyć do trumny stetryczałej, nikomu niepotrzebnej filozofii i po prostu zająć się życiem?

Rekolekcje ignacjańskie są okazją, by posłuchać własnego serca i jego poruszeń. Najpierw trzeba jednak -jak w Matriksie - wyrwać się z sieci czy wręcz wyłączyć się z prądu. Przynajmniej na osiem dni trzeba „opuścić" świat: własny dom, rodzinę, obowiązki i przyjemności. „Świat bez prądu" trudny jest do wyobrażenia w innej wersji niż katastroficzna, ale w skali mikro jest to ciągle możliwe i znajduje się na wyciągnięcie ręki. Wcale nie kończy się katastrofą, choć na początku jest... dziwnie. Trudno jest bowiem zobaczyć siebie takim, jakim się jest naprawdę, tzn. bez migotliwej scenerii rodem z kolorowych czasopism, modnych galerii i klubów, bez gadżetów nowoczesności i atrybutów piękna, bez rojeń o wielkiej miłości, karierze i pieniądzach... Zobaczyć siebie nagim i bezbronnym, nieomal jak w chwili narodzin to - w bliskiej rekolekcjom metaforyce - wejść w doświadczenie pustyni lub wielkiej ciszy. I na początku ta cisza boli.

owoce nudy

Podobnie było w życiu Ignacego. W jednej chwili, za sprawą ran odniesionych w bitwie (kula armatnia strzaskała mu nogę), został wyrwany nie tylko ze zgiełku bitewnego, ale ze świata zewnętrznego w ogóle. Wtrącony w doświadczenie długiej i szalenie monotonnej rekonwalescencji odkrył rzecz niezwykle podstawową: pulsowanie wewnętrznego życia własnej duszy. Nudząc się niepomiernie - no bo czego może w pierwszej chwili doświadczyć człowiek wyrwany ze świata - usłyszał bicie własnego serca i zaczął baczniej przyglądać się temu, co do tej pory przyspieszało lub spowalniało jego rytm: marzeniom, ambicjom, miłościom, planom na przyszłość... Jednocześnie, za sprawą pobożnych lektur, jedynych, jakie znalazł w domu, poznał zupełnie inny, religijny i duchowy świat, który napełnił go nowymi, nieznanymi do tej pory smakami, pragnieniami i pomysłami na życie. Zaczął dostrzegać różnicę między tymi dwoma światami: pierwszy, choć w początkowym kontakcie przyjemny, pozostawiał go smutnym i zdesperowanym (nazwał to przeżycie strapieniem), drugi, mimo że z początku trudny i wymagający, dawał mu na długi czas radość i nadzieję (nazwał to poruszenie pocieszeniem). Dziwiąc się tej różnicy, zaczął robić pierwsze kroki w sztuce duchowego rozeznawania - w konsekwencji zmienił zupełnie całe swoje życie.

Podobny proces zachodzi w świadomości i życiu odprawiającego rekolekcje. W miarę jak wycisza się i uspokaja, odkrywa własną duszę i różne treści, którymi ją karmi, a tym samym - świadomie bądź nie - utrzymuje przy życiu lub zatruwa. Z jednej strony doświadcza strapień, od których odruchowo ucieka, z drugiej - pocieszeń, do których bezwiednie lgnie. Dopiero jednak dzięki regułom rozeznania duchowego zaczyna korzystać z jednych i drugich dla wzrostu duchowej wolności i większej gotowości wypełniania woli Bożej. Powoli uczy się subtelnego języka poruszeń wewnętrznych i duchowej walki - dzięki temu może zacząć zmieniać swoje życie.

jest się od czego uwalniać

Logika rekolekcji ignacjańskich jest prawie tak prosta jak wdech i wydech (choćby ten opisany w „Obłoku niewiedzy"). Ale żeby pełną piersią oddychać Bogiem, trzeba najpierw uwolnić się od grzechu i „nieuporządkowanych przywiązań". Problem w tym, że to uwolnienie nigdy nie jawiło się i nie jawi nadal jako coś pożądanego. Na domiar złego w tzw. społeczeństwach konsumpcyjnych kategoria grzechu została zupełnie rozmyta, a przywiązania urosły do rangi cnót obywatelskich (w duchu zawołania: „Kupuj i rób, co chcesz"). Ponadto nie bez kozery mówi się coraz głośniej o nałogowej osobowości naszych czasów. Aktualnym pytaniem nie jest już „czy", ale „od czego" jesteśmy uzależnieni. Przedmiotem uzależnienia może stać się dosłownie wszystko: już nie tylko substancja (alkohol, narkotyki), ale jakakolwiek czynność (np. zakupy, jogging lub seks) czy nawet relacja z drugim człowiekiem (toksyczne związki). Jednym zdaniem -jest się od czego uwalniać!

Warto od razu zaznaczyć, że rekolekcje ignacjańskie nie są żadną formą obozu kuracyjnego dla osób uzależnionych czy terapii dla wypalonych zawodowo, znerwicowanych, z zaburzeniami osobowości. Wprost przeciwnie, rekolekcje są przeznaczone dla osób zdrowych i zrównoważonych psychicznie, których nieuporządkowane przywiązania mieszczą się w przestrzeni ich wolnego wyboru, a nie w sferze trwałych i patologicznych uwarunkowań.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl