nie bój się
"Kodu da Vinci"
z o. Pawłem Krupą,
dominikaninem, historykiem
rozmawia redakcja LISTU
dominikaninem, historykiem
rozmawia redakcja LISTU
Ojcze, „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna spotkał się z wielkim zainteresowaniem czytelników i z ostrą krytyką ze strony Kościoła. Czy stanowi on tak wielkie zagrożenie dla chrześcijaństwa?
To tylko zwykła powieść, beletrystyka i osobiście jestem zdumiony, że wywołała tak wiele hałasu w Kościele.
Na jej temat wypowiadali się nawet niektórzy kardynałowie, zabraniając jej czytać.
Zupełnie niepotrzebnie, nadano jej w ten sposób jakiegoś wielkiego znaczenia. To niezbyt mądra reakcja. Nie czytać? Niby dlaczego?
To tylko zwykła powieść, beletrystyka i osobiście jestem zdumiony, że wywołała tak wiele hałasu w Kościele.
Na jej temat wypowiadali się nawet niektórzy kardynałowie, zabraniając jej czytać.
Zupełnie niepotrzebnie, nadano jej w ten sposób jakiegoś wielkiego znaczenia. To niezbyt mądra reakcja. Nie czytać? Niby dlaczego?
Być może obawa Kościoła i fascynacja czytelników książką Browna biorą się stąd, że wielu ludzi żyje ideą jakiegoś dziejowego spisku. Sądzą oni, że są oszukiwani, okłamywani i cieszą się, gdy od czasu do czasu znajdzie się ktoś, kto im powie, że to prawda, że to Żydzi i masoni rządzą światem, albo – jak w tym przypadku – Watykan.
Dla wielu Amerykanów to nie Żydzi czy masoni „rządzą światem”, ale właśnie Watykan. Doskonale to widać w powieści Browna. U niego Watykan (nazywa on tak Kościół, czasem zupełnie błędnie mówiąc o „decyzjach Watykanu” w IV czy V w.!) jest centralą międzynarodowej organizacji pełnej mrocznych sekretów, a Opus Dei – wykonawcą brudnej roboty, jak, nie przymierzając, KC i KGB w Związku Radzieckim.
Z czego wynika takie podejście Amerykanów?
Stany Zjednoczone są krajem historycznie protestanckim, w którym przez całe lata dominowało bardzo negatywne nastawienie do „papistów”. To społeczeństwo, w którym istnieją tzw. wolne Kościoły, i nie ma jednego Magisterium, jednej oficjalnej doktryny. Nie ma nawet dążenia do niej, wręcz przeciwnie – z wielości doktryn czyni się wartość. Dla części protestanckich Amerykanów Watykan jawi się więc jako instytucja, która wszelkimi sposobami, również siłą, próbuje narzucić wszystkim swoją wizję świata i religii.
A czy Kościół sam nie jest po części winien takiej sytuacji? Czy sam nie wytwarza aury tajemniczości i niesamowitości, np. nie udostępniając całości archiwów watykańskich?
Myślę, że jeżeli Kościół jest tu winien, to nie przez złą administrację archiwami, ale przez postawę, którą jeszcze od czasu do czasu można spotkać wśród niektórych duszpasterzy: „Lepiej ludziom za dużo nie mówić, bo jeszcze się zgorszą”. Ale tak naprawdę Kościół katolicki jest jedną z nielicznych instytucji religijnych, jeśli nie jedyną, która udostępnia swoje archiwa, umożliwiając wgląd do całej swojej historii. Krytyce naukowej poddajemy nawet cuda, czego nie spotka się nigdzie indziej. Jest to efekt naszego głębokiego przekonania, że prawda zawsze zwycięży. Archiwa watykańskie, nazywane nieco myląco Archivum Secretum, są dostępne dla każdego historyka: pójdziesz, poprosisz, dostaniesz, co chcesz. Oczywiście, znajdują się tam również dokumenty tajne, jednak to nie oznacza, że ma do nich dostęp jedynie papież, ale że należą do działu dyplomacji: są to np. dokumenty nuncjatur apostolskich. Są one objęte taką samą klauzurą tajności jak inne podobne archiwa na świecie, czyli minimum pięćdziesiąt lat. Ostatnio zostały udostępnione archiwa Piusa XI, ale wszyscy narzekają, że ten proces następuje zbyt wolno, bo chcieliby już „dorwać” Piusa XII i okres drugiej wojny światowej. Powtarzam, archiwa watykańskie są dostępne. Osobną kwestię stanowią dokumenty Penitencjarii Apostolskiej, które nigdy nie zostaną ujaw-nione, bo dotyczą spraw sumienia. Sam musiałem się kiedyś do niej zwrócić o zdjęcie ekskomuniki z pewnej osoby. Jest cała procedura, mówiąca, w jaki sposób należy się o to ubiegać. Najpierw trzeba napisać list z prośbą, używając specjalnej formuły, oczywiście bez wymieniania nazwiska penitenta. Po pewnym czasie przychodzi odpowiedź z informacją o nałożonej na penitenta pokucie i z adnotacją: „Proszę zapisać numer sprawy, a list spalić!”. To wszystko jest jednak czynione w obronie człowieka, który wraca na łono Kościoła. Dokumentów takich spraw nikt nikomu nie będzie udostępniał. I bardzo dobrze!
Powiedział Ojciec, że Kościół być może sam jest sobie winien zainteresowania sensacjami przez postawę, którą „jeszcze od czasu do czasu można spotkać”, że „lepiej za dużo nie mówić”...
Można zrozumieć obawy duszpasterzy, chociaż… Jest taki paskudny rodzaj mola, który gnieździ się w manuskryptach i powoli zjada pergaminowe karty. Jednak wystarczy wystawić księgę na słońce, a robactwo natychmiast zginie. Czasem, zamiast ukrywać bolesną prawdę, lepiej wynieść ją na światło dzienne, aby złe sczezło jak najszybciej i przestało niszczyć to, co dobre.. Z drugiej strony, nie można zapominać, że do zbawienia konieczna jest wiara, która karmi się Objawieniem, sakramentami i dobrymi czynami, nie zaś wiedza, a już zwłaszcza nie „zła wiedza”.
Ale nie chce Ojciec powiedzieć, że jest coś złego w wiedzy?
Średniowiecze przekazało nam dwie popularne maksymy, które doskonale się uzupełniają, choć czasem próbuje się traktować jako przeciwstawne: credo, ut intelligam (wierzę, aby poznać) oraz intelligo, ut credam (poznaję, aby uwierzyć). Pamiętam, że jeszcze w okresie PRL były organizowane w Krakowie tygodnie kultury chrześcijańskiej. Hasło jednego z nich – zaczerpnięte z dzieła Wojtyły – brzmiało: „Wiara rodzi kulturę”. Plakat z tym hasłem leżał na stoliku w zakrystii naszego kościoła. Pewnego dnia przyszła do zakrystii staruszka, taka cudowna podkrakowska babcia w zapasce. Była prawie głucha, więc podczas rozmowy trzeba było do niej krzyczeć. Kiedy zamawiała Mszę, przypatrzyła się plakatowi i powiedziała do mnie: „Wis bracisku, to prowda jest, ze wiara rodzi kulture. Bo jakby mój chłop był bardziej wierzący, to by mioł wiency kultury i by mnie tak nie proł, i bym głucha nie była, bo ja ogłuchła, od tego, ze on mnie tak proł”. Ta kobieta, choć nie wiedziała, czym są pisma deuterokanoniczne, czym była inkwizycja i spór o inwestyturę, doskonale pojęła pierwszą z wyżej wspomnianych zasad: w swojej prostocie czuła, że wiara pociąga człowieka wyżej, uwzniośla go, pogłębia jego kulturę i wzmacnia wiedzę co do rzeczy najważniejszych. Natomiast druga maksyma odnosi się do tych, którzy chcą pogłębić wiedzę, aby ich wiara mogła znaleźć jak najwięcej racjonalnych uzasadnień, aby świadomie uwzględniała cały bezcenny ba-gaż historii i tradycji. I tego nikomu zabraniać nie wolno! Stwierdzenie, że lepiej nie wiedzieć, jest kapitulacją, przygotowaniem terenu wszelkim fał-szywym prorokom i sekciarzom. To jest małodusz-ność. To tak jakby powiedzieć, że ludzie niewiele zrozumieją, bo są głupi.
A może zainteresowanie sensacjami o Jezusie i Marii Magdalenie, ewangeliami gnostyckimi bierze się z potrzeby poznania dziejów Kościoła, z jakiegoś braku w tej dziedzinie?
Myślę, że tak. I jest w tym trochę naszej winy, naszej, czyli księży. W czasie katechezy nie prowadzi się u nas porządne-go wykładu z historii Kościoła – to ogromny błąd. Młodzież uczy się historii powszechnej, historii Polski, natomiast religia jest dla nich czymś ahistorycznym. Myślą: moja wiara, to mój wybór, przeżywany przeze mnie indywidualnie, nie jestem częścią żadnej historii. Dlatego trudno im potem zrozumieć, czym jest Kościół. A jest on wspólnotą wierzących, która żyje w konkretnych warunkach kulturowych, politycznych, społecznych. Wykład, który przedstawiałby jej historię, byłby bardzo potrzebny. Wtedy być może bylibyśmy bardziej przygotowani na rewelacje w stylu „Kodu Leonarda da Vinci”. Dziś wystarczy, że ktoś przyjdzie i zawoła: „Człowieku! Czy ty wiesz, że była inkwizycja, która mordowała ludzi?”, a zaraz odezwą się głosy: „No tak, tyle lat jesteśmy w Kościele, i nikt nam o tym nie powiedział. Oni coś przed nami ukrywają. Kościół nas oszukuje, mówi o Panu Bogu, o dobrym Jezusie, o cudach, uzdrowieniach, i ani słowa o inkwizycji”. Na ignorancji bazuje duża część takiej literatury. Bazują na niej też np. Świadkowie Jehowy.
Ale nie wszyscy mogą być historykami...
Niekoniecznie trzeba poznawać szczegółową historię Kościoła, wystarczy zatrzymać się na wybranych zagadnieniach, ale z nastawieniem apologetycznym. Niestety, pewnego dnia stwierdzono, że w dzisiejszym świecie, kiedy mamy aggiornamento, otwarcie na świat, apologetyka, jako pewna postawa obronna, jest zbędna. Tym-czasem mądra – powtarzam mądra – apologetyka jest bardzo potrzebna. Ona jest potrzebna właśnie po to, by można było prowadzić dialog ze światem. Apologetyka pomaga poruszyć w trakcie formacji religijnej takie „sensacyjne” kwestie, jak tworzenie się kanonu Pisma Świętego, orzeczenia pierwszych soborów, stosunki państwo – Kościół, reformacja, rewolucja francuska czy wreszcie problemem relacji między wiarą a nauką. To wcale nie jest tak wiele tematów. Myślę, że w ten sposób przygotowalibyśmy się do spokojnego czytania literatury, jaką nam proponuje Dan Brown. Szczerze mówiąc, jestem zdumiony, że jego książka osiągnęła tak nieprawdopodobną popularność.
Dlaczego?
Dlatego, że legend, apokryfów na temat Świętego Graala i ewentualnych związków Marii Magdaleny z Panem Jezusem są dziesiątki. One są bardzo stare.
- fragment
Dla wielu Amerykanów to nie Żydzi czy masoni „rządzą światem”, ale właśnie Watykan. Doskonale to widać w powieści Browna. U niego Watykan (nazywa on tak Kościół, czasem zupełnie błędnie mówiąc o „decyzjach Watykanu” w IV czy V w.!) jest centralą międzynarodowej organizacji pełnej mrocznych sekretów, a Opus Dei – wykonawcą brudnej roboty, jak, nie przymierzając, KC i KGB w Związku Radzieckim.
Z czego wynika takie podejście Amerykanów?
Stany Zjednoczone są krajem historycznie protestanckim, w którym przez całe lata dominowało bardzo negatywne nastawienie do „papistów”. To społeczeństwo, w którym istnieją tzw. wolne Kościoły, i nie ma jednego Magisterium, jednej oficjalnej doktryny. Nie ma nawet dążenia do niej, wręcz przeciwnie – z wielości doktryn czyni się wartość. Dla części protestanckich Amerykanów Watykan jawi się więc jako instytucja, która wszelkimi sposobami, również siłą, próbuje narzucić wszystkim swoją wizję świata i religii.
A czy Kościół sam nie jest po części winien takiej sytuacji? Czy sam nie wytwarza aury tajemniczości i niesamowitości, np. nie udostępniając całości archiwów watykańskich?
Myślę, że jeżeli Kościół jest tu winien, to nie przez złą administrację archiwami, ale przez postawę, którą jeszcze od czasu do czasu można spotkać wśród niektórych duszpasterzy: „Lepiej ludziom za dużo nie mówić, bo jeszcze się zgorszą”. Ale tak naprawdę Kościół katolicki jest jedną z nielicznych instytucji religijnych, jeśli nie jedyną, która udostępnia swoje archiwa, umożliwiając wgląd do całej swojej historii. Krytyce naukowej poddajemy nawet cuda, czego nie spotka się nigdzie indziej. Jest to efekt naszego głębokiego przekonania, że prawda zawsze zwycięży. Archiwa watykańskie, nazywane nieco myląco Archivum Secretum, są dostępne dla każdego historyka: pójdziesz, poprosisz, dostaniesz, co chcesz. Oczywiście, znajdują się tam również dokumenty tajne, jednak to nie oznacza, że ma do nich dostęp jedynie papież, ale że należą do działu dyplomacji: są to np. dokumenty nuncjatur apostolskich. Są one objęte taką samą klauzurą tajności jak inne podobne archiwa na świecie, czyli minimum pięćdziesiąt lat. Ostatnio zostały udostępnione archiwa Piusa XI, ale wszyscy narzekają, że ten proces następuje zbyt wolno, bo chcieliby już „dorwać” Piusa XII i okres drugiej wojny światowej. Powtarzam, archiwa watykańskie są dostępne. Osobną kwestię stanowią dokumenty Penitencjarii Apostolskiej, które nigdy nie zostaną ujaw-nione, bo dotyczą spraw sumienia. Sam musiałem się kiedyś do niej zwrócić o zdjęcie ekskomuniki z pewnej osoby. Jest cała procedura, mówiąca, w jaki sposób należy się o to ubiegać. Najpierw trzeba napisać list z prośbą, używając specjalnej formuły, oczywiście bez wymieniania nazwiska penitenta. Po pewnym czasie przychodzi odpowiedź z informacją o nałożonej na penitenta pokucie i z adnotacją: „Proszę zapisać numer sprawy, a list spalić!”. To wszystko jest jednak czynione w obronie człowieka, który wraca na łono Kościoła. Dokumentów takich spraw nikt nikomu nie będzie udostępniał. I bardzo dobrze!
Powiedział Ojciec, że Kościół być może sam jest sobie winien zainteresowania sensacjami przez postawę, którą „jeszcze od czasu do czasu można spotkać”, że „lepiej za dużo nie mówić”...
Można zrozumieć obawy duszpasterzy, chociaż… Jest taki paskudny rodzaj mola, który gnieździ się w manuskryptach i powoli zjada pergaminowe karty. Jednak wystarczy wystawić księgę na słońce, a robactwo natychmiast zginie. Czasem, zamiast ukrywać bolesną prawdę, lepiej wynieść ją na światło dzienne, aby złe sczezło jak najszybciej i przestało niszczyć to, co dobre.. Z drugiej strony, nie można zapominać, że do zbawienia konieczna jest wiara, która karmi się Objawieniem, sakramentami i dobrymi czynami, nie zaś wiedza, a już zwłaszcza nie „zła wiedza”.
Ale nie chce Ojciec powiedzieć, że jest coś złego w wiedzy?
Średniowiecze przekazało nam dwie popularne maksymy, które doskonale się uzupełniają, choć czasem próbuje się traktować jako przeciwstawne: credo, ut intelligam (wierzę, aby poznać) oraz intelligo, ut credam (poznaję, aby uwierzyć). Pamiętam, że jeszcze w okresie PRL były organizowane w Krakowie tygodnie kultury chrześcijańskiej. Hasło jednego z nich – zaczerpnięte z dzieła Wojtyły – brzmiało: „Wiara rodzi kulturę”. Plakat z tym hasłem leżał na stoliku w zakrystii naszego kościoła. Pewnego dnia przyszła do zakrystii staruszka, taka cudowna podkrakowska babcia w zapasce. Była prawie głucha, więc podczas rozmowy trzeba było do niej krzyczeć. Kiedy zamawiała Mszę, przypatrzyła się plakatowi i powiedziała do mnie: „Wis bracisku, to prowda jest, ze wiara rodzi kulture. Bo jakby mój chłop był bardziej wierzący, to by mioł wiency kultury i by mnie tak nie proł, i bym głucha nie była, bo ja ogłuchła, od tego, ze on mnie tak proł”. Ta kobieta, choć nie wiedziała, czym są pisma deuterokanoniczne, czym była inkwizycja i spór o inwestyturę, doskonale pojęła pierwszą z wyżej wspomnianych zasad: w swojej prostocie czuła, że wiara pociąga człowieka wyżej, uwzniośla go, pogłębia jego kulturę i wzmacnia wiedzę co do rzeczy najważniejszych. Natomiast druga maksyma odnosi się do tych, którzy chcą pogłębić wiedzę, aby ich wiara mogła znaleźć jak najwięcej racjonalnych uzasadnień, aby świadomie uwzględniała cały bezcenny ba-gaż historii i tradycji. I tego nikomu zabraniać nie wolno! Stwierdzenie, że lepiej nie wiedzieć, jest kapitulacją, przygotowaniem terenu wszelkim fał-szywym prorokom i sekciarzom. To jest małodusz-ność. To tak jakby powiedzieć, że ludzie niewiele zrozumieją, bo są głupi.
A może zainteresowanie sensacjami o Jezusie i Marii Magdalenie, ewangeliami gnostyckimi bierze się z potrzeby poznania dziejów Kościoła, z jakiegoś braku w tej dziedzinie?
Myślę, że tak. I jest w tym trochę naszej winy, naszej, czyli księży. W czasie katechezy nie prowadzi się u nas porządne-go wykładu z historii Kościoła – to ogromny błąd. Młodzież uczy się historii powszechnej, historii Polski, natomiast religia jest dla nich czymś ahistorycznym. Myślą: moja wiara, to mój wybór, przeżywany przeze mnie indywidualnie, nie jestem częścią żadnej historii. Dlatego trudno im potem zrozumieć, czym jest Kościół. A jest on wspólnotą wierzących, która żyje w konkretnych warunkach kulturowych, politycznych, społecznych. Wykład, który przedstawiałby jej historię, byłby bardzo potrzebny. Wtedy być może bylibyśmy bardziej przygotowani na rewelacje w stylu „Kodu Leonarda da Vinci”. Dziś wystarczy, że ktoś przyjdzie i zawoła: „Człowieku! Czy ty wiesz, że była inkwizycja, która mordowała ludzi?”, a zaraz odezwą się głosy: „No tak, tyle lat jesteśmy w Kościele, i nikt nam o tym nie powiedział. Oni coś przed nami ukrywają. Kościół nas oszukuje, mówi o Panu Bogu, o dobrym Jezusie, o cudach, uzdrowieniach, i ani słowa o inkwizycji”. Na ignorancji bazuje duża część takiej literatury. Bazują na niej też np. Świadkowie Jehowy.
Ale nie wszyscy mogą być historykami...
Niekoniecznie trzeba poznawać szczegółową historię Kościoła, wystarczy zatrzymać się na wybranych zagadnieniach, ale z nastawieniem apologetycznym. Niestety, pewnego dnia stwierdzono, że w dzisiejszym świecie, kiedy mamy aggiornamento, otwarcie na świat, apologetyka, jako pewna postawa obronna, jest zbędna. Tym-czasem mądra – powtarzam mądra – apologetyka jest bardzo potrzebna. Ona jest potrzebna właśnie po to, by można było prowadzić dialog ze światem. Apologetyka pomaga poruszyć w trakcie formacji religijnej takie „sensacyjne” kwestie, jak tworzenie się kanonu Pisma Świętego, orzeczenia pierwszych soborów, stosunki państwo – Kościół, reformacja, rewolucja francuska czy wreszcie problemem relacji między wiarą a nauką. To wcale nie jest tak wiele tematów. Myślę, że w ten sposób przygotowalibyśmy się do spokojnego czytania literatury, jaką nam proponuje Dan Brown. Szczerze mówiąc, jestem zdumiony, że jego książka osiągnęła tak nieprawdopodobną popularność.
Dlaczego?
Dlatego, że legend, apokryfów na temat Świętego Graala i ewentualnych związków Marii Magdaleny z Panem Jezusem są dziesiątki. One są bardzo stare.
- fragment



