inteligencja religijna

czyli człowiek zdolny do najwyższej troski

z Bartłomiejem Dobroczyńskim,
psychologiem z Uniwersytetu Jagiellońskiego,
rozmawia Ela Konderak

Modne są dzisiaj różnego rodzaju badania inteligencji. Uczeni odkryli, że oprócz „zwykłej” inteligencji, istnieje inteligencja emocjonalna i społeczna. A czy istnieje coś takiego, jak inteligencja religijna, talent religijny?
W pewnym sensie tak. I mówię to jako psycholog, a nie jako człowiek religii. Możemy posiadać różne uzdolnienia, np. matematyczne, muzyczne czy plastyczne, ale możemy też posiadać coś, co można określić jako zdolności religijne. Są to predyspozycje, które uwrażliwiają nas na odbiór określonego typu informacji i ułatwiają nam poruszanie się w kontekście religijnym. Co wcale jeszcze nie musi oznaczać relacji do sfery religijnej w sensie metafizycznym, do sacrum.

To znaczy…?
To znaczy, że rozmawiając o inteligencji religijnej, wcale nie musimy mówić o czymś, co określa się jako „doświadczenie wybrania” czy „powołanie”. Możemy oczywiście mówić również o tym, ale warto sobie uświadomić, że o inteligencji religijnej można rozmawiać także w sposób, który nie zakłada istnienia transcendencji albo nie potrzebuje brać jej pod uwagę.

Wobec tego co to jest inteligencja religijna? Czy istnieje zestaw symptomów, które świadczą o tym, że człowiek jest nią obdarzony?
Zacznijmy od słów Paula Tillicha, który definiował religię jako „najwyższą troskę”. Człowiek religijny to człowiek zdolny do „najwyższej troski”, to ktoś, kto w jakimś sensie troszczy się o wszystko. Być zdolnym do „najwyższej troski”, to mieć percepcję całości: umieć dostrzec nie tylko siebie, ale i innych, nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, nie tylko zwierzęta, ale i cały świat – wszystko, co istnieje. To byłaby pierwsza cecha inteligencji religijnej: zdolność do widzenia całości.

Są ludzie, którzy mają tendencję do patrzenia syntetycznego, całościowego, ale są i tacy, którzy myślą analitycznie, cząstkowo. Człowiek, który widzi świat całościowo, będzie miał wrażliwość otwierającą na religijny sposób widzenia świata. Analityk będzie w tej materii oporny. Weźmy np. zdanie z Ewangelii, które mówi, że nawet wróbel nie spada z drzewa bez Bożego przyzwolenia (por. Mt 10, 29-31). Jeśli ktoś widzi świat syntetycznie, całościowo, to takie zdanie do niego przemówi, ale jeśli myśli analitycznie i cząstkowo – niewiele będzie dla niego znaczyć. Może nawet pomyśleć: „A co mnie obchodzi wróbel?”. Bo znaczenie wróbla w świecie jest zgoła niewielkie. Natomiast człowiek widzący całość rzeczywistości, powie: „Ach, więc Bóg jest taki, że troszczy się nie tylko o ludzi i anioły, ale o wszystko, również o wróble czy lilie polne, które dzięki Niemu są przyozdobione. Cały świat jest dla Niego ważny!”. Żeby widzieć rzeczywistość w taki sposób, potrzebna jest zdolność do empatii, czyli odczuwania tego, co czują inni, tak jakby się samemu to przeżywało. Na przykład patrzysz na kogoś i widzisz, że jest zmarznięty i głodny, więc mówisz: „Trzeba mu dać koc i coś do zjedzenia”. To wydaje się oczywiste, ale empatia może dotyczyć wszystkiego: równie dobrze jak zmarzniętym człowiekiem, możesz martwić się wróblem, który leży i ma chorą łapkę. Mówisz wtedy: „Trzeba mu pomóc”. Ktoś zapyta: „Ale dlaczego?”. „Bo bardzo cierpi” – odpowiesz. „A skąd wiesz, że bardzo cierpi?”. No właśnie, skąd wiesz? Stąd, że potrafisz się poczuć jak wróbel ze złamaną łapką. Podobnie jest, gdy widzisz drzewo, które ma złamaną gałąź i wiesz, że trzeba ją obwiązać, bo wtedy się zrośnie. To jest właśnie zdolność do empatii. Czy ona musi zamienić się w religijną wrażliwość? Niekoniecznie, ale może do niej zaprowadzić.

Mówi się, że małe dzieci są naturalnie empatyczne. Czy to znaczy, że są naturalnie religijne?
Jest w tym coś z prawdy. Dziecko w wielu tradycjach religijnych jest traktowane wyjątkowo. W Ewangelii Jezus daje do zrozumienia, że dzieci mają specjalny status, bo do takich jak one należy królestwo niebieskie (Mt 19, 14). Mówi też: Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, ten nie wejdzie do niego (Łk 18, 17). Bycie dzieckiem czyni człowieka godnym królestwa Bożego. W innych tradycjach religijnych dziecko jest również ważne. Na przykład w buddyzmie tybetańskim kolejnego wcielenia dalajlamy poszukuje się wśród dzieci. Indianie bardzo cenią Czarnego Łosia, który w swej autobiografii opisuje, jak w wieku dziewięciu lat otrzymał powołanie do życia duchowego. Wiązało się to z ciężką chorobą i wizjami, które naznaczyły go na całe życie.

Dlaczego właśnie dziecko?
Być może dlatego, że jest naiwne, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, czyli nie doszukujące się podstępu, nie mające ukrytych motywów, niczego nie posiadające, nie obwarowane wewnętrznie i nie uwikłane w rozgrywki, które często dominują w dorosłym życiu. Dziecko jest otwarte i proste. Co ciekawe, Jezus nie wskazał jakiegoś konkretnego dziecka, wskazał na dziecięcość jako cechę oznaczającą świeżość, zaufanie, prostotę. Szczególnie podkreślał prostotę: Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom (Łk 10, 21). Można przypuszczać, że istnieje powinowactwo między dzieckiem a człowiekiem dorosłym, którego umysł jest prosty. Prostota może tu być rozumiana albo jako prostolinijność, w przeciwieństwie do zawikłania i krętactwa, albo jako brak ozdobników, czyli skomplikowania, wiążącego się z próbą imponowania innym. Podsumowując: zarówno dziecko, jak i człowiek dorosły, który jest prosty i ubogi w duchu, to ktoś godny królestwa Bożego, bo nie ma w nim podstępu, czyli skomplikowania, w złym sensie tego słowa.

Jest jeszcze jedna ciekawa cecha, którą mają dzieci. Otóż małe dziecko potrafi w sposób zupełnie naturalny dostrzec, że rzeczy nie istnieją osobno, ale w jakimś sensie przynależą do siebie i wzajemnie na siebie wpływają. Ten aspekt „przynależności” jest ogromnie ważny w religijności. Religio po łacinie znaczy: „ponownie związać, połączyć, umocnić”. Człowiek obdarzony inteligencją religijną ma łatwość odczuwania przynależności, i to na różnych poziomach.

On wie, że sam również jest częścią czegoś, przynależy do czegoś. To jest bardzo widoczne w dawnych tradycjach religijnych, np. w kulturach plemiennych, gdzie wszystko jest doświadczane jako jedna, pulsująca całość. Podobne wątki można znaleźć w Ewangelii, np. wtedy, kiedy Jezus mówi o ośle, który czeka na Niego i trzeba go odwiązać i przyprowadzić albo o rybie, która ma w sobie statera na podatek. Albo też w Starym Testamencie, gdy jest mowa o Eliaszu, który był głodny, więc przyfrunął kruk i przyniósł mu jedzenie, a on dzięki temu mógł iść dalej, albo o oślicy, która widziała anioła. Gdyby przeczytać te fragmenty Indianinowi znad Amazonki albo Aborygenowi z Australii, którzy nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, to oni by je zrozumieli, może nawet lepiej niż my...

Wszechświat widziany z perspektywy religijnej jest wszechświatem rzeczy i organizmów wzajemnie ze sobą powiązanych: jedne dzieją się ze względu na inne.

Takie całościowe patrzenie jest przeciwieństwem patrzenia naukowego. Człowiek naturalnie religijny w pewnym sensie nie jest w stanie popatrzeć na świat naukowo.

Nie wiem, czy wszyscy się z tym zgodzą, wielu naukowców to osoby religijne...
Zaznaczyłem, że „w pewnym sensie”. Bo w pewnym sensie przeciwieństwem religijnego punktu widzenia jest naukowy punkt widzenia, który separuje rzeczy, powoduje, że wybieram z rzeczywistości fragment – np. płuco albo ucho, pluskwiaka różoskrzydłego albo miedź i zajmuję się tylko nim. Uważam, że ponieważ zajmuję się uchem, nie mogę zajmować się płucami albo: ponieważ zajmuję płucami, nie mogę zajmować się brzuchem. Oczywiście, wiem, że to są części większej całości, ale wiedza dotycząca jednej rzeczy jest tak złożona, że nie mam już czasu zajmować się innymi. Nauka zachodnia jest analityczna, tzn. wyodrębnia jakąś część rzeczywistości i zajmuje się nią, zapominając, że wszystkie elementy są ze sobą powiązane.

Natomiast myślenie religijne jest syntetyczne, tzn. wiąże rzeczy ze sobą. W sensie religijnym, separacja jest złem, np. oddzielenie potępionych od nie potępionych albo grzeszenie, nazywane oddzieleniem od Boga. Najbardziej pożądanym stanem dla człowieka jest bycie w jedności z Bogiem, w raju panowała jedność Boga i stworzenia. Myślenie człowieka religijnego jest myśleniem wiążącym, pełnym troski, akceptacji i współczucia. Taki człowiek nie będzie oskarżał, jak np. Iwan Karamazow, który nie akceptował świata ze względu na łzę choćby jednego dziecka. Dla niego taki świat był nie do przyjęcia. To jest myślenie bardzo emocjonalne, nawet empatyczne, ale całkiem niereligijne. Ono w efekcie prowadzi do separacji, konfliktu, rewolucji, terroru. Osoba religijna raczej weźmie to dziecko na ręce, żeby nie płakało, zasadzi ogród, żeby je nakarmić, albo zbuduje szkołę, żeby mogło się uczyć.

Religijne myślenie jest myśleniem wiążącym i pełnym troski. Ktoś, kto jest naprawdę religijny nie potrzebuje zastanawiać się, kto jest temu wszystkiemu winny, bo to prowadzi do separacji, ale raczej funkcjonuje jak Matka Teresa. Współczucie i miłość są elementami scalającymi świat. Biblia mówi, że kiedyś zostanie otarta każda łza. Człowiek pełen troski o to, żeby została otarta każda łza, to człowiek religijny. Nie oznacza to oczywiście, że nie należy się zastanawiać – dlaczego biedny jest biedny, a cierpiący cierpi. Bywają ludzie bardzo religijni, którzy – jak brazylijski biskup dom Helder Camara – nie tylko pomagali biednym, ale również piętnowali społeczne warunki utrwalające biedę. Jednak to ostanie powinno być domeną polityki.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl