cały świat
na prochach
ELA KONDERAK
„Zburz ograniczające mury i zasieki, i zmierzaj do sukcesu" - krzyczy napis na ulicznym plakacie. „Miej wpływ na swoje uczucia, kształtuj swoje przeznaczenie, naucz się panować nad emocjami, pielęgnuj twórczą wizję" - dopowiadają tytuły książek w księgarskich witrynach. Warsztaty, szkolenia, seminaria, na których, według zapewnień organizatorów, można „dokonać zmiany w dowolnym aspekcie życia" stały się codziennością. Często pracodawcy serwują je swoim pracownikom. Wszystko po to, żeby sprawniej działać
twój śpiący olbrzym
Idąc za wskazówkami zawartymi w znanej książce Anthonego Robbinsa pt. „Obudź w sobie olbrzyma i miej wpływ na swoje życie - od zaraz", można w ciągu siedmiu dni całkowicie zmienić swoje życie, a nawet „określić własną tożsamość - klucz do rozwoju". Stanie się tak, bo przez te siedem dni nauczymy się zarządzać naszymi emocjami. Tak przynajmniej zapewniają ci, którzy tę książkę oferują do sprzedaży. Na dowód podają życie samego autora, który kiedyś był „grubym, sfrustrowanym, osamotnionym facetem, ledwo wiążącym koniec z końcem", a teraz jest właścicielem wielu firm, konsultantem rządu USA i „na swoje seminaria lata przez siebie pilotowanym helikopterem"1. Odniósł sukces, bo żyje zgodnie z zaleceniami zawartymi w książce. Odniósł sukces, bo zmienił swoje emocjonalne nastawienie do świata. Tyle oferuje Robbins, natomiast stosując się do reguł Dale Carnegie zamieszczonych w książce „Jak przestać się martwić i zacząć żyć" można pozbyć się „zmartwień, obaw i kłopotów", a nawet „wydłużyć dzień o godzinę". Książka napisana w latach czterdziestych XX w. sprzedała się, jak dotąd, w sześciu milionach egzemplarzy i wciąż cieszy się popularnością, bo któż nie chciałby uciec od niepokojów i zapomnieć o bezsennych nocach. Bardziej dociekliwi mogą jeszcze kupić poradnik Diany Cooper „Możesz zmienić swoje życie", pomagający uleczyć własną duszę dzięki dobrym emocjom, albo poradnik Marca Vendette „Wygrać siebie", który pozwoli zapanować nad naszym losem poprzez zmianę nastawienia do życia, tak, „aby wszystko przestało wreszcie iść opacznie".Księgarnie pełne są podobnych bestsellerów. I pewnie rzeczywiście jest tak, jak piszą ich autorzy: łatwiej się żyje przestrzegając zaleceń w nich zawartych. Każdy, nawet najlepiej zorganizowany człowiek, nawet największy twardziel ma momenty, kiedy czuje, że nie radzi sobie ze swoim życiem emocjonalnym. I każdy czasem potrzebuje porady w tym zakresie. Emocje nadają smak naszemu życiu, napędzają nas, powodują, że podejmujemy różne wyzwania, a jednocześnie są tą częścią nas, która jest najbardziej podatna na „uszkodzenia". Te „uszkodzenia" w emocjach blokują człowieka i spychają go na margines toczącego się w zawrotnym tempie życia. Trzeba więc o emocje dbać, pielęgnować je, nie dopuszczać do defektów i chorób, a najlepiej pomogą w tym wspomniane poradniki. Tak przynajmniej zapewniają świadectwa osób „uratowanych" umieszczone na okładkach i w reklamach. Wszystko to brzmi dość wiarygodnie i zachęcająco, trudno więc powstrzymać chęć sięgnięcia do portfela. Jest jednak pewne „ale…", czyli przysłowiowy diabeł w szczegółach. Wertując książki klasyka teorii o inteligencji emocjonalnej, Daniela Gole-mana, „Inteligencję emocjonalną" i „Inteligencję emocjonalną w praktyce" można się dowiedzieć, że główną ideą, która pchnęła autora do ich napisana była chęć wypracowania takiej osobowości w człowieku, która zdynamizowałaby jego karierę zawodową. Autor dzieli się swoimi odkryciami jak rozwinąć przedsiębiorstwo uruchamiając odpowiednie pokłady sił twórczych w człowieku. Udowadnia, że tradycyjna inteligencja, tzw. IQ nie jest decydująca. Prawdziwą karierę zawodową robią ci, którzy mają w dostatecznym stopniu rozwiniętą inteligencję emocjonalną. Bo to ona decyduje o tym, jaki użytek zrobimy z intelektu.
emocje cenniejsze niż złoto
Przyjrzyjmy się głównej idei zawartej w teoriach Golemana. Człowiek o wysokiej inteligencji emocjonalnej powinien posiadać dwa rodzaje cech. Pierwszy rodzaj to cechy, które pozwolą mu rozumieć i rozwijać samego siebie, drugi rodzaj to cechy, które pozwolą działać w zespole. Do pierwszej grupy można zaliczyć między innymi zdolność do poprawnej samooceny i samokontroli, wiarę w siebie, świadomość własnych emocji, sumienność, a jednocześnie innowacyjność i optymizm w podchodzeniu do problemów, a także zdolność do całkowitego zaangażowania się w to, co się robi i nieustanne dążenie do osiągnięcia sukcesu. Druga grupa, czyli cechy, które pozwalają działać w zespole, to zdolność do empatii, a więc umiejętność wczuwania się w innych ludzi, chęć pracy nad doskonaleniem innych, skłonność do przewodzenia, służebne nastawienie wobec świata, nastawienie na porozumienie i łagodzenie konfliktów, a także umiejętność tworzenia więzi podczas pracy5. Wszystkie te cechy są bardzo pomocne przy robieniu kariery, dlatego według zwolenników teorii Golemana, powinniśmy je rozwijać. To one mogą sprawić, że kiedyś będziemy tak jak wspomniany Anthony Robbins, pilotowali własny helikopter latając na seminaria przez nas prowadzone. Takie zdolności są również pożądane przez pracodawcę w każdym przedsiębiorstwie. Bowiem ludzie zdolni i do sumienności, i do innowacyjności, łączący w sobie umiejętność rozumienia innych ludzi, a jednocześnie uporczywe pragnienie zawodowych sukcesów są siłą napędową każdego biznesu. Twórca książek o inteligencji emocjonalnej podpowiada jak zauważyć i wykorzystać te cechy w pracowniku.Efekt jest taki, że wszystkie współczesne techniki szkoleniowo-motywacyjne idąw kierunku maksymalnego zaangażowania emocji. W powszechnej praktyce wygląda to niestety trywialnie, czyli przełożeni każdego szczebla starają się motywować emocjonalnie podwładnych, ale żeby to zrobić sami muszą być (i są) zmotywowani emocjonalnie. Emocje krążą więc wokół wspomagając wprawdzie ludzi w pracy, ale i czyniąc atmosferę gęstą od stresu („emocje są zaraźliwe" zauważa Goleman). Poszczególne zadania zostają w końcu wykonane, a ludzie nagrodzeni (albo nie) i motywowani do „nowych ważnych zadań". Ponieważ jednak życie na pełnych obrotach kończy się po jakimś czasie wypaleniem emocjonalnym (często mylonym z wypaleniem zawodowym), zatrudnia się specjalistów, którzy mają sprawić, żeby to wypalenie przyszło możliwie jak najpóźniej. Organizuje się wyjazdy i szkolenia, znajduje nowe strategie motywacyjne. Niezmiernie rzadko są to strategie nie oparte na zwiększeniu stresu. Kto tego nie wytrzyma sam sobie winien. Słabeuszom dziękujemy.
słowo „wykorzystać"
„Myśl i bogać się" wzywa Napoleon Hill. Sukces osiągają jedynie ci, którzy są tego warci - dopowiadają inni. Jak długo można wytrzymać napięcie związane z takimi hasłami? W jaki sposób przerwać ten kołowrót? Być może kluczem do zrozumienia sytuacji jest słowo: „wykorzystać". Nauki „mędrców", którzy nakłaniają nas do pracy na naszych emocjach zawierają często maksymy o „wykorzystywaniu" emocji. Emocje należy wykorzystać w rozwiązywaniu trudności, w wykonywaniu trudnych zadań, w mobilizacji sił. Jedna z maksym Anthony Robbinsa mówi: „Sekret sukcesu polega na tym, aby nauczyć się, wykorzystywać cierpienie i przyjemność i nie pozwolić, aby cierpienie i przyjemność wykorzystały ciebie". Niby samo w sobie słuszne, ale czy emocje i uczucia to naprawdę coś do wykorzystywania w drodze do sukcesu?Człowiek „wykorzystywany emocjonalnie" w pracy, po powrocie do domu nie umie wyhamować emocji. Czas, który dzieli go od momentu ponownego zajęcia się pracą jest zbyt krótki. Nie wystarczy na naturalne „odreagowanie". Bartłomiej Dobroczyński analizując wszystkie gry, w jakie się w życiu dajemy wmanewrować, pisze o pewnej patologii weekendowej:
„W Anglii, czy w Japonii ekscesywne spożycie alkoholu i narkotyków od piątku do niedzieli jest na porządku dziennym. To jest już styl – wracasz do domu w piątek po pracy i ruszasz na ostro. Ta postać kapitalizmu, jakiej doświadczmy ostatnio, również w Polsce, wiąże się nie tylko z ciężką pracą i konkurencją, ale i z upokorzeniem. I to od poniedziałku do piątku wieczorem. Pracujesz od rana do wieczora, mogącię wyrzucić w każdej chwili, nie masz niekiedy żadnych praw. A w piątek wychodzisz z roboty, idziesz do klubu »Prozac«, albo »Mi-nisterstwo« (jeśli mieszkasz w Krakowie), zażyjesz ecstasy, puszczą ci trochę transowej muzyki i po pewnym czasie stroboskop, alkohol i chemia zrobią swoje. Nie pamiętasz tego szefa, który cię gnębi ani innych problemów. Po pewnym czasie stajesz się wypoczęta, oczywiście ze szkodą dla organizmu, bo nadwerężyłaś się biologicznie, ale jesteś »zresetowana« i w poniedziałek znowu możesz iść do pracy. Coraz więcej ludzi preferuje ten sposób spędzania wolnego czasu. Oszołomienie jest coraz większą wartością. Bo presja jest zbyt ostra, reguły społeczne zbyt brutalne. Żyjesz w świecie, w którym trudno osiągnąć sukces, w którym nie czujesz się ani pewnie, ani bezpiecznie, w którym wymagania wobec ciebie są bardzo surowe, a reguły niepewne. Jest ci źle w świecie rzeczywistym, więc zmierzasz do oszołomienia. Wiadomo, jaka jest rola alkoholu - podtrzymuje on naszą działalność w sytuacji frustracji. Jeśli zmęczyłaś się jakąś działalnością i nie chcesz już tego dalej robić, a musisz, bo taka jest sytuacja, to z alkoholem będziesz to ciągnąć dalej, a bez alkoholu zrezygnujesz. Alkohol daje wzmocnienie na poziomie motywacji. (…) Jeśli dzieci w szkole nie czują się bezpiecznie, a wymagania szkoły są bezwzględne, to pokusa ucieczki w inny świat jest ogromna. Może się zdarzyć, że rodzice ich nie wspierają i dzieci wchodzą, np. w świat gier komputerowych. To pozwala im odreagować stres, szczególnie, jeśli w grze strzela się do wszystkiego, co się rusza. Taka gra, w pewnym sensie pozwala dziecku przetrwać w stanie nieuszkodzonym, bo pomaga odreagować wściekłość za wszystko: za to, że więksi go biją, a nauczyciele są niesprawiedliwi".
W telewizji mamy co najmniej kilka seriali kryminalnych dziennie. Niektóre z nich są bardzo brutalne. Morderstwa, kradzieże, strzelanina i seks. Nic, co ma mniej emocji już nas „nie rusza". Nawet „kobiece" telenowele -łagodna wersja kryminałów - opowiadają na ogół o zdradach, oszustwach i szantażach. Dzienniki telewizyjne nie są lepsze. Niektórzy psychologowie ostrzegają, że wywołują w psychice szkody większe niż filmy pełne przemocy. Dziennikarze, którzy je przygotowują najchętniej posługują się emocjami. Jeśli wzięta dziennikarka polityczna pyta biegnąc po korytarzu sejmowym: „Panie premierze, co pan czuł czytając dzisiejszy wywiad", to na co liczy? Przecież nie chodzi jej o prawdę, ale o zdenerwowanie rozmówcy. Pyta o odczucia, nie o fakty, bo wie, że pod wpływem emocji polityk może się przestać kontrolować i powiedzieć coś, czego w normalnych warunkach by nie powiedział. W ten sposób ona będzie miała dobry materiał i uznanie szefa. Ludzie pożądają coraz to silniejszych emocji, choćby nawet wziętych z telewizyjnego serialu, czy politycznych awantur. To jest jak narkotyk. Cały świat chodzi na tych prochach. I sami się od tego nie uwolnimy.
inteligencja emocjonalna czy religijna
Gdyby jednak ktoś chciał spróbować, to powinien zacząć od wyrzucenia wszystkich poradników służących do nauki zarządzania emocjami i wbrew zaleceniom Dale Carnegie pozwolić sobie na zmartwienie. Tyle, że u podłoża tego zmartwienia musi leżeć troska. Bo troska leży u podłoża takiego naszego wewnętrznego talentu, który można nazwać „inteligencją religijną". W świecie, gdzie modne są najróżniejsze inteligencje, gdzie wydaje się mnóstwo pieniędzy na ich opis i rozwijanie, nikt nie chce pamiętać o inteligencji religijnej. Tymczasem to właśnie ona stoi u podłoża wszelkich sukcesów naszej cywilizacji. Wspomniany już Bartłomiej Dobroczyński tak ją opisuje: „Zacznijmy od słów Paula Tillicha, który definiował religię jako »najwyższątroskę«. Człowiek religijny to człowiek zdolny do najwyższej troski, ktoś, kto w jakimś sensie troszczy się o wszystko. Być zdolnym do »najwyższej troski«, to mieć percepcję całości: umieć dostrzec nie tylko siebie, ale i innych, nie tylko ludzi, ale i zwierzęta, nie tylko zwierzęta, ale i cały świat, wszechświat - wszystko, co istnieje. To jest pierwsza cecha inteligencji religijnej: zdolność do widzenia całości8. Myliłby się jednak ktoś, kto by pomyślał, że chodzi o zwykłą empatię, tak jak w przypadku inteligencji emocjonalnej. Empatia jest konieczna, ale chodzi o coś więcej. Chodzi o przynależność (na różnych poziomach), o doświadczenie jedności, o zrozumienie, że nawet wróbel, jak tego uczy Ewangelia, nie spada z nieba bez Bożego przyzwolenia (por. Mt 10, 29-31). Bo nic, co istnieje nie istnieje „osobno".- fragment



