dać wiarę

uczuciom

redakcja listu rozmawia z o. Michałem Adamskim
dominikaninem, kierownikiem duchowym,
dyrektorem Centrum Informacji o Sektach
i Nowych Ruchach Religijnych


Ojcze, co robić, kiedy pojawiają się w nas „złe" emocje? Jak sobie z nimi radzić?

Nie ma czegoś takiego jak złe lub dobre emocje (Katechizm Kościoła Katolickiego 1766). Na poziomie kwalifikacji moralnej emocje są neutralne. Można oczywiście mówić o emocjach, odczuwanych przez nas jako coś pozytywnego lub negatywnego, ale one same w sobie nie są ani dobre, ani złe. Złymi lub dobrymi stają się zależnie od tego, w jaki sposób się nimi posługujemy-jak i na co je ukierunkowujemy.
A skąd się wzięło to nasze nieufne podejście do emocjonalności? Kto zawinił: Kościół, kultura?
Z pewnością w Kościele istnieje problem niera-dzenia sobie do końca z emocjami, ale są i próby wychodzenia temu naprzeciw. XIX wiek był w katolicyzmie takim okresem, kiedy próbowano emocjonalny aspekt wiary mocno dowartościować, po czasie posuchy emocjonalnej w okresie oświecenia (rozwinęło się chociażby nabożeństwo do Serca Jezusowego). Powiedziałbym, że problem z emocjami w Kościele pojawia się nie tyle na poziomie doktrynalnym, co duszpasterskim. Najłatwiej zauważyć to w liturgii. Czasami nie wiadomo, gdzie te „nieszczęsne emocje" umieścić na spotkaniu z Panem Bogiem. Ryt rzymski przez wieki był bardzo surowy, oszczędny, mało ekspresyjny, nawet w warstwie muzycznej. Emocje były w nim powściągane, do dzisiaj widać to nawet w postawie i gestach modlących się: wstajemy, siadamy, wstajemy i znów siadamy, ewentualnie klękniemy. Kapłan przynajmniej czasem odda pokłon, rozłoży ręce, ma większą szansę na ekspresję, ale wierny…? (trochę inaczej wygląda problem emocji w liturgii Kościołów Wschodnich).

Podobnie sprawa ma się z wychowaniem religijnym w Kościele. Przez wieki - nie tyle w oficjalnym nauczaniu Kościoła, co w katechezie duszpasterskiej - dawano nam do naśladowania wzorce ascetyczne, dla większości zbyt wymagające, nieosiągalne. Doskonałym przykładem jest promowanie życia mniszego jako ideału życia chrześcijańskiego. W tej wizji, mnich, dzięki ślubom czystości, posłuszeństwa i ubóstwa, wyzbywa się wszelkich namiętności, niewłaściwych poruszeń serca, żądzy bogactwa i pychy. Mnich składa śluby i nie ma problemu… Czy jednak aby na pewno nie ma problemu? Przecież są tacy, którym się nie udaje. Część z nas się jednak wycofuje.

Ten „idealny", pozbawiony negatywnych emocji bohater zadomowił się w chrześcijaństwie i ciągle sieje spustoszenie, wpędzając w poczucie winy tych, którzy nie są w stanie sprostać takim wymaganiom. A wystarczyłoby świętym „zajrzeć do rękawa". Okazałoby się wówczas, że „charakterek" miała, i to mocny Teresa z Avila, że nieco niestabilną emocjonalnością odznaczała się Teresa od Dzieciątka Jezus, nie wypominając już temperamentu św. Piotrowi czy Pawłowi z Tarsu. Niestety często jest to niezauważane. Dlatego ludzie ciągle spowiadają się z tego, że emocjonalnie na coś zareagowali, że się gniewali, frustrowali, że ktoś ich zirytował, że rozpraszają się na modlitwie. Nagle okazuje się, że emocje same w sobie są grzeszne. Chcielibyśmy, jak najszybciej o nich zapomnieć, wyrzec się ich w imię swojej wizji cnotliwego życia. A to może zrodzić duchowość - jak to określił jeden z naszych ojców - „odciętej głowy". Taka głowa nie ma kontaktu z resztą ciała, chce modlić się bez niego; sama iść do Pana Boga: sama kochać, sama być dobra. Tymczasem ciało, a z nim nasza emocjonalność, również bierze udział w spotkaniu z Panem Bogiem i z drugim człowiekiem. Emocje, jak mówił św. Tomasz z Akwinu, nadają impet naszym działaniom, nie pozwalają nam się rozpłynąć. Osobowość pozbawiona emocji jest nijaka - w jaką formę ją włożysz, taki przybierze kształt. Taka „świętoszkowata ameba" na pewno nie jest ideałem życia chrześcijańskiego.

Ludzie czasem czują się winni, bo nie potrafią pozbyć się swoich emocji.
Najwyraźniej to widać po tym, w jaki sposób rozumieją kwestię przebaczania. Dla większości ludzi przebaczenie komuś zła, które nam wyrządził oznacza decyzję na zahamowanie negatywnych emocji w stosunku do niego. Tymczasem przebaczenie nie jest wyparciem się gniewu czy rozgoryczenia. Gdyby tak było, musielibyśmy żyć w rozdwojeniu jaźni. Jedna połowa, ta pobożniejsza, mówiłaby: „Przebaczam", a druga: „Nie mogę, bo ciągle czuję złość". W ten sposób nie można funkcjonować. Trzeba przyznać się, nazwać emocje, ból i powierzyć go Bogu: „Tak, jest we mnie gniew, złość i bezsilność, ale przebaczam, nie domagam się rekompesaty za mój ból, bo i mnie przebaczono". Wezwanie do przebaczenia, do bycia miłosiernym jest absolutnie niemiłosierne, jeśli zapominamy o tym, że Ktoś już jako pierwszy nam przebaczył.

Czy religia może stać się pretekstem do ucieczki od poznawania siebie? Im bardziej nie radzę sobie, np. ze swoimi emocjami, tym bardziej staję się pobożny, uciekam w sferę religijną...
Czasami wydaje mi się, że Freud miał trochę racji, mówiąc, że religia jest pewną formą neurozy, na którą cierpi ludzkość. Teza Freuda nie do końca jest prawdziwa, ale to nie przypadek, że większość najtrudniejszych do wyleczenia zaburzeń psychicznych pojawia się na tle religijnym. Niestety, także chrześcijanie wpadają w neurozy.

Zdarza się, że problemy, z którymi ludzie przychodzą do konfesjonału czy na rozmowę, nie dotyczą grzechu, jako takiego, ale problemów emocjonalnych, na które nałożono moralną-religijną nakładkę. Człowiek sobie z czymś nie radzi, więc, będąc wychowanym w środowisku religijnym, nadaje temu religijny charakter.

Poza tym pobożność, bycie fair w stosunku do Pana Boga, dostarcza nam wiele satysfakcji. Dlatego tak łatwo w tę stronę uciec. Człowiek, który zupełnie nie radzi sobie z samym sobą, ze swoim życiowym nieuporządkowaniem, często jest bardzo religijny, jest wielkim dewotem. Problem fanatyzmu religijnego to często tak naprawdę problem nieradzenia sobie ze swoją ludzką kondycją, z tym, kim jesteśmy i jaki jest świat. Nie radzimy sobie, więc zalewamy to religijnym sosem. Oczywiście życiowe trudności można zalewać różnymi sosami, w zależności od osobistych preferencji, ale sos religijny jest bardzo wygodny. Pomaga znaleźć usprawiedliwienie: „Żyję tak, a nie inaczej, bo Bóg tego chce. To wy błądzicie". Dotyka też najbardziej intymnych, najgłębszych sfer życia, psychiki, emocji, zranień.

Wydaje się, że problem emocjonalności człowieka jest wciąż w Kościele „nieprzepracowany". Nie chodzi mi o teorię - antropologia, której naucza Kościół opierając się na Ewanagelii, jest logiczna, spójna i konkretna. Kłopoty pojawiają się wtedy, kiedy teoria spotyka się z praktyką.

To znaczy?
To znaczy, że nam, księżom, niejednokrotnie przychodzi przekazywać coś, z czym sami do końca sobie nie radzimy, z czym sami nawet boimy się żyć czy skonfrontować. Bardzo często ci, którzy w Kościele mają być przewodnikami, nie decydują się na całkowitą otwartość przed Panem Bogiem, bo ta droga wiedzie przez kryzys, a ten boli. Obraz człowieka i jego emocjonalności w takiej właśnie „nieprzepracowanej" wersji, homiletyczno-katechetycznej, przekazywany jest więc dalej. Dopiero kapłani, przewodnicy duchowi, którzy „pozwolili" sobie na pewien kryzys, na konfrontację z samym sobą, zaczynają prawdziwie i wiarygodnie mówić nie tylko o człowieku, ale i do człowieka.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl