duchy,

zmory i wampiry

MARCIN JAKUBIONEK
Otwierasz oczy, jest środek nocy, nie wiesz, dlaczego się obudziłeś, ale czujesz jakiś wewnętrzny niepokój. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, chociaż w ciemności niewiele można zobaczyć. Coś ci jednak podpowiada, że ktoś się zbliża. Zaczynasz dostrzegać, że tuż przed tobą mrok zaczyna gęstnieć, pulsować, przybierać fantastyczne kształty, jakby był żywą istotą


Strach, który cię ogarnia, nie ma w sobie nic ludzkiego. To strach zwierzęcia, któremu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Nawet jeślibyś sobie wmawiał, że to sen, zwidy, ciało cię nie posłucha, jakby wiedziało więcej niż ty. W końcu dopada cię panika, chcesz się zerwać, ale nie możesz się ruszyć, próbujesz krzyczeć, ale żaden dźwięk nie wydobywa się z twoich ust...

zmory i takie tam

Opisane wydarzenie mogło mieć miejsce wczoraj w nocy, ale równie dobrze kilkanaście tysięcy lat temu. W każdej części świata, pod każdą szerokością geograficzną, we wszystkich epokach ludzie opowiadali sobie równie, a także o wiele bardziej przerażające historie. Zawsze pojawiała się w nich tajemnicza zjawa. Nie sposób jej opisać, trudno nawet powiedzieć, czy to duch, demon, czy może człowiek. Za każdym razem przybiera inną postać. Jedno z najsłynniejszych jej przedstawień wyszło spod ręki Henry'ego Fu-selego, dziewiętnastowiecznego szwajcarskiego malarza. Zgodnie z intencją autora dzieło miało wzbudzać grozę i - rzecz oczywista - zapewnić mu sławę. Wystawione po raz pierwszy w 1871 r. w Królewskiej Akademii Sztuki w Londynie wywołało zamierzony efekt. Z obrzydzeniem pomieszanym z ciekawością tłumy ludzi wpatrywały się w obraz, na którym kreatura, podobna do diabła, dusi młodą kobietę, siedząc na jej piersi. Demon wygląda tak, jakby został przyłapany przez widza na gorącym uczynku, ale w jego oczach nie widać zaskoczenia. Jakby był pewien, że ofiara jest już jego i nikt nie zdoła mu jej odebrać. Scenie przygląda się jeszcze jeden widz - pokraczny stwór, przypominający konia, z wybałuszonymi, pokrytymi bielmem ślepiami. Z wyrazem zadowolenia patrzy, jak młoda kobieta walczy o życie. Być może to wierzchowiec demona albo jego kamrat... Nie wiadomo.

Obraz Fuselego nosi tytuł „Nocna mara". W przekazach ludowych mara to demon, diabeł, duch człowieka zmarłego nagłą śmiercią, np. samobójcy. Zgodnie z ludową wiedzą, marą zostawała też po śmierci czarownica, wiedźma czy zatwardziały grzesznik. Czasami za marę uznawano żywego człowieka, np. czarownicę, siódme lub najmłodsze dziecko w rodzinie, albo osobę o zrośniętych brwiach czy jakimś wyraźnym defekcie urody. Bywała nią dusza, która opuszczała ciało śpiącego człowieka, aby swawolić, rozkoszować się wolnością. Chociaż zwana była najczęściej marą, imion miała bez liku. Mówiono o niej strzyga, zmora, dusiołek, w Anglii określano ją mianem „starej jędzy", w Wietnamie zaś „szarym duchem". Jedni widzieli ją jako wychudzoną, starą wiedźmę z obwisłymi piersiami, z ciałem zarośniętym włosiem niczym zwierz. Inni znowu jako rozkładającego się, cuchnącego stęchlizną trupa lub ponętną kobietę czy też jako przystojnego starszego pana, w szlacheckim kontuszu z kapelusikiem i kopytami zamiast nóg. Nie ograniczała się jednak do postaci ludzkich, nachodziła ludzi jako łasica, ropucha, pies, szczur. Niekiedy stosowała sprytny kamuflaż - zmieniała się w dowolną rzecz, szczotkę do włosów, widły. Bez względu jednak na imię, wygląd, region występowania, taktyka dręczenia ludzi była zawsze bardzo podobna. Najczęściej sadowiła się na piersi ofiary, aby ją dusić, gryźć, szarpać za włosy, pić krew. Niekiedy miała bardziej przyziemne zachcianki. Lubiła namiętnie obcałowywać swoich wybrańców. Zaś niektóre z mar z niewiadomych powodów przerzucały się z krwistej na mleczną dietę. Aby nie zostać posądzonym o gołosłowność, przytoczę relację świadka. Tuż po wojnie, w pewnej wsi pod Zieloną Górą zmora niemal codziennie podkradała krowom mleko. Jeden z gospodarzy, rozwścieczony jej zuchwalstwem i łapczywością, postanowił zaczaić się na nią w nocy w oborze. Zjawiła się tuż po północy. Nie wyglądała jakoś specjalnie strasznie - baba jak każda inna. Podchodziła do krów i nad każdą z nich mamrotała: „Zabieram ci mleko, ale trochu zostawiam". Kiedy tylko ostatnia krowa poczuła skutki działania zaklęcia, zmora chyłkiem opuściła gospodarstwo. W ślad za nią ruszył także gospodarz. Śledził ją przez cały czas, a ta, niczego nie przeczuwając, weszła do jednej z chałup pod lasem. Gospodarz podkradł się do okna i patrzył, co będzie dalej. Zmora, a właściwie jedna z mieszkanek wsi, znowu zaczęła coś tam do siebie mruczeć. Mówiła: „Oddaj teraz mleko i to wszystkie". Kiedy wymawiała te słowa, chwytała, co było pod ręką, czy to miotłę, czy szufelkę, i każdą z nich najzwyczajniej w świecie doiła. Jak to przy dojeniu bywa, zaczęło lać się mleko. Tego już było za wiele dla prostego chłopa, wziął nogi za pas i wrócił do swego gospodarstwa. To, co zobaczył, nie dawało mu jednak spokoju. W końcu nie wytrzymał, przewrócił zydel i wypowiedział magiczną formułę. Z czterech nóg trysnęło mleko. Tak przynajmniej opowiadał mój dziadek, który twierdził, że był tych wydarzeń naocznym świadkiem. Mawiał też, że zmory zaplatają koniom warkocze i plączą grzywy. Nie zdradził jednak dlaczego. Być może chciał najlepszą część opowieści zachować dla siebie albo po prostu nie wymyślił jeszcze, po co też miałyby to robić. W każdym razie oddawały się swemu ulubionemu zajęciu nie tylko w podzielonogórskiej wsi, ale także na Mazurach, pod Kijowem i w Bawarii. Taki miały widocznie kaprys.

odwieczna walka

Zmory posiadały nadludzkie zdolności, ale miały też swoje słabe strony. Człowiek nie był wobec nich bezsilny. Najprostszy i najskuteczniejszy sposób obłaskawienia i pozbycia się demonicznego intruza polegał na wypowiedzeniu pewnej formułki. Kiedy tylko zmora usadowiła się na piersi, trzeba było powiedzieć: „Przyjdź rano, dam ci chleba z masłem". Wówczas znikała. Po zapłatę przychodziła (w postaci sąsiadki lub sąsiada) zazwyczaj o poranku, a potem odchodziła z pajdą chleba i już nigdy nie wracała. Można też było ją przegnać oblewając wodą święconą, jeśli taka była pod ręką, czy też czyniąc znak krzyża. Odstraszać ją miała miotła ustawiona włosiem do góry, krzyż i święte obrazki. Kiedy jednak udało się przepędzić jedną, to często pojawiała się inna. Tak to wieś stawała się areną odwiecznej walki dobra ze złem. Nikt nie miał pewności, na czyją stronę przechyli się szala zwycięstwa. Stosowano różne metody, fortele, a czasami ciosy poniżej pasa. Na przykład ropuchy, które czaiły się pod oborą, aby w nocy przyssać się do wymienia, trzeba było wynieś za siódmy rów. Kiedy zaś zmory oddawały się swej fryzjerskiej namiętności, smarowano grzywy i ogony końskie łajnem. Bywało że odchodziły z niesmakiem, chociaż równie dobrze można je było tym rozsierdzić. Nie mniej wymyślnie starano się zmylić zmory, które nachodziły domowników w czasie snu. Przykładowo spano z głową w miejscu stóp, czyli w pozycji odwrotnej niż zazwyczaj. Zmora, nie wiedząc nic o podstępie, siadała na nogach, dusiła, ale bezskutecznie. Można ją było wówczas chwycić za kark i trzymać w uścisku do momentu, aż odechce się jej harców. Całującą zmorę zniechęcano nacierając się czosnkiem lub inną niezbyt przyjemnie pachnącą substancją. Odstraszało to nie tylko zmory, ale i wszystkich domowników.

senny paraliż

W końcu jednak zmory uległy. Nie pomogły ani woda święcona, ani czosnek, najlepszą bronią okazał się wiek XX. Przyszli naukowcy, psycholodzy, biolodzy, zrobili ofiarom zmor dokładne badania, pomierzyli, podłączyli pod encefalograf, a na koniec orzekli, że za ugryzienia odpowiedzialne są komary i pluskwy, za podrapania zazdrosna żona lub mąż. Zmora dusząca człowieka natomiast - dowodzili dobitnie - nie jest żadnym demonem, ale paraliżem sennym. Twierdzili przy tym, że nie ma w tym nic tajemniczego, sklasyfikowano to jako zwykłe zaburzenie snu, które pojawia się podczas wchodzenia w fazę REM. Mózg rozpoczyna w tym czasie normalną pracę, wszystkie jego obszary są bardzo aktywne. To wtedy śnimy najbardziej intensywnie i trudno nam odróżnić sen od jawy. Mózg dla bezpieczeństwa utrzymuje ciało w stanie głębokiego relaksu, aby przypadkiem nie zechciało reagować na treść naszych snów, np. biec czy skakać. Paraliż pojawia się w chwili, gdy z jakiegoś powodu zostaniemy wybudzeni. Wydaje nam się, że ktoś nas dusi, przytrzymuje, ale tak naprawdę ciało w tym czasie śpi w najlepsze i ani myśli nas słuchać.

odszczepione „ja"

Są jednak ludzie, którzy twierdzą, że zmory i demony to coś więcej niż nadczynność kory mózgowej czy też wytwór wyobraźni ludowej. Ojcowie Pustyni, którzy niemal każdego dnia byli narażeni na ataki demonów, poznali wroga jak nikt inny. W Apoftegmatach Ojców możemy znaleźć taką oto opowieść. Pewien nowicjusz zadał pytanie swojemu mistrzowi: „Abba, w jaki sposób atakują mnie diabły?". Ten mu odrzekł: „Atakują ciebie? Nas dręczą pokusy i zachcianki, a nie diabły". A jeżeli chcesz wiedzieć z kim walczą diabły, powiem ci: z Abbą Mojżeszem i z ludźmi jego miary". Skoro diabły zajmują się kuszeniem świętych, kto opowiada za pokusy? Zapewne starzec miał na myśli demony. To one najczęściej występują na kartach Apoftegmatów, nakłaniają do grzechu, kuszą i dręczą tych, którzy wybrali drogę świętości. Nie mają jednak tej samej natury co diabeł, szatan albo zło absolutne. Czym więc są?

Willgis Jaeger, niemiecki benedyktyn, widzi w demonach siły psychiczne, a dokładniej - odwrotną, mroczną stronę świadomości. Demony - zgodnie z tym, co twierdzi niemiecki mnich - są odszczepionymi częściami naszej świadomości, spychanymi w podświadomość urazami z dzieciństwa, skrywanymi lękami, wszystkim tym, czego w sobie nie akceptujemy. Nie bez powodu o. Pio powiedział swoim braciom, że imię najgorszego z demonów brzmi „ja". Ukrywa się gdzieś w głębi nas i wiedzie utajone życie.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl