uzdrowiciel
PIOTR DYLIK
Przełom lat 70. i 80. - w Polsce trwa kryzys gospodarczy i polityczny. Tworzony przez komunistów „lepszy świat" rozpada się. Pogarszają się warunki życia, niepewność jutra potęguje lęk. Rośnie zapotrzebowanie na wróżby, przepowiednie, cuda. Kiedy na chorobę nie pomagają pigułki, a lekarze są wobec niej bezradni, ludzie wyruszają do uzdrowicieli
1
Przypominam sobie, jak w stanie wojennym, żyjąc całe miesiące w poczuciu niepewności, co wydarzy się następnego dnia, próbowałem wróżyć odwołując się do reguł I Chingu, chińskiej księgi, która dla tamtej kultury jest wyrocznią. Pamiętam kilometrowe kolejki w kościołach i klasztorach ustawiające się do angielskiego uzdrowiciela Clive'a Harrisa. Było to zjawisko o tak dużych rozmiarach, że stało się tematem filmów i reportaży. Dziesiątki tysięcy ludzi w różnych miastach Polski szły na spotkanie z uzdrowicielem w nadziei uleczenia swoich chorób i problemów. Nigdy nie spotkałem się z Clivem Harrisem, ale pewnego razu spotkałem innego - całkiem swojskiego - uzdrowiciela.2
Kiedy o nim usłyszałem, był Stanisławem. Podobno we wsi, gdzie się urodził i mieszkał, wołano na niego Stasiek. W zakładzie pracy, gdzie pracował jako ślusarz, mówiono do niego Staszek. Stanisławem stał się na emeryturze, po odkryciu daru uzdrawiania. A ściślej, tak zaczęli do niego mówić inżynierowie, prawnicy, lekarze, gdy zaczął uzdrawiać ich, ich rodziny i znajomych. I zaczął bywać tam, gdzie nigdy wcześniej, dopóki był tylko ślusarzem, nie bywał. Fama o Stanisławie uzdrowicielu szła po miastach i wsiach. Kiedy spotkałem go pierwszy raz (a było to u moich rodziców, których „energetyzował"), zobaczyłem niskiego wzrostu emeryta, ubranego w elegancką, drogą kurtkę ze skóry, skórzaną czapkę do kompletu i włoskie buty. Był rok 1982. Ojciec, po jego wyjściu, opowiedział mi, że ledwo poznał Stanisława, z którym przed laty pracował w tym samym zakładzie. Wtedy Staszek był zabiedzonym „chłoporobotnikiem", dojeżdżającym ze swojej wsi pociągiem o piątej rano. Jako uzdrowiciel stał się instytucją.3
Stanisław nie uzdrawiał sam. Miał „asystentkę". Ponieważ każda sesja kosztowała jego organizm wiele wysiłku, zadaniem „asystentki" była regeneracja jego sił. Po wyjściu od chorego, Stanisław chwytał palec asystentki i trzymając go przez jakiś czas, pozyskiwał energię. Tak powoli odzyskiwał siły i wracał do równowagi. Tę opowieść słyszałem u mojej ciotki, która z detalami relacjonowała, jak odbywa się ta procedura. Była z działalnością Stanisława dobrze obznajomiona, ponieważ asystentką była jej córka Marysia, moja kuzynka.4
Kilka lat wcześniej kuzynka Marysia urodziła syna. Przy porodzie zdarzyła się tragedia, w wyniku której chłopczyk doznał porażenia mózgowego.Szczęście w nieszczęściu, porażeniu nie uległo całe ciało. Chłopczyk miał tylko niedowład ręki i nogi. Kuzynka z mężem rozpoczęli trwającą lata rehabilitację dziecka. Imali się najróżniejszych sposobów ratowania syna. Efekty były wciąż mizerne. Pewnego razu usłyszeli od kogoś o uzdrowicielu. Zrozpaczeni i zmęczeni postanowili pójść do Stanisława. Od kiedy, według relacji krewnych, chłopiec zaczął być leczony przez uzdrowiciela, stan jego zdrowia zaskakująco się poprawił. Stanisław w osobie mojej kuzynki pozyskał dozgonnego dłużnika. Marysia zaoferowała swoją pomoc i w dowód wdzięczności stała się jego kierowcą i asystentką (samochód, fiat 126p, należał do kuzynki i jej męża.). Dzień i noc, w upał i mróz, przez kilka lat trwała na posterunku, obwożąc Stanisława po miastach, miasteczkach, wsiach. Ludzi, którzy potrzebowali pomocy uzdrowiciela, przybywało. Przypominam sobie pewną scenę: jest zima, późny wieczór, przypadkowo przechodząc koło starej, przedwojennej kamienicy widzę jak z jej bramy wychodzi Stanisław, trzymając za palec moją kuzynkę. Wsiadają do malucha i odjeżdżają na dalsze spotkania. Ażeby podołać tak wielu obowiązkom: codziennej rehabilitacji i edukacji syna, asystowaniu Stanisławowi i do pewnego momentu pracy zawodowej, kuzynka dużo się modliła. Przeżyła głębokie nawrócenie, jej bliska koleżanka nazwała nawet Marysię „sekretarką Pana Boga".
Kilka lat później rodzinę obiegła wieść, że kuzynka musi zrezygnować z pracy zawodowej, ponieważ źle się czuje. Ile razy odwiedziłem rodziców, moja mama z przejęciem opowiadała, że Marysia na kilka godzin kładzie się do łóżka i odpoczywa. I tak codziennie. Każdy większy spacer ją męczy. Przestała spotykać się z bliskimi, znajomymi i oszczędza jedynie siły na rehabilitację syna. Coraz rzadziej też asystuje Stanisławowi. Aż pewnego razu usłyszałem od mamy: - To ty nie wiesz? Marysia już nie jeździ ze Stanisławem.
5
Kiedy kilka lat temu umarła moja ciotka, a matka Marysi, kuzynka nie miała już sił przyjść na jej pogrzeb. Nie przyszła też spotkać się z rodziną na stypie, w domu matki. Cały ten dzień przeleżała w łóżku, u siebie w mieszkaniu, z dala od świata, słabując już od kilku dni. Na pogrzebie byli tylko jej mąż i syn, dwudziestokilkuletni mężczyzna ze śladami po porażeniu mózgowym, z mniej sprawną jedną nogą i ręką, trzymający się blisko ojca, wciąż jeszcze niesamodzielny.6
W stanie wojennym i w latach 80. wojskowo-milicyjne rządy z ich represyjnością tworzyły atmosferę nieustannego zagrożenia życia. Dlatego też ludzie lgnęli do siebie bardziej niż kiedykolwiek, ale też częściej niż kiedykolwiek wybuchały między nimi konflikty. Koleżanka kuzynki (ta, która nazwała ją „sekretarką Pana Boga") przeżywała z mężem kryzys małżeński. Ponieważ właśnie się nawróciła, szukała pomocy wśród księży. Jej mąż, biegając po mieście z „bibułą", był tak zaangażowany w walkę z „Komuną", że bagatelizował rodzinny problem. Mijały lata, walka z ustrojem trwała, księża nie mogli pomóc, problem małżeński pozostawał nierozwiązany i wciąż narastał. Wreszcie Marysia zaproponowała koleżance seans u Stanisława. Choć ta mieszkała na drugim końcu Polski, postanowiła przyjeżdżać na sesje uzdrawiania do Stanisława tyle razy, ile to będzie konieczne. Stanisław uzdrawiał wiele razy koleżankę kuzynki, a w końcu i mąż dał się namówić. Trudno dzisiaj osądzić, czy to Stanisław sprawił, że małżeństwo koleżanki kuzynki przetrwało trudne lata 80. Ale wtedy było to dla niej oczywiste i w dowód wdzięczności dla Stanisława postanowiła mu pomóc. Okazja nadarzyła się niebawem.- fragment



