gdy matki

mają problemy

PIOTR DYLIK
W tym roku moja mama skończyła sto lat. Były kwiaty, życzenia, prezenty, tłum gości i Msza św. w jej intencji. O jubileuszu napisała lokalna gazeta. Zaciekawieni znajomi dopytywali się o stan zdrowia jubilatki - stulatki to wciąż nieczęste zjawisko. Tymczasem ja miałem problem - uświadomiłem sobie, że już nie doczekam się odpowiedzi na pytania, które od lat stawiałem mojej matce. Jej coraz gorsza kondycja fizyczna, pamięć już nie tak dobra jak kiedyś, zawężające się zainteresowania (najważniejsze jest to, co będzie na obiad i czy zdąży na czas do toalety) zminimalizowały szanse na odpowiedzi. A przecież w historii naszej rodziny pozostało wiele niejasności, przemilczeń, tajemnic


Tyle mi o tym opowiadano... Wszystkie te opowieści, ku mojemu zaskoczeniu, niewiele różniły się od tych zasłyszanych w pracy, w pociągu, w autobusie, na ulicy, od znajomych i nieznajomych, spotkanych tylko raz w życiu. Wśród nich pokaźną grupę stanowiły takie, które mówiły o tym, co się dzieje wtedy, kiedy nasze matki borykają się z problemami.

nasze matki z problemami

Moja matka starała się zawsze, zwłaszcza w pracach domowych, naśladować swoją mamę, czyli moj babcię. Wygląda to szczególnie komicznie, gdy teraz, jako stuletnia staruszka mówi przy obiedzie: „A moja mamusia zawsze robiła do rosołu lane ciasto…". Uwaga ta jest skierowana do mojej żony, która podaje rosół z makaronem kupionym w sklepie, i do wnuków - im przecież mamusia też powinna czasem ugotować dobry rosołek… Próbowałem rozwiązać zagadkę: dlaczego stuletnia kobieta tak często powołuje się na autorytet swojej rodzicielki? Co sprawia, że babcia namawia wnuki, żeby jadły to, co ich prababcia? Czyżby prababcia była tak fascynującą osobowością, że powinna być wzorem dla kolejnych pokoleń? Z innych opowieści wiem, że była milczącą osobą, która w wieku 17 lat została wydana za mąż za starszego mężczyznę, przyzwoitego, ale niebędącego wybrankiem jej serca. Kochała innego, nie on jednak stał się jej towarzyszem na całe życie - tak postanowiła rodzina. Zastanawiałem się więc, dlaczego nie ten fakt, a rosół z lanym ciastem stał się przedmiotem zainteresowania mojej matki. Tylko dlatego, że kiedy była dzieckiem, rosół jej smakował, a zawód miłosny jej rodzicielki był przemilczanym dramatem? A może raczej powinna przy rosole z kupionym w sklepie makaronem podawanym przez jej synową podyskutować o konsekwencjach gwałtu, jakiego pradziadowie dokonali na duszy mojej babci. Konsekwencje tego przetrwały przecież w jakimś stopniu po dziś dzień.

kilka innych opowieści...

Kiedyś koleżanka z pracy opowiedziała mi o swoim ojcu i jego matce. Odkąd pamiętała, jej tato codziennie wieczorem zostawiał swoją rodzinę i wychodził do matki, już wdowy. Na pytanie córki, czy nie za często wychodzi do babci, odpowiedział: „Ona nie ma nikogo oprócz mnie". Pytanie to odważyła się jednak zadać dopiero wtedy, gdy wyprowadziła się z domu, założyła własną rodzinę i gdy jej mąż zwrócił uwagę na dziwne zachowanie teścia. W jej rodzinnym domu wyjścia ojca były postrzegane jako coś zwyczajnego. Matka nigdy nie podjęła tego tematu, choć przy każdym wyjściu męża na jej twarzy widać było pretensje i rozczarowanie. W słowach koleżanki wyczuć można było żal do ojca, że co dzień znikał z ich życia na długie godziny; do matki, że tolerowała zwyczaj ojca; do babci, że zabierała im ojca i sprawiała, że był bardziej synem niż mężem i ojcem.

Na początku lat 90. wyjechałem na tygodniowe wakacje do Pragi. Tam spotkałem polskiego księdza, fantastycznego kapłana, który opowiadał, jak świetnie współpracuje się mu z czeskimi parafianami, choć jest ich niewielu. Pamiętam, jak jego radość zniknęła, gdy odwiedziła go matka. Miała zwyczaj robić to dwa razy w roku. „Wreszcie jest ktoś, kto zadba o plebanię..." - zwierzyła się pewnego dnia. Widać było, że te odwiedziny przynoszą jej radość, a jej syna wprawiają w zakłopotanie.

Na Mazurach poznałem żeglarza, który opowiedział mi historię o swojej babci. Okazało się, że po śmierci jego matki osobą, która najbardziej ją opłakiwała, była właśnie babcia. Przez wiele lat mieszkali w jednym domu, należącym do niej. Teściowa nieustannie krytykowała swojego zięcia. Było to powodem częstych awantur, a mimo to mieszkali dalej razem. Kiedy matka poznanego przeze mnie żeglarza zachorowała, babcia bardzo chciała się ni opiekować. „Kto, jak nie matka, najlepiej zadba o córkę?" - mawiała. Na nic zdały się argumenty, że ma męża i dorosłego syna. „Tylko matka wie, co jest najlepsze dla jej córki" - odpowiadała. Awantury trwały dalej, schorowana córka potajemnie uciekała z domu, żeby odetchnąć „świeżym powietrzem", a matka rozżalona wydzwaniała do wnuka: „No popatrz, ja chcę dla niej jak najlepiej, a ona nie mówi mi nawet, gdzie wychodzi…".

Ilekroć słyszałem takie opowieści, a mógłbym ich przytoczyć jeszcze wiele, zadawałem sobie pytanie: „Ile jest matek, które potrafi nie obciążać dzieci swoimi problemami?".

dla kogo czwarte przykazanie?

Dlaczego Bóg nakazał nam czcić matkę? Przecież wie, jak bardzo dziecko jest wdzięczne matce za jej miłość, poświęcenie, czułość, wsparcie i opiekę? Co miał na celu Bóg, kiedy dawał Mojżeszowi Dekalog, a w nim na czwartym miejscu: „Czcij matkę…"? Do kogo kierował ten komunikat? Do jakich dzieci?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, gdy dorosły syn lub córka porzucali matkę, byli bez wahania określani jako wyrodne dzieci, ona zaś jako skrzywdzona matka. Dziś wielu powie już: „Matko, jeżeli chcesz, żeby twoje dziecko cię szanowało, musisz szanować go pierwsza". Małe dziecko nie wie, co to znaczy czcić. Potrafi być przywiązane, zależne, stęsknione - do oddawania czci potrzeba dojrzałości. Dojrzały powinien być człowiek dorosły, dziecko ma na to czas, jest dopiero do tego przyuczane, wychowywane. Innymi słowy, jeżeli chcę, żeby moje dzieci miały dla mnie szacunek, najpierw to ja muszę okazywać szacunek im i przez długi czas nie powinienem oczekiwać wzajemności. Przez całe lata muszę dawać im przykład. Wydaje się to oczywiste, ale w praktyce okazuje się, że zbyt szybko i chciwie oczekujemy wdzięczności za nasze zasługi w opiece nad dziećmi. Co takiego się dzieje, że wiele dzieci, dorastając, gubi po drodze naturalną wdzięczność dla matki? Co sprawia, że dorosłe dzieci potrafi zerwać więzy łączące je z rodzicami?

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl