"kobieta powinna mieć swoje życie"

z o. Józefem Augustynem, jezuitą,
kierownikiem duchowym, rekolekcjonistą,
redaktorem „Życia Duchowego",
rozmawiają Marta Wielek i Anna Dąbrowska

Ojcze, gdy dzieci dorastają i próbują założyć własną rodzinę albo w inny sposób się usamodzielnić, wtedy w relacji między nimi a ich matkami pojawia się dziwne napięcie. Nadal się kochają, ale coraz częściej zdarzają się sytuacje, które powodują albo otwarty konflikt, albo co najmniej irytację jednej lub obu stron. Skąd się bierze to napięcie?
Przywiązanie matki do swego dziecka jest ogromne. Przed urodzeniem jest ono częścią jej ciała, niemal jej własnością. Feministki mówią ostro: „Mój brzuch należy do mnie!". Po narodzinach dziecko oddziela się od matki fizycznie, ale przez cały okres dzieciństwa ich związek emocjonalny trwa nadal. Z czasem, gdy dziecko usiłuje się usamodzielnić, także w sferze uczuciowej, zaczyna się problem. Dla wielu matek zawsze dzieje się to „za wcześnie".

Ale więź matki z dorosłym dzieckiem może być głęboka i jednocześnie dojrzała. Klasycznym przykładem takiej relacja jest związek św. Moniki z jej synem św. Augustynem. Są to nie tylko naturalne więzi macierzyńskie i synowskie, ale nade wszystko głębokie związanie duchowe. Monikę i jej syna wiąże przygoda szukania Boga, tęsknota za Nim. Możemy powiedzieć, że Monika swoją miłością nawróciła Augustyna.

Roman Brandstaetter w książce „Jezus z Nazaretu", próbując przybliżyć trudne dla rozumu ewangeliczne prawdy, używa sformułowań typu: „sprawy prosto - trudne" lub „ciemno - jasne". Sytuacja matki dorastających dzieci jest właśnie taka: „prosto-trudna", „jasno-ciemna". I prosta, i jasna, bo rozum matki mówi jej, że syn czy córka muszą się usamodzielnić. Ale trudna i ciemna, gdyż uczucia okazują się czasami silniejsze od rozumu.

I co wtedy?
Matka musi dokonać wyboru. Albo postawi na więź biologiczną i emocjonalną, starając się za wszelką cenę przywiązać dziecko do siebie, albo zaakceptuje potrzebę przecięcia pępowiny uczuciowej, dając mu pełną wolność. Powie wtedy do siebie: „Ono musi mieć swoje własne życie. Ono ma wzrastać, a ja się mam umniejszać". Rodzinne szczęście dziecka jest ważniejsze od jej satysfakcji emocjonalnej. Konieczne jest jednak życie duchowe, by móc przekroczyć związki biologiczne i psychologiczne.

W rodzinach chasydzkich chłopcy jedynie trzy lata pozostają pod wyłącznym wpływem matki, potem ich wychowaniem zajmuje się ojciec. W ten sposób związek z matką zostaje zrównoważony odpowiednio wcześnie relacją z ojcem. Jest w tym wielka pedagogiczna mądrość.

Wracając do naszego kręgu kulturowego, kobiety, które egoistycznie zawłaszczą swoje dzieci w okresie ich dzieciństwa i młodości, płacą bardzo wysoką cenę, gdy są one już dorosłe. Ceną tą staje się wieczny konflikt naznaczony destrukcyjną walką, a niekiedy nawet nienawiść dzieci. Człowiek nie może przecież żyć bez wolności. Istotą konfliktu między rodzicami a dziećmi - i to od najmłodszych lat jest przede wszystkim spór o zakres wolności. Czasem rodzice za mało dają jej dziecku i wtedy musi się ono o nią upomnieć; a czasem dają jej za dużo, a wówczas nie umie ono jej zagospodarować.

Czy to oznacza, że napięcie między matką a dorosłym dzieckiem jest czymś naturalnym, jakimś kolejnym etapem w rozwoju ich więzi?
W kulturze zachodniej, w przeciętnej rodzinie, konflikt na linii matka - dorastające dziecko jest dość powszechny. Inaczej bywa np. w kulturze afrykańskiej, gdzie więzi plemienne i rodzinne są o wiele głębsze niż u nas. Wystarczy spojrzeć na nasze nastolatki, które na różne sposoby próbują zaznaczyć swoją odrębność, niezależność, indywidualność. W pewnym momencie swego życia chcą wyrwać się z rodziny. Nie czują się z nią związane. Napięć towarzyszących zrywaniu więzi dziecka z matką nie da się więc uniknąć. Trzeba jednak czuwać, aby w pewnym momencie napięcia te nie nabrały niezdrowego charakteru.

W jakim momencie?
O ile protesty osiemnasto- czy dziewiętnastolatka można uznać jeszcze za naturalne, o tyle buntujący się ciągle przeciw mamie trzydziestolatek to raczej zjawisko niezdrowe. Ale nie chodzi tu tylko o wiek... Moim zdaniem, niezdrowe jest już samo postawienie problemu: „napięcie między matką a dziećmi". A gdzie podziewa się ojciec? Jak wygląda jego relacja z żoną i dziećmi? Jeśli udział ojca w wychowaniu zostaje pominięty, łatwo dochodzi do zawłaszczenia przez matkę całej niemal emocjonalności dziecka. Konflikt, i to w ostrej formie, staje się wręcz nieunikniony. Matka, która ma słabą więź z mężem, ojcem dziecka, doznaje pokusy - a jest ona bardzo silna - by swoje dziecko uczynić zasadniczym punktem odniesienia dla swego życia. Kobieta - matka winna związać się najpierw z mężczyzną - ojcem dziecka. Dziecko jest przecież owocem ich wzajemnej miłości. Winno ono dorastać w ścisłej więzi z matką i ojcem jednocześnie, a jego powołaniem jest opuścić ich oboje i zamieszkać ze swoją żoną (mężem). Kiedy kobieta nie ma oparcia w mężczyŸnie, szuka go nierzadko u swoich dzieci.

Czyli trudniej będzie usamodzielnić się dzieciom w rodzinach, w których rodzice kiepsko poukładali relacje między sobą?
Zwykle tak. Matki kompensują sobie wówczas brak więzi z mężem ściślejszym związkiem z dziećmi. Im poświęcają całą uwagę, czas, siły.

Ale jest też druga strona medalu. Bywa że konflikt dorosłego dziecka z matką wiąże się przede wszystkim z jego niedojrzałą postawą. Odnosi się to szczególnie do synów. Gdy matka poświęcając się zaspokaja wszystkie potrzeby syna: daje mieszkanie, sprząta, gotuje, pierze, on - nastawiony do życia egoistycznie i konsumpcyjnie - doświadcza pokusy, by to wykorzystać. Zamiast opuścić ojca i matkę, tak jak Pan Bóg przykazał, poszukać mieszkania, pracy i ożenić się, zostaje u mamy czasami nawet wbrew jej woli. Matka to matka, ona nie wyrzuci syna z domu, nawet jeżeli widzi, że zachowuje się niedojrzałe.

W niektórych społeczeństwach zachodnich, np. we Włoszech, jest to dość powszechne zjawisko. Kiedyś rozmawiałem z mężczyzną, który miał ponad trzydzieści lat i skarżył się, że mama wciąż kocha go zaborczą miłością. Pytam go: „Gdzie pan mieszka? Kto panu pierze? Kto panu gotuje?". Na wszystkie pytania odpowiadał: „Mama". Pomyślałem: „Cóż ty chcesz od swojej matki? Pozwalasz, by opiekowała się tobą jak niemowlęciem, więc traktuje cię jak niemowlę".

Dorośli mężczyźni za wygodne życie u mamy płacą nieraz słono: brakiem samodzielności, męskimi kompleksami, drażliwością w relacji z kobietami itp. Agresja wielu z nich wobec kobiet ma swoje źródło właśnie tutaj. Mszczą się na przypadkowych kobietach za pozbawione samodzielności i wolności relacje z matką. Dzieje się tak dlatego, ponieważ wolność dla mężczyzny jest ważniejsza od uczucia. U kobiet bywa odwrotnie: uczucie jest ważniejsze od wolności. Kobieta zrobi nieraz z siebie niewolnicę, aby zdobyć względy kochanego mężczyzny. On natomiast zrezygnuje z uczucia kochanej kobiety, jeśli uzna, że zagraża ono jego wolności.

Córkom łatwiej jest odchodzić z domu?
Zwykle trochę łatwiej. W wieku dorastania między matką a córką wytwarza się nieraz rywalizacja. Nie pojawia się ona w relacji matki z synem. Syn rywalizuje raczej z ojcem. Kiedy ojciec jest niedojrzały, pełen męskich kompleksów, jego relacje z dorastającym synem naznaczone bywają poczuciem zagrożenia. Okazją do rywalizacji może być dosłownie wszystko: poglądy polityczne, umiejętności sportowe, upodobania muzyczne, sprawność fizyczna itp. To naturalne, że nastoletni chłopiec chce wygrać z tatą. Nawet jeżeli go kocha i czuje się zależny od niego, chce być od niego silniejszy. Syn chce przerosnąć ojca i to jest normalne. Z czasem, gdy dorośnie, zrozumie, że w życiu chodzi o coś zupełnie innego. Taka postawa syna wymaga męskiej mądrości ojca.

Współzawodnictwo między matką a córką bywa bardziej subtelne, ukryte, maskowane, nienazwane. Ono mobilizuje córkę do odejścia z domu. Kobiety mniej dążą do konfrontacji, ale bardzo precyzyjnie, po cichu, intensywnie pracują nad tym, by zwyciężył ich punkt widzenia. Kiedy młode dziewczyny stworzą swój własny dom - a do tego dążą z całych sił - już nie mają potrzeby rywalizować z matką. Ale zdarza się, choć nieco rzadziej, swoiste zakleszczenie dorosłej córki ze swoją matką, które ma miejsce zwłaszcza wówczas, gdy dziesiątki lat mieszkają razem. Bywa to czasem istne piekło. Walczą ze sobą, ale nie mogą się rozstać.

A „córeczki tatusia" jak sobie radzą z relacją z ojcem?
Raczej trudno. Często są bezradne wobec zaborczej miłości ojca. Ma to miejsce szczególnie wówczas, gdy ich więzi z matką są słabe.

Do okresu dorastania określenie „córeczka tatusia" może być nawet sympatyczne. Dziewczynki pragną być kochane przez tatusiów. Czują się wówczas bezpieczne. Pod czułym i dojrzałym wzrokiem ojcowskim łatwiej dojrzewa ich kobiecość. Nabierają kobiecej pewności siebie.

Ale gdy ojciec staje się zazdrosny o córkę, bo ta rozgląda się za chłopakami, przekracza to granice pewnej normy psychologicznej i moralnej. Ze strony ojca może pojawić się także zamaskowana i mało świadoma erotyzacja więzi z córką. Rodzi to zwykle u niej duży niepokój. Ojciec może obawiać się wtedy dotknąć swojej córki. Patrzy bowiem na nią jak na dorastającą kobietę, która budzi jego pożądanie. Kobiety wychowane w takim klimacie mają nieraz skłonności do zakochiwania się w starszych od siebie mężczyznach, jakby wiecznie szukały ojca.

Czy to, że rodzice nie potrafią dać wolności dziecku, nie wynika też z tego, że sami są jakoś uwikłani, zależni od innych ludzi?
Nieszczęściem żon i matek bywa to, że nie mają swojego własnego życia, ale żyją życiem zapożyczonym, cudzym: życiem męża lub/i dzieci. I na tej kobiecej bezradności („I co ja zrobię sama?”) mężczyźni nieraz żerują, chociażby po to, by dać upust swoim agresywnym emocjom. Proszę wybaczyć język, ale powiem wprost: zostawienie kobiety przez mężczyznę po dziesięciu czy piętnastu latach wspólnego pożycia bywa draństwem. Kiedy młodzi rozwodzą się rok lub dwa po ślubie, bo wzajemnie stwarzają sobie piekło, zwykle oboje są winni. To bardziej zrozumiałe. Zabrakło gruntownego rozeznania przed zawarciem małżeństwa. Natomiast rozwód po kilkunastu latach względnie dobrego pożycia tylko dlatego, że mężczyzna znalazł atrakcyjniejszą kobietę, to zupełnie coś innego. Bywa że kobieta wchodząc w relację z mężczyzną zatraca się, przestaje już być sobą, a staje się wyłącznie żoną lub wyłącznie matką. Gdy taka kobieta zostanie kiedyś sama, wpadnie w rozpacz.

Na weekendowe dni skupienia, które prowadzę, przyjeżdża wiele kobiet w sile wieku lub nieco starszych. Zawsze daję możliwość zadawania pytań na kartkach czy też bezpośrednio w rozmowie. Niezależnie od tego, jaki jest temat skupienia, kobiety mówią przede wszystkich o swoich trudnych relacjach małżeńskich i rodzinnych. Doradzam im wtedy: zadbaj o siebie, zatroszcz się o swoje życie duchowe, wypoczynek, dokształcenie intelektualne. Dla wielu jest to trudne. Całe ich dotychczasowe życie było nastawione na jedno: na zaspokojenie potrzeb męża i dzieci. Tylko kobieta, która czuje się wolna i samodzielna, może być dobrą żoną i dobrą matką. Natomiast kobieta zniewolona wewnętrznie, której całym sensem życia jest tylko rodzina, bywa wiecznie rozżalona, niedoceniona, rozgoryczona. Na starość mówi z bólem: „Wszystko oddałam dzieciom i co z tego mam?”. Św. Ignacy Loyola mówił: „Człowiek stworzony jest, aby Pana Boga chwalił”, a wszystko inne jest środkiem do tego celu. Także rodzina, macierzyństwo, celibat to środki do celu.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl