dobrze się czasem zakochać,
nawet zakonnikowi
TOMASZ NOWAK OP
Jeden z ojców żyjących w naszym klasztorze twierdził, że przyszedł do zakonu z głodu. Przyjechał do Krakowa na studia, ale nie miał pieniędzy i żeby mieć co jeść, wstąpił do dominikanów. Gdy obchodził 60-lecie życia zakonnego, powiedział: „Skoro już tyle lat noszę habit, to może mam powołanie...?". Do końca męczyła go jakaś niepewność, tymczasem my, jego współbracia, nie mieliśmy wątpliwości, że powołanie miał
Od wielu lat pracuję z braćmi, którzy w nowicjacie przygotowują się do życia zakonnego. Zastanawia mnie, jak to się dzieje, że ktoś wstępuje do zakonu i zostaje, a ktoś inny odchodzi. Kiedyś wydawało mi się, że istnieje pewien zestaw kryteriów, na podstawie których można powiedzieć: ten się nadaje, ten nie. Teraz widzę, że powołanie to coś dużo bardziej skomplikowanego.
Po dwóch latach głos powrócił. Wypowiadał te same słowa, ale słyszałem go już wewnątrz mnie. W maju to wołanie się nasiliło, w lipcu było już bardzo intensywnie, a w sierpniu zaczynał się nowicjat. Wstąpiłem.
Dlaczego do dominikanów? Sam wtedy nie wiedziałem. Postanowiłem o to zapytać Boga w tej samej kieleckiej katedrze. Okazja nadarzyła się po pewnym czasie pobytu w zakonie. Musiałem jechać do Kielc, aby wyrobić sobie nowy paszport. Wszedłem do katedry, siedziałem długo w ławce, czytałem Pismo Święte, nasłuchiwałem - i nic: żadnych głosów, żadnej odpowiedzi. Już miałem wychodzić, podniosłem oczy, a nad miejscem, gdzie wtedy klęczałem, zobaczyłem obraz św. Jacka. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. Kiedy przyszedłem tam następnym razem, już go nie było. Może wzięto go do konserwacji. Nie wiem. Odczytałem to zdarzenie jako Bożą odpowiedź. Gdy wstępowałem do zakonu, dano mi na imię Jacek.
A i to nie zawsze jest łatwe. Kiedy czytamy ewangeliczną historię o świniach (por. Mt 8,28-34), oburzamy się, że Pan Jezus wpędził złe duchy w te biedne zwierzęta, a nie np. w kamienie. To przecież jakieś marnotrawstwo! Jak ja mam oddać życie komuś takiemu? Bóg jest nieobliczalny. Wiem, co zrobił ze świniami, ale jak potraktuje mnie? Często pojawia się taka myśl: „Jeśli powierzę Mu swoje życie, to On mi wszystko zabierze, nie będę się mógł realizować". To nieświadome zakładanie, że ja coś mam, a Bóg tylko czeka, żeby mnie tego pozbawić. Jest moim przeciwnikiem, silniejszym ode mnie. Kiedy słyszę: „chodź", zgadzam się, ale tylko ze strachu,i cały czas boję się, że coś przez Niego stracę. Tymczasem w tej opowieści najważniejsze jest to, że Jezus mówi do mnie: „Zobacz, jaki jesteś ważny, ważniejszy niż te zwierzęta".
Można oczywiście nie ryzykować. Często można spotkać takie asekuranctwo. Każdy siedzi w swojej norce, utrzymuje kontakt z innymi, ale boi się wyjść na zewnątrz. Nie nawiązuje głębszej relacji ani z ludźmi, ani z Bogiem. Tak samo było z Izraelitami: wyszli z Egiptu, zrobili pierwszy krok, by wejść do Ziemi Obiecanej. Chociaż Bóg im towarzyszył, bali się. Na wszelki wypadek posłali na nowe tereny zwiadowców. Ci wrócili i potwierdzili, że owszem wszystko jest w porządku, tylko jedna rzecz ich zaniepokoiła: ludzie są jak olbrzymy. Dlatego Izraelici postanowili jeszcze nie wchodzić do Ziemi Obiecanej. Potem, kiedy się ocknęli i stwierdzili, że może jednak dadzą radę, było za późno. Musieli chodzić po pustyni 40 lat, żeby wymarło nieufne pokolenie.
Głęboko w nas tkwi trudność podejmowania decyzji, asekuranctwo, lęk. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy odkryłem, że młodzi ludzie wstępujący do zakonu od początku żyją w lęku. Boją się, że kiedyś będą mieli kryzys, którego nie przetrwają. Mają kryzys na myśl, że kiedyś będą mieli kryzys.
Żyjąc w zakonie, zdążyłem się już kilka razy zakochać i mam nadzieję, że to nie koniec. Bo zakochanie jest bardzo ożywiające. Jasne, że potem jest trudno, ale jeśli się to przetrwa, dostaje się nowe życie. Poza tym, co innego zakochanie, a co innego miłość.
Po braciach bardzo wyraźnie widać, że się zakochali. Wszystko zaczyna im się wtedy chcieć, robią rzeczy, które wydawały się im wcześniej niemożliwe. Jeśli ktoś umie przełożyć emocje z relacji międzyludzkiej na inne sprawy, to energia, którą dostaje, jest niezwykle cenna. Nie jest to łatwe. Zakochanemu zakonnikowi czy klerykowi potrzebna jest pomoc zaufanej osoby. Jeśli nie znajdzie się nikt, kto mu powie, co się z nim dzieje, kto go przekona, że to normalne, że będzie dobrze - to taki nieszczęśnik łatwo się pogubi.
Wsparcie jest ważne również w momentach grzechu, wtedy gdy - czy to jako kleryk, czy już ksiądz - upadnę, a także wtedy gdy np. komuś pomagałem i nie zdołałem pomóc, gdy ktoś zszedł na złą drogę, odebrał sobie życie, kogoś oszukałem albo zwyczajnie zawiodłem się na Kościele. Wtedy pojawia się kryzys. Dobrze, gdy z pomocą przyjdzie kierownik duchowy, gdy potrafimy przebaczyć sobie i innym.
- fragment
głos z zewnątrz
Moja droga była osobliwa. Uczyłem się na stolarza - skończyłem zawodówkę, potem technikum. Najpierw nie chciało mi się podejść do matury, ostatecznie zdawałem ją dwa razy. Zupełnie nie pasowałem do wizerunku studiującego dominikanina. A jednak zdecydowałem się na tę drogę po pewnym niezwykłym doświadczeniu. Modliłem się w katedrze w Kielcach. Usłyszałem męski głos. Dochodził jakby z zewnątrz mnie i mówił: „Będziesz bratem zakonnym". W tym okresie byłem trochę związany z zielonoświątkowcami, więc cuda, głosy i inne nadnaturalne zjawiska nie robiły na mnie dużego wrażenia. Bez słowa sprzeciwu zgodziłem się. Poczułem jakby „duch Najwyższego osłonił mnie" (por. Łk 1, 35). Nie miałem żadnych pytań. Dopiero kiedy wyszedłem z kościoła, zaczęły mnie męczyć wątpliwości: „kto to był?", „skąd się wziął?". Wróciłem do środka; w katedrze nikogo nie było. Dokładnie sprawdziłem, czy za konfesjonałem lub kwiatami, ktoś nie ukrył magnetofonu. Nic nie znalazłem. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy nie wymyśliłem sobie całego tego zdarzenia. Dużo później w tekstach św. Teresy z Avila przeczytałem, że takie doświadczenia są możliwe. To mnie uspokoiło.Po dwóch latach głos powrócił. Wypowiadał te same słowa, ale słyszałem go już wewnątrz mnie. W maju to wołanie się nasiliło, w lipcu było już bardzo intensywnie, a w sierpniu zaczynał się nowicjat. Wstąpiłem.
Dlaczego do dominikanów? Sam wtedy nie wiedziałem. Postanowiłem o to zapytać Boga w tej samej kieleckiej katedrze. Okazja nadarzyła się po pewnym czasie pobytu w zakonie. Musiałem jechać do Kielc, aby wyrobić sobie nowy paszport. Wszedłem do katedry, siedziałem długo w ławce, czytałem Pismo Święte, nasłuchiwałem - i nic: żadnych głosów, żadnej odpowiedzi. Już miałem wychodzić, podniosłem oczy, a nad miejscem, gdzie wtedy klęczałem, zobaczyłem obraz św. Jacka. Nigdy wcześniej nie zwróciłem na niego uwagi. Kiedy przyszedłem tam następnym razem, już go nie było. Może wzięto go do konserwacji. Nie wiem. Odczytałem to zdarzenie jako Bożą odpowiedź. Gdy wstępowałem do zakonu, dano mi na imię Jacek.
powołanie to dramat
Każde powołanie jest dramatem. Z jednej strony człowiek czuje się uwiedziony, towarzyszy mu przekonanie, że Pan Bóg go do czegoś zaprasza, a z drugiej - jest pełen obaw: „czy dobrze słyszę?", „czy dam sobie radę?". To trochę tak, jakby ktoś siedział w swojej norce, gdzie jest mu dobrze i bezpiecznie, a jednocześnie odbierał sygnały, że lepiej mu będzie gdzie indziej. Najpierw jednak musi zaryzykować, wyjść ze swojego bezpiecznego miejsca i stać się bezbronnym; pozwolić, by inni decydowali za niego: przełożony, zakon, Pan Bóg. Jedyne oparcie znajduje w nadziei, że to jest Boże...A i to nie zawsze jest łatwe. Kiedy czytamy ewangeliczną historię o świniach (por. Mt 8,28-34), oburzamy się, że Pan Jezus wpędził złe duchy w te biedne zwierzęta, a nie np. w kamienie. To przecież jakieś marnotrawstwo! Jak ja mam oddać życie komuś takiemu? Bóg jest nieobliczalny. Wiem, co zrobił ze świniami, ale jak potraktuje mnie? Często pojawia się taka myśl: „Jeśli powierzę Mu swoje życie, to On mi wszystko zabierze, nie będę się mógł realizować". To nieświadome zakładanie, że ja coś mam, a Bóg tylko czeka, żeby mnie tego pozbawić. Jest moim przeciwnikiem, silniejszym ode mnie. Kiedy słyszę: „chodź", zgadzam się, ale tylko ze strachu,i cały czas boję się, że coś przez Niego stracę. Tymczasem w tej opowieści najważniejsze jest to, że Jezus mówi do mnie: „Zobacz, jaki jesteś ważny, ważniejszy niż te zwierzęta".
Można oczywiście nie ryzykować. Często można spotkać takie asekuranctwo. Każdy siedzi w swojej norce, utrzymuje kontakt z innymi, ale boi się wyjść na zewnątrz. Nie nawiązuje głębszej relacji ani z ludźmi, ani z Bogiem. Tak samo było z Izraelitami: wyszli z Egiptu, zrobili pierwszy krok, by wejść do Ziemi Obiecanej. Chociaż Bóg im towarzyszył, bali się. Na wszelki wypadek posłali na nowe tereny zwiadowców. Ci wrócili i potwierdzili, że owszem wszystko jest w porządku, tylko jedna rzecz ich zaniepokoiła: ludzie są jak olbrzymy. Dlatego Izraelici postanowili jeszcze nie wchodzić do Ziemi Obiecanej. Potem, kiedy się ocknęli i stwierdzili, że może jednak dadzą radę, było za późno. Musieli chodzić po pustyni 40 lat, żeby wymarło nieufne pokolenie.
Głęboko w nas tkwi trudność podejmowania decyzji, asekuranctwo, lęk. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy odkryłem, że młodzi ludzie wstępujący do zakonu od początku żyją w lęku. Boją się, że kiedyś będą mieli kryzys, którego nie przetrwają. Mają kryzys na myśl, że kiedyś będą mieli kryzys.
zakochany mnich
Kiedy już podjąłem decyzję, by wstąpić do dominikanów, zakochałem się. Pojechałem na spotkanie z ojcem odpowiedzialnym za powołania i powiedziałem mu, że chyba zrezygnuję z zakonu. A on mi na to, że gdybym się nie zakochał, to on by mnie w ogóle nie chciał widzieć w zakonie. Zdolność do zakochania się jest dowodem normalności.Żyjąc w zakonie, zdążyłem się już kilka razy zakochać i mam nadzieję, że to nie koniec. Bo zakochanie jest bardzo ożywiające. Jasne, że potem jest trudno, ale jeśli się to przetrwa, dostaje się nowe życie. Poza tym, co innego zakochanie, a co innego miłość.
Po braciach bardzo wyraźnie widać, że się zakochali. Wszystko zaczyna im się wtedy chcieć, robią rzeczy, które wydawały się im wcześniej niemożliwe. Jeśli ktoś umie przełożyć emocje z relacji międzyludzkiej na inne sprawy, to energia, którą dostaje, jest niezwykle cenna. Nie jest to łatwe. Zakochanemu zakonnikowi czy klerykowi potrzebna jest pomoc zaufanej osoby. Jeśli nie znajdzie się nikt, kto mu powie, co się z nim dzieje, kto go przekona, że to normalne, że będzie dobrze - to taki nieszczęśnik łatwo się pogubi.
Wsparcie jest ważne również w momentach grzechu, wtedy gdy - czy to jako kleryk, czy już ksiądz - upadnę, a także wtedy gdy np. komuś pomagałem i nie zdołałem pomóc, gdy ktoś zszedł na złą drogę, odebrał sobie życie, kogoś oszukałem albo zwyczajnie zawiodłem się na Kościele. Wtedy pojawia się kryzys. Dobrze, gdy z pomocą przyjdzie kierownik duchowy, gdy potrafimy przebaczyć sobie i innym.
- fragment



