Za górami, za lasami,
za siedmioma morzami...
psychologiem Bernadettą Janusz
rozmawia Urszula Jagiełło
rozmawia Urszula Jagiełło
Jak pokonać strach przed samotnością?
Nie da się inaczej, jak godząc się na nią. Taka zgoda wydaje mi się głównym czynnikiem, który umożliwia poradzenie sobie ze strachem przed samotnością. Oczywiście możemy mówić o różnych rodzajach samotności. Słysząc to pytanie, pomyślałam o samotności w wymiarze egzystencjalnym, której każdy może doświadczyć, niezależnie od tego, czy żyje w rodzinie, czy nie. Samotność egzystencjalna to taka przestrzeń w nas, do której inni nie mają dostępu. Doświadczamy jej wtedy, gdy np. zmagamy się sami ze sobą, z Bogiem czy ze swoim problemem, bólem. Taka samotność jest częścią kondycji ludzkiej; to ważne doświadczenie, potrzebne człowiekowi do rozwoju.
Nie da się inaczej, jak godząc się na nią. Taka zgoda wydaje mi się głównym czynnikiem, który umożliwia poradzenie sobie ze strachem przed samotnością. Oczywiście możemy mówić o różnych rodzajach samotności. Słysząc to pytanie, pomyślałam o samotności w wymiarze egzystencjalnym, której każdy może doświadczyć, niezależnie od tego, czy żyje w rodzinie, czy nie. Samotność egzystencjalna to taka przestrzeń w nas, do której inni nie mają dostępu. Doświadczamy jej wtedy, gdy np. zmagamy się sami ze sobą, z Bogiem czy ze swoim problemem, bólem. Taka samotność jest częścią kondycji ludzkiej; to ważne doświadczenie, potrzebne człowiekowi do rozwoju.
Ludzie jednak uciekają przed samotnością. Trudno uwierzyć, że może ona nam pomagać w rozwoju...
Jak wspomniałam, samotność można różnie rozumieć. Mówiłyśmy o samotności egzystencjalnej, ale wyobraźmy sobie, że np. ktoś bardzo pragnie założyć rodzinę, lecz nie udało mu się to, bo czuje się nieakceptowany społecznie, sądzi, że jest nieatrakcyjny. Tak bardzo go to blokuje, że nie potrafi nawiązać kontaktu, stworzyć więzi z drugim człowiekiem. Taka osoba doświadcza samotności związanej z brakiem partnera, niemożnością posiadania dzieci. Inni doświadczają samotności związanej z chorobą, starością, niezrozumieniem itp.
Aby swój lęk przed samotnością móc rozpoznać, trzeba przede wszystkim spróbować określić, co się za nim kryje. Czy bardziej niż samotności boję się opuszczenia, odrzucenia, pustki, bezsensu życia, czy może choroby, starości, śmierci w samotności? Jeśli człowiek rozpozna swój lęk, nazwie go i zrozumie, będzie mógł się zastanowić, co z nim zrobić, jak go pokonać. Weźmy taki przykład: ktoś uświadomił sobie, że najbardziej boi się umierać w samotności. Przeraża go perspektywa śmierci w pustym mieszkaniu. Oczywiście nie do końca mamy wpływ na to, kiedy i gdzie będzie nam dane umrzeć, ale po uświadomieniu sobie takiego lęku, można np. zaangażować się w życie jakiejś wspólnoty, zacieśnić więzi z przyjaciółmi, dalszą rodziną, poszukać takich rozwiązań, które pomogą nam ten lęk przezwyciężyć. Zdarza się, że osoby, które nie mają partnera, jak najszybciej chcą zmienić swoją sytuację. Nerwowo szukają, tak bardzo jednak boją się odrzucenia i samotności, że jednego partnera zmieniają na drugiego. Nie umieją wytrzymać ani chwili sam na sam ze sobą, ciągle poszukują nowych znajomości, które wypełnią ich pustkę. Nie potrafią się jednak zaangażować, stworzyć głębszej relacji. Te, które budują, mają zaspokoić ich potrzebę niebycia samotnym. Gdy na chwilę zostają sami, pojawia się ten sam lęk, ukryty pod określonymi zachowaniami. Być może dopiero wtedy, gdy będą w stanie zaakceptować swoją samotność, zgodzić się na nią, poradzą sobie ze swoim lękiem przed odrzuceniem i opuszczeniem. To może otworzyć ich na ludzi, uzdolnić do nawiązania głębszych niż dotychczas relacji.
Kiedyś czytałam wypowiedź osoby, która od wielu lat była samotna. Pisała, że na pewnym etapie życia musiała doświadczyć żałoby po swoich marzeniach o założeniu rodziny. Czy rzeczywiście trzeba opłakać swoje marzenia, aby móc żyć dalej?
Myślę, że tak. Wyobraźmy sobie, że ktoś marzył o rodzinie, gromadce dzieci, ale nie spotkał nigdy osoby, z którą mógłby stworzyć trwały związek. Dopóki taka osoba nie przeżyje żałoby po tych niezrealizowanych marzeniach, nie powie sobie: „Być może nie założę już rodziny, może nie będę miała dzieci, bo jestem już w takim wieku", dopóty wszystkie inne relacje może przeżywać jako „to nie to". Opłakanie tego, czego być może już nigdy nie będzie się miało, może człowieka odblokować i pomóc mu w przeżywaniu radości związanej z innymi relacjami - tymi, które mamy, ale ich niedoceniamy.
Czy to oznacza, że trzeba porzucić nadzieję i nie oczekiwać, że spotkamy kogoś, z kim będziemy mogli stworzyć udany związek, założyć rodzinę?
Nie chodzi o to, żeby przeżywając żałobę po marzeniach o związku, zamknąć się zupełnie na możliwość stworzenia takiego związku w przyszłości. Jeżeli ktoś mówi: „Ja nie chcę słyszeć ani myśleć o związku, bo ten temat jest dla mnie zbyt bolesny", to tak naprawdę nie przeżył żałoby po tym swoim marzeniu. Owszem, trwa w swoistej żałobie, cierpi, bo przez tyle lat tego związku nie było i nadal go nie ma. Żałoba, o której rozmawiamy, prowadzi natomiast do akceptacji jakiejś utraty, do otwarcia się na nowe możliwości, w tym także - paradoksalnie - na możliwość stworzenia związku w przyszłości. Zgadzam się na to, że może do tego nie dojść, ale nie zamykam się na możliwości, które jeszcze mogę w przyszłości odkryć. Warto też zastanowić się nad tym, dlaczego jestem sama/ sam. Czy to tylko zrządzenie losu, wola Boga, czy może jednak również konsekwencja moich lęków lub decyzji? Ile razy w swoim życiu zamknąłem się na możliwość nawiązania kontaktu z drugą osobą; ile razy pojawiło się jakieś marzenie i tęsknota, ale strach czy wstyd nie pozwolił mi ich zrealizować? Dały o sobie znać kompleksy, niskie poczucie własnej wartości. A może pragnę być z kimś, ale jednocześnie obawiam się zaangażowania? Oczywiście może być i tak, że samo myślenie o zaangażowaniu się w relację z inną osobą wzbudza w kimś tak silne emocje i lęk, że konieczna jest pomoc psychoterapeuty, który pomoże się z tym uporać.
Bywa i tak, że osoby, które nie założyły rodziny, pogodziły się z tym, ale żyją w poczuciu, że ich obecna sytuacja jest tymczasowa, bo w przyszłości na pewno coś się zmieni. Jak budować swoją tożsamość, kiedy żyje się w takim rozdarciu?
Myślę, że ważne jest, aby sobie uświadomić, że bycie w związku nie jest jedyną sferą naszego życia, jest bardzo ważną sferą, ale nie jedyną. Człowiek realizuje się w różnych obszarach: może pracować zawodowo, mieć różne pasje, angażować się w prace charytatywne, społeczne itd. Taki stan przejściowy może być odczuwany w tej jednej sferze życia, ale niekoniecznie w innych. Jeżeli ktoś czuje, że całe jego życie jest zawieszone i tymczasowe, bo brak w nim bliskiej osoby, to być może przeżywa kryzys, który rzutuje na wszystkie inne sfery. Ten brak jest tak bolesny, że trudno jest mu żyć w innych obszarach i cieszyć się nimi. Może traktować wszystko inne jako namiastkę tego, czego pragnie.
- fragment



