jablko

"znajdź swoją drogę,

czyli prawdy i mity o powołaniu"



„Powołanie? To jakieś niszowe pojęcie” – powiedział mój kolega z klasy, którego nie widziałam ponad dwadzieścia lat. Poczułam się zdziwaczałą katolicką niszą, która zamiast interesować się tym, co naprawdę ważne dla wszystkich inteligentnych ludzi, trzyma się kurczowo tego, co minęło. Mój kolega chodzi na treningi duchowe, które pomagają mu wydobywać z samego siebie to, co najlepsze, czyli to, co najlepiej służy jego rozwojowi i, jak to określił, „stymuluje zawodowy sukces".



Coraz rzadziej mówi się dziś o powołaniu. Pojęcie to zastępują określenia „atrakcyjniejsze" typu: „ścieżka kariery", czy „pięć kroków do sukcesu", itp. Ktoś może powiedzieć, że to tylko zmiana języka, przecież i dawniej rodzice planowali jakąś przyszłość dla dziecka. Wynajmowali guwernerów, znajdowali przyjaciół, posyłali do odpowiednich szkół, w nadziei, że dziecko będzie np. lekarzem, inżynierem czy księdzem (może nawet biskupem). W jakimś sensie planowali jego karierę. Co innego jednak wychować dziecko w dążeniu do jakiegoś celu i w procesie edukacji przekazywać mu świat wartości, który nam przekazali ci, którzy byli przed nami, a co innego stanąć u progu dorosłości, czy nawet u progu wieku dojrzałego i bezwzględnie zaplanować zdobycie jakiegoś dobra (stanowiska, pieniędzy, władzy), wykorzystując przy tym swoje wewnętrzne atuty: zdolność współodczuwania z innymi, wrażliwość, wyobraźnię, wewnętrzną energię, zdolność do miłości.

Widziałam niedawno w telewizji fragment programu, w którym grono bardzo bogatych ludzi oceniało pomysły na sukces innych ludzi. Potencjalni biznesmeni przychodzili do studia i mówili, co chcieliby zrobić, a owi bogaci sędziowie, czy dać im na to przedsięwzięcie pieniądze. Zastanawiali się, czy możliwe jest, że dane przez nich pieniądze przyniosą nowe pieniądze i sukces tym marzącym o realizacji swoich (nieraz zwariowanych) pomysłów. Sukces finansowy był jedynym kryterium sędziowskiego gremium. Liczyła się tylko możliwość zrobienia, jak to określali, „nowej, większej kasy". To był przerażający obraz świata robotów.

Powołanie to nie wsłuchiwanie się w siebie, aby sprawdzić, co mogę jeszcze z tego życia wyrwać dla siebie, w czym jeszcze znaleźć zysk, co jeszcze wchłonąć w siebie i zużyć. Powołanie to wsłuchiwanie się w siebie, by sprawdzić, co myśli o moim życiu Bóg. Niemodne i niezrozumiałe? A nadaje życiu sens. Dlatego właśnie piszemy o tym w LIŚCIE.

ELA KONDERAK
redaktor naczelny


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl